Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Była #WinaKibola, jest #WinaSzkolenia. Prosta odpowiedź na wszystkie bolączki polskiej piłki?

Z hasła, które ma logiczne podstawy i bardzo dobre efekty, zrobiliśmy w Polsce odpowiedź na wszystkie problemy naszego piłkarskiego świata. Milik przegrał prawie wszystkie pojedynki na mundialu? „Nie ma szkolenia młodzieży!”. Legia odpada ze Spartakiem Trnawa, a później przegywa z Dudelange? „Nie ma szkolenia młodzieży!”. I tak zawsze, wszędzie. Aż do znudzenia.

Szkolenie młodzieży to ważny aspekt piłkarskiej rzeczywistości. Długofalowy, rozsądny, opłacalny. Z jedną tylko wadą: fajnie brzmi. Można tym usprawiedliwić wszystko, a przy okazji wyjść na futbolowego mędrca i znawcę. Nie ma ryzyka, że ktoś w komentarzach napisze: „facet, jakie szkolenie, co ty pieprzysz?”.

Reprezentacja przegrywa, mówisz o szkoleniu i z automatu masz rację. Ekstraklasa wygląda fatalnie, mówisz o szkoleniu, masz rację. Polskie kluby w pucharach sobie nie radzą, mówisz o szkoleniu…

Oprócz tego, że to zamienia się z nudnego na irytujące, często nie jest sednem problemu. Senegal z nami wygrał, bo miał lepsze szkolenie młodzieży od lat? Oczywiście, że nie. Spłycając, ale nie bez racji: tam pieniędzy nie ma, a dzieciaki grają na asfaltach albo piachu. Czy Dudelange pokonało Legię Warszawa, bo ma lepsze szkolenie młodzieży? Być może, w tej luksemburskiej akademii trenuje 300 młodych adeptów piłki, ale nie dlatego wyeliminowali Legię.

Spójrzmy na wiek piłkarzy, który pokonali 2:1 ekipę ze stolicy Polski. Bramkarz miał 38 lat, obrońcy kolejno: 29, 32, 29 i 25 lat. W środku pola grał 31-latek i 29-latek. Wyżej ustawieni byli piłkarze 24-, 21- i 28-letni. Napastnik miał trzydzieści wiosen na karku. Pod szkolenie można byłoby podpiąć właśnie tego 21-letniego Daniela Sianiego gdyby nie to, że przyszedł do klubu… rok temu.

Nie przeszkadza to całemu zastępowi ludzi narzekać w tym momencie na Polski Związek Piłki Nożnej. Jakby tylko czekali na każde potknięcie polskiej piłki, by wyskoczyć i krzyczeć o szkoleniu. Nieważne, że PZPN nie miał i nie miał prawa mieć wpływu na politykę Akademii Legii Warszawa. Nieważne, że pretensje do obecnie rządzących w PZPN za to mityczne „szkolenie młodzieży” można będzie mieć najwcześniej w 2029 roku.

Tak, w 2029 roku. Za 11 lat. Dlaczego?

Zbigniew Boniek władze w polskiej federacji objął w 2013 roku. Załóżmy optymistyczny wariant, że pstryknął palcami i wszystko było już tak, jak być powinno. Szkolić według mędrców należy od najmłodszych lat, więc hipotetyczny czterolatek wiek, w którym będzie można rzetelnie ocenić jego umiejętności, osiągnie jakoś w okolicach 2030 roku.

To sprawa na tyle długofalowa, delikatna i właściwie bez „złotego rozwiązania”, że bicie piany w tekstach czy słowach to droga… na skróty. Na pierwszy rzut oka wygląda się fajnie, wypada na mądrego, ale tak naprawdę to bagatelizowanie innych problemów. Łatwo jest skrytykować Bońka, że szkolenie młodzieży leży, jeśli efektów tego szkolenia po czterech latach rządów „Zibi” pokazać po prostu nie może.

Inna sprawa, że raczej nie jest za to odpowiedzialny. Fajnie, że jest Akademia Młodych Orłów, Narodowy Model Gry, Pro Junior System i inne rzeczy, które mają na celu wspieranie lub rozwój młodych talentów. Rolą Bońka nie jest jednak to, by nauczyć miliona dzieciaków kopać piłkę. Czego od niego właściwie wymagamy? By napisał jakiś cudowny makrocykl treningowy, który pozwoli nam przeskoczyć wszystkie inne nacje?

Patrzę na Roberta Lewandowskiego i zastanawiam się: czy dla niego zastosowano jakiś wyjątkowy plan? Czy w Polsce istniało „szkolenie Roberta Lewandowskiego”?

Nie, chłopak trenował tak, jak inni. Wiedział od początku, co chce robić w życiu i po prostu (łatwo się mówi, trudniej robi) ciężko pracował.  Nie zastosowano wobec niego jakichś magicznych sztuczek. Miał odrobinę talentu, ogrom silnej woli i wyrósł na jednego z najlepszych napastników świata. Takiego, jakiego – pomimo podobno genialnego planu szkoleniowego – nie mają Niemcy.

Może mieliśmy „szkolenie napastników”? Albo to talent, który rodzi się raz na sto lat? Nie i nie. Następnych Lewandowskich raczej nie widać. Lewy natomiast potrafi strzelać, zastawiać się, kończyć akcję, grać kombinacyjnie, ale nie jest Messim, który przedrybluje dziesięciu piłkarzy. Nie ma też na plecach naziwska „Ronaldinho”, by przychodziło mu wszystko bardzo łatwo.

PZPN jest od tego, by jak najbardziej popularyzować piłkę nożną w Polsce. Z czego wynika różnica między nami, a Niemcami? U nas tych adeptów piłkarskich jest 10 tysięcy, za zachodnią granicą – 150 tysięcy. Chcąc nie chcąc, niezależnie od systemu, takich Lewandowskich znajdzie się w Niemczech więcej. Takich, którym się chciało, którzy wiele poświęcili i zrobili wszystko, by być tu, gdzie są. Po prostu mieli charakter, dobrą głowę i odrobinę bożego dotyku.

Ustawą o szkoleniu młodzieży nie wychowamy zastępu Lewandowskich. Mówiąc trenerom: szkolcie tak i tak, nie przeskoczymy sufitu. Nie ma złotego rozwiązania, które wyprodukuje większą liczbę piłkarzy. Jak młody chłopak na treningu zrobi – mocno upraszczając – dziesięć pompek i trzy slalomy zamiast ośmiu pompek i sześciu slalomów, nie zacznie nagle grać jak Cristiano Ronaldo.

Wiele czynników składa się na to, że akurat teraz gdzieś pojawiła się generacja fenomenalnych piłkarzy, a gdzieś indziej – nie. W Polsce nie mieliśmy najlepszego szkolenia na świecie tuż po II Wojnie Światowej, a jednak dwukrotnie w latach 70. i 80. potrafiliśmy sięgnąć po medal mistrzostw świata. Rangę barcelońskiej „La Masii” po tym, jak wyszli z niej Puyol, Xavi, Fabregas czy Messi podniesiono niemal do nieba, a już za chwilę nie było w składzie Barcelony z niej nikogo nowego.

Tibor Halilović był fenomenalnym produktem akademii i miał podbić świat. Trafił nawet do Barcelony, ale… przepadł. Pamiętacie Martina Odegaarda, którego za kupę forsy kupił Real Madryt? Który w juniorach przed transferem dosłownie robił, co chciał? Nie ma go, nawet jeśli był największym talentem na tej planecie. Taka jest piłka – nieprzewidywalna, nie dająca się uwięzić w jakichś przepisach, regulacjach, normach. Nie ma czegoś takiego, jak przepis na zostanie gwiazdą futbolu.

Wielki piłkarz może wyjść z najlepszej akademii świata stosującej najlepszy system na Ziemi, ale również gdzieś na pustyni w Egipcie, na asfalcie w Senegalu, na plaży Copacabana, w szarości PRL-u…

Nie należy szkolenia młodzieży bagatelizować. Kibice powinni wymagać od swoich klubów – od klubów, nie Polskiego Związku Piłki Nożnej! – tego, by na młodych stawiali, by młodych szkolili, by zatrudniali fachowców w roli trenerów akademii. Bo mogą na tym zyskać wypełniając trybuny kibicami chcącymi obejrzeć mecz „swoich”, a później tych „swoich” sprzedać za wielkie pieniądze jak Lech Bednarka, Linetty’ego, Kownackiego i innych.

Nie wszystko jednak jest winą tego, że „nie ma szkolenia”. Funkcjonowanie klubów w Polsce jest patologiczne, bo przede wszystkim nieopłacalne. Legia nie przegrała przez akademię, tylko przez to, że między innymi wydała fortunę na pensje Jędrzejczyków i Jozaków. Dlatego, że jej konkurencja w polskiej lidze rozrzuca pieniądze z przychodów na Trałków i Piechów, zamiast inwestować w bazy i marketing z prawdziwego zdarzenia, który nakręci nie tylko frekwencję, ale też sprawi, że ludzie zaczną klubem żyć, reklamodawcom będzie opłacało się takiej publice reklamować, a rodzicom – posyłać swoje pociechy do ich akademii.

Wymaganie trzeba zacząć przede wszystkim od siebie. Czy nasze dzieci chodzą na WF? Czy w naszej okolicy stoi chociaż jedna bramka, na którą młode dzieciaki mogą postrzelać? Czy zaraziłem swoje dziecko piłką nożną? Czy chodzę na mecze swojego klubu i wspieram go finansowo? Czy w moim klubie działa akademia, a jeśli tak – to jak? Czy wymagam wraz z braćmi po szalu, by prezes mojego klubu nie wydawał wszystkich przychodów na pensję piłkarzy o wątpliwych umiejętnościach, a zamiast tego zainwestował w klub na różnych płaszczyznach?

Nie ma czegoś takiego, jak „naprawa polskiej piłki poprzez system szkolenia młodzieży wprowadzony przez PZPN”. To bardzo dobrze brzmiąca, ale jednak utopia. Naprawiać powinien się każdy sam: kolejno Legia, Wisła, Lech, Górnik, Lechia, Śląsk, Widzew, Korona, Stal Rzeszów, Zawisza Rzgów, Izolator Boguchwała, Luciążanka Przygłów, LKS Lubochnia… Wtedy będzie lepiej. Nie od pstryknięcia palcami Bońka, wytartych haseł dziennikarzy czy mitycznego szkolenia, którego bieżące działanie będzie można ocenić za kilkanaście lat, a póki co jest jedynie wymówką numer jeden i odpowiedzią na wszystkie bolączki.