Boks: Rok temu Adamek przegrał z Moliną!

Coś zbiera nam się w ostatnim czasie na wspominki. Jakoś coraz częściej patrzymy w kalendarz, przeglądamy internet, szperamy po mediach społecznościowych i dowiadujemy się, że właśnie mija okrągłe kilka lat od pamiętnego wydarzenia, które wyraźnie zapadło nam w głowie. Wczoraj pisaliśmy o Krzysztofie Włodarczyku i jego walce z Francisco Palaciosem sprzed sześciu lat. Dziś natomiast przypomniało nam się, że dokładnie rok temu, 2 kwietnia, po raz ostatni do ringu wchodził Tomasz Adamek. Nie umieliśmy o tym nie napisać.

Pogoda niemalże identyczna jak dziś. Ciepło i pięknie za oknem, czuć było wiosnę z daleka. Po krakowskim rynku kręciło się zdecydowanie więcej osób, niż podczas normalnej soboty. Wiele polskich flag, nie brakowało chóralnych śpiewów. Czuliśmy w powietrzu atmosferę wielkiego sportowego święta. Zdawaliśmy sobie już od wcześnych godzin porannych, że czeka nas coś wyjątkowego. Do ringu wychodzi nasz wielki mistrz, Tomasz Adamek.

Nie rozumieliśmy, dlaczego jeszcze kilka miesięcy wcześniej Góral mierzył się z Przemysławem Saletą. Do tej pory nie wiemy, co na celu miał pojedynek z gościem, który już dawno zawodowo sportu nie uprawiał. Adamek zastopował byłego mistrza Europy w kick-boxingu i postanowił rozpawić się z wysoko notowanym Erickiem Moliną. Pięściarzem z Teksasu, który wielokrotnie podkreślał, że jego marzeniem jest zdobycie mistrzowskiego pasa w królewskiej dywizji.

Na samym początku byliśmy galą nieco zawiedzeni. Sporo miejsc wolnych w Tauron Arenie i doping kibiców również mniejszy, niż się tego spodziewaliśmy. A przecież do ringu wchodzili kolejno Masternak, Cieślak i Wawrzyk, czyli – bądź co bądź – uznane jak na polskie warunki persony w szermierce na pięści. Emocje, takie naprawdę prawdziwe i niereżyserowane, zaczęły się w momencie, gdy wybrzmiał “Funky Polak”. Gdy Waldemar Kasta zapowiadać zaczął Tomasza Adamka.

Tłum zwariował, pogaduchy na bok odstawili nawet najmniej zorientowani fani boksu, bo Góral był między linami. Jak sam Tomek zapowiadał – to pojedynek o być albo nie być. Jeżeli wygra, to daje sobie kolejną szansę. Jeśli przegra, rękawice wyniesie na strych i czas wolny w pełni poświęci już tylko rodzinie.

Byliśmy zbudowani postawą Adamka. Naprawdę walczył jak za najlepszych lat. Szybko chodził na nogach, dużo ciosów unikał, sam bił seriami. Gołym okiem widać było, że u sędziów punktowych prowadzi zdecydowanie. Tylko jakiś mocny cios Moliny mógł odwrócić losy rywalizacji. Z rundy na rundę stawało się to jednak coraz mniej prawdopodobne.

A jednal. Felerna, 10. runda. Mocny cios Moliny na kilka sekund przed końcem tego starcia. Adamek pada na deski i nie ma pojęcia, gdzie się znajduje. Podnosi się, przy komendzie “osiem” stoi już na prostych nogach. Sędzia ringowy nie ma jednak wątpliwości – Adamek już walczyć nie może. Mimo tego, że chwilę wcześniej rozbrzmiewa gong kończący rundę. Góral przegrywa ten pojedynek.

Potem były szumne zapowiedzi, że na ring Tomek już nie wróci. Obserwowaliśmy poruszające wystąpienie Mateusza Borka, który w kilku minutach podsumował największe osiągnięcia wielkiego mistrza z Gilowic. Nic nie wskazywało na to, że ta decyzja może zostać jeszcze zmieniona. Adamek, jak sam podkreślał, decyzji nie zwykł zmieniać.

Dziś minął rok i oficjalnie Tomek cały czas jest na sportowej emeryturze. Coraz głośniej mówi się jednak o jego powrocie między liny. Może jeszcze raz? Może jeszcze w tym roku? Pytań jak na razie bardzo dużo, odpowiedzi jak na lekarstwo. 365 dni temu wszystko było jasne – jeden z najbardziej utytułowanych polskich pięściarzy w historii do boksu już nie wróci. Teraz… hmm, sami nie wiemy. Zobaczymy, co czas pokaże.

Komentarze