Boks: Powietkin na koksie, a mimo wszystko szykuje się do walki

    Są rzeczy, które przechodzą nasze pojęcie. Często tłumaczymy sobie pewne sytuacje, staramy się wziąć je na logikę. Gdy wahamy się nad wydaniem osądu, to czytamy, zgłębiamy temat, pytamy bardziej wtajemniczonych ludzi, chcemy mieć szerokie spojrzenie na coś, o czym piszemy lub dyskutujemy. Czasami jednak odpuszczamy, nie możemy pojąć pewnych spraw. Wywieszamy białą flagę, poddajemy się, rzucamy biały ręcznik na środek ringu i w niewiedzy przechodzimy do innych tematów.

    Dziś skupimy się na Aleksanderze Powietkinie i jego dopingowych machlojkach. Temat oczywiście na świat wyszedł już kilka miesięcy temu, ale cały czas nie jesteśmy w stanie zrozumieć, jakim cudem Powietkin cały czas walczy. Trenuje i przygotowuje się do kolejnego pojedynku, mimo że w jego organizmie wykryto nielegalne substancje. Mało tego – na początku lipca ma stoczyć kolejną walkę.

    Powietkin 1 lipca zmierzy się z Andrijem Rudenko. W ostatnim czasie jest regularnie poddawany testom antydopingowym. Przypomnimy, że 30 czerwca kończy się pół kara nałożona na Rosjanina. Przez to, że dwukrotnie w jego organizmie wykryto niedozwolone substancje Powietkin musiał przełożyć już dwa pojedynki – z Deontayem Wilderem i Bermane Stivernem. Teraz wszystko wskazuje na to, że Sasza znowu pojawi się między linami.

    Czytamy, czytamy i nie wierzymy. Jakim cudem? Jak pięściarz, u którego stwierdzono doping, może walczyć? Wszyscy doskonale wiedzą, że Powietkin brał i bierze niedozwolone środki. Korzysta z drogi na skróty, wspomaga, się, oszukuje. Korzysta z metod, które publicznie są negowane i których brzydzi się wielu sportowców. Tymczasem w przypadku Powietkina nikt sobie z tego nic nie robi i wszystko wydaje się być w porządku. Rosjanin bierze, oszukuje, ale walczy, a co tam!

    Jakoś tak te wszystkie powiązania bokserskie są skonstruowane, że odnosimy wrażenie, iż Powietkinowi nikt nie może nic zrobić. Gdy na dopingu wpadł ostatnio Andrzej Wawrzyk lub Michał Cieślak i sprawa ujrzała światło dzienne, było wiadomo – jest smród. Z najgorszym wypadku dyskwalifikacja dożywotnia, w najlepszym – 2 albo 4 lata przerwy. Pełna skrucha pięściarzy, którzy dopuścili się takich czynów, argumentacja i wyjaśnienia, jak do tego doszło, ale generalnie poważne problemy – jest zbrodnia, musi być kara.

    Tymczasem przed ostatnią walką u Powietkina wykryto doping i za karę pięściarz nie zawalczył z tym przeciwnikiem, z którym miał się zmierzyć, tylko dano mu innego rywala. Faceta z łapanki, który dzień przed pojedynkiem dowiedział się w ogóle o tym, że na kilkanaście godzin ma walczyć. Powietkin wygrał, a siedzący na trybunach ludzie cieszyli się do rozpuku. Pięknie, mamy mistrza, nic tylko wstać i bić brawo!

    A tak już na poważnie, bez szyderki. Coś nam tu nie gra. Gdyby był odgórny przykaz, że wszyscy biorą – okej, zgoda – wolna amerykanka. Ale skoro są testy, zawodnicy są kontrolowani, a doping uważany za oszustwo… no właśnie. Możemy sobie pogadać.

    Nie podoba nam się to. Patrząc no to wszystko odechciewa nam się boksu. Przynajmniej tego w Rosji. Burdel tam, jak na tureckim straganie.

    Komentarze