Boks: Dokładnie sześć lat temu Diablo po raz pierwszy pokonał Palaciosa

    Ktoś powie – szmat czasu. Fakt, przez sześć lat można zbudować trzy domy, zasiać cały las, spłodzić pięciu synów i trzy razy rozwieść się z żoną. Generalnie w tym czasie można zrobić naprawdę bardzo dużo rzeczy. Gdy jednak patrzymy na karierę Krzysztofa Włodarczyka to wydaje się, że to wszystko działo się niedawno. Jeszcze wczoraj zasiadaliśmy jak do telenoweli do jego kolejnych obron mistrzowskiego pasa. Czas jednak płynie nieubłaganie.

    Bydgoszcz, hala Łuczniczka, kilka tysięcy osób na trybunach. Z jednej strony pewny siebie, agresywny i prowokujący Francisco Palacios, który odgrażał, że zabierze pas czempionowi niepodzielnie panującemu w wadze cruiser na świecie. Z drugiej nasz Diablo, który po dwóch wygranych bojach z Giacobbe Fragomenim umocnił się na fotelu lidera wśród bokserów walczących na zapleczu królewskiej dywizji. Zapowiadała się naprawdę wielka walka.

    Ale…hmmm, jakby to powiedzieć. Emocji nie było praktycznie żadnych. Sami nie wiemy, co wtedy się stało z Krzysztofem Włodarczykiem. Pięściarz dysponujący takim uderzeniem, mający taką siłę przez cały pojedynek walczył bardzo asekuracyjnie i zachowawczo. Podczas gdy Palacios coś tam próbował, starał się, chciał narzucić swój styl walki, Diablo schowany czekał, czekał, czekał. A my z nim – czekaliśmy, czekaliśmy i… nie doczekaliśmy się. Fajerwerków nie było, za to oglądaliśmy nudną jak flaki z olejem partię szachów, w której nie wydarzyło się praktycznie nic. Znamy Krzysia bardzo długo, obserwowaliśmy jego poprzednie walki. Wiedzieliśmy, że w ostatnich rundach może być szczególni niebezpieczny. Diablo czuł jednak, że do ataku nie musi przechodzić. Rywal nie jest mu w stanie zagrozić niczym szczególnym, pojedynek odbywa się na polskiej ziemi. W grę wchodził tylko nokaut, który – umówmy się – był nierealny.

    Bardzo ciekawa była punktacja tamtego pojedynku u sędziów. Minęło już sześć lat, a my w dalszym ciągu zastanawiamy się, czy aby na pewno wszyscy arbitrzy oglądali ten sam pojedynek. Wyglądało to tak:

    Jeden z sedziów widział sześciopunktowe zwycięstwo Włodarczyka, drugi dwupunktową wygraną Palaciosa. Zastanawiamy się w takich sytuacjach, kto zajmuje się punktowaniem pojedynków. Jeden facet oglądał walkę w Bydgoszczy, drugi w Las Vegas. Jeden widział nowego mistrza świata, drugi pewną obronę tytułu panującego mistrza. W końcu jeden siedział przy ringu i oglądał walkę bokserską, a drugi rozpoczynał sezon grillowy w Myślęcinku i zabawiał gości częstując ich karkówką i ziemniakami z ogniska.

    Po tym pojedynku, Palacios szukał sprawiedliwości wykrzykując, że został w Polsce ograbiony ze zwycięstwa, które niby miało miejsce w Bydgoszczy. Półtorej roku później panowie znowu stanęli w ringu naprzeciwko siebie i wtedy już bezapelacyjnie lepszy okazał się Włodarczyk, który nie dał wątpliwości sędziom punktowym. Trzech panów zasiadających przy ringu było jednomyślnych – pas zostaje w Polsce. Po dwóch szansach Palaciosa na wywrócenie bokserserskiego świata do góry nogami Włodarczyk przygotowywać zaczął się do innych pięściarzy.

    Co ciekawe, jutro mija równo rok, od kiedy Palacios po raz ostatni pojawił się między linami. Jego ostatnim oponentem był… Michał Cieślak, który szybko wygrał z Wizzairem przed czasem. W ogóle, w ostatnich siedmiu pojedynkach Palacios aż czterokrotnie przegrywał. Do tej pory nie wiadomo nic na temat jego ewentualnego kolejnego pojedynku. Wszystko wskazuje na to, że urodzony z Portoryko pięściarz dał już sobie z boksem spokój.

    Komentarze