Boks: 41. urodziny Władimira Kliczko!

Czy w wieku 41 lat można mieć jeszcze sportowe ambicje? Można. Czy można chcieć udowodnić coś całemu światu, mimo że przez wiele długich lat było się na topie? Również – można. Czy będąc spełnionym finansowo gościem, który do spółki z bratem promują najlepszych pięściarzy na świecie, można dalej marzyć? Ależ oczywiście, że można. Władimir Kliczko, bo o nim mowa, dziś świeczki zdmuchnie po raz 41.

Pamiętacie 2004 rok i pojedynek Kliczko z Lamonem Brewsterem? Tak, to ten sam człowiek, który chwilę później zmasakrował również Andrzeja Gołotę. Mało kto wie, ale młodszy z braci Kliczko kiedyś przegrywał. Łącznie – aż cztery razy. Jeszcze mniej osób pamięta, że kiedyś w ringu wydarzyło się to. Wtedy – jak sam Władimir wielokrotnie podkreślał – był blisko zakończenia swojej sportowej kariery. To z późniejszym królem wagi ciężkiej robił Corrie Sanders:

To był 2003 rok, a Władimir miał zaledwie 27. Wiek to jak na pięściarza młody, ale gdy weźmiemy pod uwagę, że w wieku zaledwie 20 lat Mike Tyson nosił dumnie już pas czempiona, to argumentów broniących Kliczko jest już zdecydowanie mniej. Z resztą, w tym samym roku jego starszy brat, Witalij, stoczył jedną z najbardziej zaciętych ringowych wojen z Lennoxem Lewisem, która na zawsze przeszła do historii szermierki na pięści. Saul Alvarez, który dopiero w lipcu skończy 27 lat, ma już na swoim koncie 50 stoczonych pojedynków i od dawna jest posiadaczem tytułu mistrza świata.

Władimir nie miał lekko, gdyż cały czas był porównywany do swojego starszego brata, który przez całą karierę ani razu nie padł na deski. Władimir tak mocny nie był, ale nie przeskodziło mu to w tym, by przez 11 lat nie przegrać walki. By 3516 dni być posiadaczem pasów czempiona. Tych samych, które kiedyś w swoim posiadaniu mieli Muhamad Ali, Mike Tyson czy Evander Holyfield.

Pewnie nasz tekst wyglądałby dziś nieco inaczej, gdyby nie listopad 2015 roku. Wtedy w ringu naprzeciw Ukraińca stanął Tyson Fury, którego wcześniej nie traktowaliśmy poważnie. Był to pięściarz, którego na deski posłał w przeszłości Steve Cunningham. Spodziewaliśmy się kolejnego łatwego zwycięstwa Władimira, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że Brytyjczyk nie ma szans w tym pojedynku. Stało się jednak inaczej i na punkty to Fury pokonał Kliczko. Świat stanął na głowie, a cała czołowka ciężkich na świecie zacierała ręce. Wszyscy zdawali sobie sprawy, że przyszły inne czasy.

Do tamtego momentu – co tu się oszukiwać – emocji zbyt wielu w wadze ciężkiej nie było. Może jeszcze David Haye miał papiery na to, by wstrząsnąc Władimirem, ale w bezpośrednim starciu nie miał żadnych szans. Wach, Pianeta. Povietkin, Leapai, Pulev, Jennings – wszyscy zostawali odprawiani z kwitkiem. Dopiero Fury, czyli dumny pyszałek z Manchesteru, był w stanie przeciwstawić się ukraińskiej hegemonii.

Świat wywrócił się do góry nogami, a Kliczko od razu chciał się zrewanżować. Termin walki kilkukrotnie przekładano, bo za każdym razem stało coś na przeszkodzie, by obaj panowie wyszli jeszcze raz do ringu. Ostatecznie stanęło na tym, że Fury od boksu odpoczywa, choć już planuje na ring wrócić, a Kliczko zmierzy się z Anthony’m Joshuą za miesiąc w Londynie o pasy WBA i IBF. Kto wie, być może będzie to najważniejsza walka Ukraińca w karierze.

I teraz, zastanawiamy się. Z jednej strony Kliczko ma już na swoim koncie 68 walk i spokojnie boks mógły wykładać na jednym z amerykańskich Uniwersystetów. Z drugiej strony, wciąż jest głodny zwycięstw i pragnie wrócić na szczyt. Za nieco ponad miesiąc przekonamy się, czy doświadczenie i rutyna wezmą górę nad młodością i fantazją. Dziś życzymy Władimirowi wszystkiego dobrego. Za kilkadziesiąt lat otwierając księgę o historii światowego boksu spodziewamy się jego osoby w jednym z pierwszych rozdziałów.

100 lat, Władimir!

 

Komentarze