Bohater tygodnia – Chris Froome

W minioną niedzielę Brytyjczyk Chris Froome po raz czwarty stanął na najwyższym stopniu podium najbardziej prestiżowej kolarskiej imprezy na świecie – Tour the France. 32-latkowi brakuje już tylko jednego triumfu, żeby dołączyć do grona najwybitniejszych uczestników wyścigu, którzy po ostateczne zwycięstwo sięgali pięciokrotnie. Lider grupy Team Sky w ostatnich latach zdominował światowe kolarstwo szosowe, ale myli się ten, kto myśli, że jego droga na szczyt usłana była różami. Znacznie częściej niż różami, podczas stromych podjazdów na górskich etapach w jego stronę ciskano kubkami z moczem. Ewentualnie pluto…

Najlepszy obecnie kolarz świata urodził się w 1085 roku stolicy Kenii, Nairobi, jako najmłodszy syn Brytyjczyków Jane i Clive’a Froomów. Leżące we wschodniej Afryce państwo słynie przede wszystkim ze światowej klasy biegaczy długodystansowych, ale jak widać, warunki tam panujące sprzyjają także rozwojowi przedstawicieli innych, wytrzymałościowych dyscyplin sportu.

Froome w pierwszych zawodach kolarskich wystartował w wieku 13 lat i dość szybko okazało się, że ma zadatki na niezłej klasy „górala”. W międzyczasie przeniósł się do Republiki Południowej Afryki, gdzie studiował ekonomię. Jego ścisły umysł odcisnął zresztą piętno na jego podejściu do kolarstwa, bardzo matematycznym, naukowym. To ono, oprócz niesłychanej wydolności, przyniosło mu wielkie sukcesy.

Początki nie były jednak specjalnie obiecujące, a szef grupy Sky, David Blisford wypatrzył Froome’a podczas Igrzysk Wspólnoty Narodów w 2006 roku.  „ To co pokazał, biorąc pod uwagę sprzęt na jakim jeździł oraz fakt, jak dużo pracy było przed nim… Od razu wiedzieliśmy, że to diament, który wymaga oszlifowania” mówił potem Blisford.

Rok później Chris przeszedł na zawodowstwo i rozpoczął treningi w południowoafrykańskiej grupie Konica Minolta. Początki były trudne, a manager drużyny, John Robertson miewał chwile zwątpienia.

– Chris nie za bardzo potrafił jeździć na rowerze, wyglądał na nim pokracznie, jeździł zygzakiem. Podczas jednego z treningów wlókł się na samym końców. Straciłem cierpliwość, wydarłem się „no jedź, kur..!” I on odpalił… wyprzedził wszystkich… – opowiadał Robertson.

Froome to tytan pracy, zawsze wszystko miał wyliczone co do minuty, co do metra. Trening był dla niego świętością, to co zaplanowali szkoleniowcy, zawsze wykonywał rzetelnie. Nie przyjmował jednak wiedzy podawanej przez trenerów bezkrytycznie, bezrefleksyjnie. Zadawał dużo pytań, był dociekliwy, szukał nowych rozwiązań, chciał, żeby nauka była po jego stronie. Zdobycze techniki, suplementacja, odżywianie, fizykoterapia – wiedział, że w ostatecznym rozrachunku te detale mogą zadecydować o zwycięstwie lub porażce. A zwycięstwa w końcu zaczęły przychodzić.

W 2010 roku Froome został wicemistrzem Wielkiej Brytanii w jeździe indywidualnej na czas. Kilkanaście miesięcy później zajął  drugie miejsce we Vuelta a Espana, a po niepełnym roku – identyczny wynik w Tour de France. Te sukcesy odnosił już jako kolarz grupy Sky. Jego czas nadchodził.

Na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie Froome, przed własną publicznością, sięgnął po brązowy medal w jeździe indywidualnej na czas. To właśnie jego wszechstronność była kolejnym atutem w jego drodze do największych sukcesów.

Pasmo największych sukcesów rozpoczęło się w 2013 roku i trwa do dziś. Jego pierwszy triumf w Wielkiej Pętli był zarazem jego pierwszym zwycięstwem w wyścigu wieloetapowym w karierze. Drugiego na mecie Hiszpana Alberto Contadora pokonał o niespełna pół minuty. Wygrał też klasyfikację punktową.

Rok później, po dwóch upadkach, wycofał się z TdF, ale zajął drugie miejsce we Vuelcie. W 2015 już bezapelacyjnie wygrał największą kolarską imprezę roku,  w 10. etapie wypracowując sobie przewagę, której jego najgroźniejsi rywale praktycznie nie mieli szans odrobić.

Był pierwszym kolarzem od czasów Eddy’ego Merckx’a, który obok zwycięstwa w całym wyścigu wygrał także klasyfikację górską. „Generalkę” wygrał z 72 sekundami przewagi nad drugim Neiro Quintaną.

12

Komentarze