Bogusław Saganowski: Erik Cantona spytał „How are you Sagan?”

Jest taki facet, który w swoim życiu strzelił więcej bramek przewrotką niż przeciętny ligowy kopacz przez całą swoją karierę. Mimo, że grał w piłkę zarówno na trawie, jak i na parkiecie, podkreśla, że tak naprawdę został dopiero „odkopany na piachu”. Najlepszy polski beachsoccerowiec w niedługiej historii tej dyscypliny w naszym kraju. Żywa legenda. Starszy brat „tego Marka Saganowskiego” , chociaż w niektórych kręgach to właśnie Marek jest „młodszym bratem tego Bogusia od przewrotek”. Zapraszamy na rozmowę z Bogusławem Saganowskim.

 

Przygoda z reprezentacyjnym beachsoccerem definitywnie skończona? Od tej decyzji nie ma odwrotu?

Bogusław Saganowski: Chodzą słuchy, że mógłbym i powinienem jeszcze grać, ale podjąłem taką decyzję, także w konsultacji z moją narzeczoną. Stwierdziliśmy, że lepiej zejść w tym momencie, o własnych siłach a nie wtedy, gdy mnie do tego ktoś zmusi, a za plecami będę słyszeć, że już się nie nadaję i powinienem zrobić miejsce dla młodszych.

Ostatnio obserwowałem cię na turnieju na Stadionie Letnim w Gdańsku. Najpierw strzeliłeś gola z przewrotki, chwilę później, uderzając z drugiej strony bramki minimalnie chybiłeś, po czym sprintem ruszyłeś na swoja połowę i wślizgiem, o ile to odpowiednie określenie dla beachsoccera, odebrałeś piłkę rywalowi. Kurcze, tobie się jeszcze cały czas chce!!

BS: Właśnie dlatego, dopóki mnie to cieszy i sprawia mi to frajdę, wciąż, w tym wieku, biegam po tym piachu  i robię to z uśmiechem na twarzy. To dla mnie wciąż świetna zabawa i najlepszy sposób na spędzenie lata. Chce mi się, bo pomaga mi narzeczona, która dba o moje zdrowe odżywianie. Pomaga mi w tym, żebym się jak najlepiej czuł i był dobrze przygotowany na plażę. Wiadomo, im więcej się waży tym ciężej biegać po tym piachu, nogi się zapadają. Czym lepiej człowiek jest przygotowany, tym lepiej gra. Sam zauważyłeś, że potrafiłem zrobić przewrotkę, a za moment być na własnej połowie i zablokować strzał przeciwnika, To wszystko jest trening.

Dorastałeś w Łodzi, wychowywałeś się razem z młodszym bratem Markiem. Jakim byliście rodzeństwem? Byłeś opiekuńczym starszym bratem, czy każdy robił wszystko na własny rachunek ?

BS: Mało kto wie, ale my mamy jeszcze trzeciego brata, starszego ode mnie o 8 lat, od Marka 9. On nas zapisał do ŁKSu na treningi. Wiadomo, że mieliśmy lepszy kontakt z Markiem, starszy miał swoje własne sprawy i towarzystwo. Jak zauważyłeś, wychowaliśmy się w Łodzi, mieliśmy na podwórku taką grupkę 8-10 chłopaków i zawsze mieliśmy co robić. Ale przede wszystkim graliśmy cały czas w piłkę, to  była nasza podstawowa forma ruchu i zabawy. Tak spędzaliśmy czas, grało się w gałę aż do śmierci tej piłki, która się przetarła albo przebiła gdzieś na płocie. Czy rywalizowaliśmy? Niektórzy twierdzą, że byłem lepszy od Marka technicznie, ale on był bardziej zawzięty i ciężko pracował na swoje nazwisko i swoją pozycję w polskiej piłce. Chwała mu za to. Myślę, że gdyby Marek chciał, to wciąż w tej Legii jeszcze by grał, wchodził z ławki, ale stwierdził, że już kończy, wiadomo, że miał też swoje problemy zdrowotne, wypadek, problemy z kolanami i z sercem. Powiedział sobie dość.

Ja na piachu jestem w innej sytuacji, mogę wejść, zejść, zmiany są hokejowe. N boisku tego nie ma. Na pewno to mi pomaga w graniu w tym wieku.

Ty się nie mogłeś zdecydować? Ponoć grałeś w ataku, potem na bramce… Czy z tego też powodu nie udało się przebić w piłce tak, jak bratu?

BS: Kiedy zapowiadało się, że obaj z Markiem możemy coś znaczyć w piłce, że mamy potencjał, ja stwierdziłem, że stanę na bramce. Zrobiły się z tego prawie 3 lata. Poem przyszła kontuzja i okazało się, że gdzieś zostałem w tyle za tymi zawodnikami grającymi w polu, którzy zrobili postępy podczas gdy ja starałem się łapać piłkę. Ale teraz, z biegiem lat uważam, że to mi dało możliwość odnalezienia się w beachsoccerze, pomogło w robieniu tych przewrotek bez narażania się na kontuzje. Nie mam oporów, dzięki czemu zrobienie przewrotki, nawet w hali nie jest mi obce. Ostatnio nawet zrobiłem to dwa razy na turnieju halowym w Ergo Arenie przeciwko Lechii. Chłopacy, którzy mnie nie znali, a kojarzyli oczywiście nazwisko, dziwili się i gratulowali, że rzeczywiście jestem wariatem i potrafię robić to nawet w hali. Chociaż wiadomo, że z wiekiem na następny dzień trochę gorzej to wygląda. Wiadomo, piach to piach, hala to hala.

Czy z tym beachsoccerem rzeczywiście to była taka miłość od pierwszego wejrzenia? Jednego dnia idziecie pobawić się na piachu, a następnego trafiasz do reprezentacji Polski i lecisz na Mistrzostwa Świata na Copacabanę?

BS: To było dziwne i chyba mi pisane. Grałem wówczas w Kaliszu, bodajże w trzeciej lidze. Jarek Jagielski, ówczesny prezes i manager Grembacha Łódź zgłosił nas do turnieju na piachu pod Dębicą. Zaczęliśmy się śmiać, przyjechaliśmy w czwartek na trening, stwierdziliśmy, że jest fajnie, że pojedziemy, spróbujemy, pobawimy się. Okazało się, że zostałem najlepszym zawodnikiem i strzelcem turnieju, a w poniedziałek byłem już na zgrupowaniu. Trener Jacek Ziober i Michał Sieczko stwierdzili, że dadzą mi szansę i tak się potoczyły moje losy – zostałem na kolejne 11 lat. Jak ja to zawsze mówię, odkopałem się z piachu, odnalazłem właśnie tam, a nie na trawie czy w hali.

Na samym początku przygody z beachsoccerem trafiłeś do jego Mekki, czyli na Copacabanę. Jakie wrażenie zrobiła Brazylia?

Wiedzieliśmy, jaki potencjał jest w Brazylii do grania w piłkę, ale co nas zaskoczyło, to to, że oni potrafili na tym piachu grać 11 na 11. Tak jak u nas normalnie na trawie, ze spalonymi, sędziami liniowymi i tak dalej. Zaskoczyły nas szkółki foot-volleya czyli siatkonogi, gdzie tak naprawdę te dzieciaki trenują od najmłodszych lat, są też dziewczyny, które zawstydziłyby niejednego faceta. Cały świat kręci się tam wokół Copacabany i piłki.

Plaża podświetlana jest do 23 więc oni cały dzień, od świtu do zmroku grają w beachsoccera, wszystkie odmiany piłki. Sam wyjazd, same mistrzostwa to było ogromne przeżycie. Na zgrupowaniu byłem pierwszy raz w lipcu a w listopadzie leciałem już do Brazylii. Co prawda byłem już tam wcześniej na obozie z ŁKSem, miałem szansę się przebić, ale nie wyszło. Wówczas jednak mieszkaliśmy w środku Brazylii, a nie tak jak tutaj, przy Copie. Naprawdę zrobiło to na mnie naprawdę wielkie wrażenie. W tym roku miałem przyjemność być na Mistrzostwach Świata na Bahamach i też to fajnie wyglądało, ale różnica była taka, że tam komplet, czyli około 5 tysięcy kibiców, był na każdym meczu, natomiast tutaj – tylko na poszczególnych spotkaniach.

12

Komentarze