Białe Kołnierzyki po polsku

Marcin Marczak w swojej zawodowej karierze bokserskiej stoczył jedenaście walk, z których wszystkie wygrał. Jest też trenerem, który przez lata miał okazję przyglądać się w Wielkiej Brytanii, jak powinno organizować się gale białych kołnierzyków, a następnie przeniósł to na polski grunt. Jak udało się tego dokonać i co stało na przeszkodzie? Gdzie jest polski boks w porównaniu do boksu angielskiego? Co dzieje się w głowie amatora, przygotowującego się do walki podczas bokserskiej gali ? O tym wszystkim rozmawialiśmy z organizatorem 13. gali White Collar Boxing Night, która odbędzie się w Gdańsku w najbliższą sobotę.

Skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby osoby, które na co dzień często pracują umysłowo, zarządzają firmami bądź są przedstawicielami przeróżnych profesji, mierzyli się z podobnymi sobie w ringu bokserskim?

Marcin Marczak: Pomysł powstał w Stanach Zjednoczonych. Podobno zaczęło się od krachu na giełdzie w latach 80-tych, wielu maklerów, bankierów popadło w depresję, było wiele samobójstw. Boks sam w sobie jest taką dyscypliną, która bardzo odstresowuje, wszystkie negatywne emocje można z siebie wyrzucić. Powstał pomysł, żeby dla tych biznesmenów organizować towarzyskie walki bokserskie, w ringu, z sędziami, z okresem przygotowawczym do walki. To się spodobało, poszło dalej na całe Stany, potem do Japonii, następnie do Wielkiej Brytanii, aktualnie największej kolebki white collar boxing, a teraz my tutaj próbujemy to robić w Polsce. Klub Ring3City zorganizował to jako pierwszy cztery lata temu, teraz widać ekspansję, bo i Warszawa i Poznań mocno się w to zaangażowały.

W Warszawie Rafał Jackiewicz.

MM: Tak, dodatkowo w Poznaniu prezydent miasta się w to zaangażował, walczył z Michalczewskim czy Saletą, podczas gali zbierali na cel charytatywny. Wiem, że Przemek Saleta zabiera się teraz za taki projekt Gentleman Boxing, to ma być reality show. Sparingi, treningi, przygotowania i w finale ma to zwieńczyć gala bokserska.

O ile walki białych kołnierzyków mają swój początek w Stanach Zjednoczonych, ty pierwszy raz zetknąłeś się z tym w Anglii. Jak wygląda tam kultura tego pięściarstwa amatorskiego?

MM: Anglia jest w ogóle europejską, jeśli nie światową kolebką boksu, tam właśnie wymyślono reguły, od ponad stu lat funkcjonuje świetnie British Boxing Board of Control, tamtejszy związek pięściarski, super organizacja, a boks zaraz po piłce nożnej jest tam sportem narodowym.  W samym Londynie jest więcej klubów bokserskich niż w Polsce, a zawodników zawodowych w mojej wadze, czyli lekko średniej, jest więcej, niż u nas we wszystkich kategoriach. Tak samo gale zawodowe, tam odbywają się 3-4 w tygodniu, w Polsce 3-4 na kwartał. I tak dalej. Cały biznes bokserski, cała koniunktura jest nakręcona, że żyje swoim życiem. Tam babcia w warzywniaku wie, kto z kim walczył, kto będzie walczył i kto jest kim w boksie. Tutaj dalej uchodzi to za mordobicie i prymitywną odmianę sportu.

White Collar Boxing Night / fot. Ring3City

Tak więc w Anglii z tym wszystkim pierwszy raz się zetknąłem. Przyznam się, że jak w 2004 roku jechałem do Wielkiej Brytanii, nie miałem pojęcia, że takie coś w ogóle istnieje. Myślałem sobie, że to jakiś żart, jak facet po czterdziestce, który do tej pory nie najlepiej się prowadził, pewnie z wf-u też uciekał, bo z koordynacją słabo, teraz będzie przez 3 miesiące trenował boks, a potem wychodził na realną walkę, gdzie umiejętności są minimalne. Do tego dochodzi kondycja, brak doświadczenia i dotychczasowy styl życia. Na początku podchodziłem do tego sceptycznie, z lekkim uśmiechem, stwierdziłem, że zrobię co mogę, żeby przygotować faceta do walki, bo pracowałem właśnie jako trener w takim klubie white collar. I dopiero po 2-3 latach się do tego przekonałem. Bo jeśli facet ma nic nie robić, to niech lepiej pozna, czym naprawdę jest boks. Sprzed telewizora każdy potrafi komentować, mówić, że słaba obrona, za mało ciosów zadanych, a jak sam wyjdzie do ringu widzi, że to nie takie proste, nie potrafi wyprowadzić lewego czy prawego prostego albo zrobić dobrego uniku. Odwraca głowę, zamyka oczy. I rzeczywiście – dopiero jak ktoś tę pierwszą walkę ma za sobą, dopiero jest w stanie głębiej, wnikliwiej rozmawiać o walkach bokserskich, niż ze zwykłym kibicem.

W Anglii pub stoi co każde 50 metrów. Gym może nie aż tak gęsto, ale też jest tego sporo.

MM: Rzeczywiście, dużo klubów utrzymywanych jest przez lokalny council, ale też jest sporo prywatnych klubów zawodowych, wszędzie można spotkać jakiegoś mistrza Wielkiej Brytanii, Anglii, hrabstwa, Walii. Zresztą ludzie zjeżdżają z całego świata, Jamajka, Nigeria, każdy gdzieś boksował, różne style się mieszają, różne treningi, trenerzy, sparingpartnerzy. Dla pięściarza, który tam przyjedzie i chce zacząć karierę zawodową, a ja tam właśnie zaczynałem, to jest raj. Tutaj trzeba szukać sparingpartnera, żeby potrenować, dzwonić do Warszawy, zastanawiać się: przyjedzie albo nie przyjedzie? I jakie ma umiejętności. Tam idziesz do klubu i na zawołanie masz 5-6 chłopaków na wysokim poziomie, różnej narodowości, prezentujących różne style, naprawdę niesamowita sprawa. Bez porównania.

Łatwo to było przenieść na polski grunt? Na pewno trzeba było to wszystko zaadoptować do naszych warunków…

MM: Ja wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale wiedziałem, że się uda. Widziałem, co się dzieje w polskim boksie i wiedziałem, że to się obroni. Pamiętam, jak zostałem zaproszony do Panoramy w telewizji gdańskiej, redaktor mi mówił, że przecież to się nie uda, chociaż nie miał o tym pojęcia. Ja wiedziałem, że dam radę, miałem na to plan, chociaż z takimi opiniami też trzeba się zmierzyć, dotrzeć do świadomości ludzi, którzy słuchają takich rzeczy chociażby w telewizji. Co ten Marczak wymyślił? 40 czy 50-latkowie mają się bić w ringu? Kto to będzie oglądał? Toż to będzie tak zwana cepeliada, zarzucanie się cepami. Okazało się , że jedna, druga, trzecia gala full, potem czwarta, a ludzie pytają, jak to możliwe, że może nie być biletów? Ja stwierdziłem, że nie przenoszę imprezy do większej hali, klimat jest stoczniowy i taki ma pozostać. Nie chcę 10-tysięcznej hali, gdzie tylko garstka ludzi będzie kibicować, a reszta gwizdać, albo w ogóle nie będzie ich to interesowało. Temat zaczął się rozwijać, po czterech galach zadzwonił do mnie chłopak z Poznania, który obecnie też się tym zajmuje. Chciał, żebym mu sprzedał ten pomysł. Ja stwierdziłem, że mogę go do siebie zaprosić, pokazać mu galę, ale „know how” mu nie sprzedam, to była moja ciężka praca z tymi budynkami, remontami, terenami stoczniowymi. I tego się trzymam, bo wciąż dostaję telefony z różnych części Polski, ludzie chcą wiedzieć, jak to robię, jak to wygląda z prawnego punktu widzenia. Ja mogę pogadać, ale nikomu krok po kroku nie będę tego spisywał. Teraz mamy czwarty rok działalności klubu, w sobotę będzie 13. gala.

Plakat XII edycji White Collar Boxing Night /fot. Ring3City

Powiedz, w jaki sposób dobierasz w pary uczestników walk i w jaki sposób dbasz o bezpieczeństwo uczestników, bo wiem, ze to też dla Ciebie bardzo ważne.

MM: Osobiście zajmuję się dobieraniem przeciwników, ja z tymi ludźmi obcuję, trenuję, rozmawiam, widzę jak się przygotowują, jak reagują pod względem psychicznym, jak sobie radzą ze stresem. Wiem, kiedy mogę spytać danego zawodnika, czy chciałby wziąć udział w walce. Czasem ktoś przychodzi z marszu, jak za wcześnie się spytasz, czy jest gotowy, to on staje za murem stresu, po czym przestaje pojawiać się na treningach. Po prostu przestraszył się inicjatywy, czuje, że ktoś chce go wpuścić na zbyt głęboką wodę. Dlatego najczęściej czekam kilka miesięcy, chłopacy sami przychodzą, zaczynają się podpytywać w maju, w grudniu tych pytań będzie coraz więcej, a w lutym będą już gotowi, żeby zawalczyć. Przede wszystkim dobieram zawodników wagowo, poza tym muszą się spotkać w ringu, poboksować podczas sparingu. Jeśli obaj poczują ”o, jest do wzięcia, jest szansa” czyli mówią A, potem jedziemy według planu, czyli mówimy B, C i D. To są trzy rundy dwuminutowe, czyli najkrótszy dystans jaki może być w boksie, rękawice duże, szesnastki, też największe, czyli w zasadzie takie poduszki, skóry nie rozetną. Nokauty się praktycznie nie zdarzają. Oczywiście kaski, ochraniacze, profesjonalni sędziowie, służba medyczna, czyli ta cała strona bezpieczeństwa jest zapewniona. Oczywiście to jest sport, tu ciosy są zadawane, faule się zdarzają, ktoś może wypaść z ringu, ale nie zapominajmy, że to jest boks i jeden wchodzi do ringu, żeby drugiego znokautować, często mocne ciosy jednak lecą. Staramy się to kontrolować, sędzia reaguje, kiedy widzi, że coś jest nie tak, liczymy do ośmiu, a nie do dziesięciu jak w boksie zawodowym. Nokaut się tu tylko raz zdarzył. Tak więc wygląda to podobnie jak w Stanach czy Wielkiej Brytanii. To bezpieczeństwo jest ważne, wiem, że na przykład wspomniany już Rafał Jackiewicz używa rękawic dwunastek, bo to za wolno i tak dalej, ale to jednak jest dla bezpieczeństwa tych ludzi. On ma firmę na głowie, po co mu te ciosy. Szesnastką też odczuje, chociaż dwunastką bardziej. Najważniejsze jest jego zdrowie.

Jak człowiek, który na co dzień wykonuje pracę umysłową i chodzi pod krawatem reaguje  w ringu na stres? Domyślam się, że to kwestia indywidualna.

MM: Często jest tak, że ten stres usztywnia, wręcz paraliżuje. Ktoś może być dyrektorem wielkiej firmy, na co dzień musi być twardy w interesach, a w ringu potem wychodzi ten stres, albo nawet nie stres, ale takie przejęcie się. Jak zareaguje publiczność, jak żona, jak znajomi? Stres paraliżuje. 50% umiejętności adrenalina zabiera w ringu, jeśli wiesz, że po tych trzech rundach, tych sześciu minutach sędzia podniesie twoją rękę w ringu albo rękę przeciwnika. Oni się nie boją ciosów, nie boją się bólu, tylko porażki.

White Collar Boxing Night / fot. Ring3City

Pewnie debiutanci dodatkowo zapominają, czego uczyli się przez te tygodnie treningów ?

MM: Totalnie zapominają. Szczególnie właśnie te pierwsze walki mają to do siebie, że wchodząc między liny cały misterny plan bierze w łeb. Odpadasz totalnie, myślisz tylko o tym, żeby przetrwać, zapominasz o technice, o tym, żeby to ładnie wyglądało, tylko w jakiś tam, swój własny sposób starasz się wygrać walkę. Potem pytamy się chłopaków, jak walka? Nic, totalnie nie pamiętają, nawet jednej rundy, nic nie docierało w narożniku, byli w szoku, w stanie, w którym nie dopuszczali żadnych informacji z zewnątrz. Sam też pamiętam swoje pierwsze walki, co prawda narożnik słyszałem, ale co ja w tym ringu wyprawiałem, to zobaczyłem dopiero później, na nagraniu. U bokserów zawodowych jest też ta kwestia automatyzmu ruchów, tysiąca powtórzeń wykonanych, powielonych, wyuczonych, dlatego to zawsze będzie jakoś wyglądało. Natomiast u tych chłopaków, którzy trenują kilka miesięcy jest troszkę gorzej z przygotowaniem fizycznym, jest walka o oddech i łapanie tlenu, w końcówce walka o przetrwanie. Sporo jest też takich chłopaków, którzy gdzieś przez lata trenowali jakieś sztuki walki, ale nigdy w ringu się nie sprawdzali. W takim przypadku jednak zawsze to opanowanie, ta głowa jest bardziej chłodna niż u takiego pana z banku czy innego biznesmena, który dopiero niedawno co założył rękawice.

Ogólnie całe takie przeżycie, walka w ringu, jest bardzo wyzwalające. Miałem okazję rozmawiać z amatorami schodzącymi z ringu – totalna euforia! Domyślam się, że potem chce się tego więcej.

MM: Opowiem całą genezę, jak to wygląda. Przez trzy miesiące on myśli o walce. Głowa cały czas pracuje, do tego dochodzi trening fizyczny, przemęczenie. Dodatkowo jest też stres w pracy, rodzina, obowiązki. W tle cały czas jest ta walka, czyli cały czas znajduje się na wyższym poziomie napięcia. Mija miesiąc, jest luz, mijają dwa miesiące, do walki pozostał już tylko jeden. A jak kondycja? Albo czasem, odpukać, jakaś kontuzja. Ciągle myśli o walce, coraz bardziej się nakręca, nie za bardzo może jeść, trzyma wagę, alkohol i wszelkie używki też lepiej odstawić, bo to przeszkadza. Ten stres się kumuluje, narasta. W dzień walki jest już maksimum, a on jeszcze musi wyjść do ringu, walczyć, wygrać, pokazać się przed publicznością. Kiedy przychodzi zwycięstwo, to wszystko pęka. Jest naukowo stwierdzone, że endorfiny są na tak wysokim poziomie, że człowiek czuje się jak po jakimś narkotyku, po prostu euforia. Trzy miesiące przygotowań, wszystko schodzi, wszystko jest wspaniałe, wszystko smakuje, jest cudownie. Ten stan trwa od kilku dni do tygodnia, a potem znów zaczyna się ten normalny stan. I wtedy tego zaczyna brakować, i zaczynają się myśli: trenerze, kiedy walka, może za pół roku, za trzy miesiące, zaczyna się planowanie. Ale są też tacy, którym ten stres tak przeszkadza, tak ich paraliżuje, że nawet po wygranej walce mówią – Super, to było świetne, ale to było straszne, koszmar, nie chcę tego więcej przeżywać. Często przestają też przychodzić na treningi. Zrobili to, zaliczyli, koniec. This is it.

White Collar Boxing Night / fot. Ring3City

Ile tak naprawdę potrzeba czasu, żeby potrenować i przygotować się do takiej walki? Jakby nie było, trzeba przecież coś pokazać w ringu, kiedy walczy się przed kilkuset osobową publicznością.

MM: To wszystko zależy od organizatora. Ja nigdy nie wpuszczam do ringu niedoświadczonych ludzi. W Anglii jest to zrobione bardziej komercyjnie, nie ważne co potrafisz, ważne ile masz kasy. Jak masz kasę, stać cię na treningi indywidualne, to po dwóch miesiącach możesz wyjść do ringu naprzeciw podobnemu tobie, a to, co tam zaprezentujesz i co ci się stanie jest nieważne. Ja natomiast nie chciałbym tu pokazywać takiej totalnej bójki, cepeliady, kibic musi też tutaj coś obejrzeć, ten poziom musi być zapewniony. Wiadomo, że jeśli ktoś się uprze, to staramy się mu znaleźć kogoś o zbliżonych umiejętnościach, ale rzeczywiście wolę, żeby nawet po tych trzech miesiącach, które są przyjęte jako taki minimalny okres przygotowań, do ringu wchodził ktoś, kto wcześniej już coś robił, trenował, przebiegł półmaraton, albo zrzucił pięćdziesiąt kilo. Ktoś, kto ten pierwszy etap ma już za sobą. Wolimy, żeby to było zdrowe, przemyślane. I tak zawsze komuś coś się przydarzy, więc na 13 gal, które dotychczas organizowałem, jedna-dwie walki zawsze wypadają, albo trzeba szukać zastępstwa. Na tej najbliższej gali będzie też jedna walka pokazowa, dwóch zawodników byłego klubu Stoczniowiec, Waldemar Nawrocki i Henryk Rychłowski, którzy od 20 lat nie walczyli, a teraz jako panowie mający po 50 parę lat stoczą przyjacielski pojedynek między sobą. Wspólnie mają ponad 400 walk na koncie, czyli ogromne doświadczenie, reprezentacja, Henryk Rychłowski to mistrz Polski z ’76 w wadze lekkopółśredniej. Waldek Nawrocki to wieloletni trener Stoczniowca, więc wiedza, doświadczenie, pokażą kawał dobrego boksu. To ma być walka pokazowa i charytatywna na dom dziecka w Tczewie. Walka non contest, czyli nikt nie wygra, ale na pewno będzie się działo, pokażą młodym jak się kiedyś to robiło.

White Collar Boxing Night / fot. Ring3City

Tak jak już mówiłeś, ekspansji nie przewidujesz, ta hala, ten klimat Stoczni gdańskiej świetnie sprzyjają tej gali i nie chcesz tego zmieniać?

Stocznia to teren znajdujący się w rękach prywatnych, dopiero ostatnio konserwator zabytków się nim zainteresował i prawdę mówiąc cieszę się z tego, że to wszystko, co stoi tutaj wokół zostanie wniesione w rejestr zabytków. A to oznacza, że nie zburzą tych budynków, a trzeba przyznać, ze już nas stąd tak, delikatnie mówiąc, przeganiali. Mieli wybudować tu wielki biurowiec, ale okazało się, że tak się nie stanie. Zostaniemy tu jak najdłużej się ta, za tym stoi cała tradycja. Tutaj ci wszyscy stoczniowi robotnicy z różnych sekcji: kowalstwa, spawacze i tak dalej po pracy się przychodzili bić, w tej hali, która się spaliła podczas koncertu, trybuny zawsze były pełne i ciężko było o bilet na ligowe mecze bokserskie. Dlatego od lat walczę, żeby boks nie musiał się przenosić ze Stoczni, bo tu jest jego miejsce, chociażby przez pamięć i dla tej tradycji. Na inną halę się nie przenoszę, ekspansji nie planuję z prostego powodu. Powiedzmy, że podczas gali mam 5 walk. Niech każdy uczestnik przyprowadzi ze sobą po 30 kibiców, to daje łącznie 300 osób, a to już jest pełna hala, ale taka z prawdziwym dopingiem, z energią, wypełniona takimi kibicami, którzy pójdą za tym swoim zawodnikiem, nawet gdyby on z jedną ręką walczył i chociażby przegrał, to oni będą go nieśli. W większych halach, na przykład w Wielkiej Brytanii, takich które mieściły po 5 tysięcy kibiców, jeśli na trybunach siedziały dwa tysiące, a tylko 500 było takich zainteresowanych, zaangażowanych, a reszta przychodziła z plakatów, gdzieś z ulicy, tego klimatu nie było. Podczas walki słychać było echo. Sam walczyłem tutaj w Stoczni, więc wiem jak to jest, nie chcemy stracić tego klimatu, dlatego nie będziemy próbowali zapełnić na przykład Ergo Areny. Moglibyśmy to zorganizować, znaleźć sponsorów, finansowo byśmy to udźwignęli, ale dla tej specyficznej atmosfery tego miejsca, zostajemy tutaj!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Michał Faran

Wkrótce na stronie Łączy nas pasja ukaże się wideo reportaż z 13. edycji White Collar Boxing Night!!

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem