Bezsensowny eksperyment

Polska reprezentacja rozegrała mecz z Urugwajem – właściwie tyle można byłoby napisać po tym starciu, które absolutnie nic zmierzającej po sukces na rosyjskim mundialu reprezentacji nie dało. Reprezentacja zagrała w ustawieniu taktyczno-personalnym, w jakim nie grała nigdy wcześniej i nie zagra nigdy później. Gdyby nie pożegnanie Boruca, ciekawsze byłoby wyjście z psem na spacer.

Napisałem przed meczem, że za najbardziej jałowe uważam emocjonalne dyskusje o meczach towarzyskich, w których trener sprawdza, testuje i analizuje. Zapytałem: co się stanie, gdy reprezentacja złapie trójkę od Cavaniego, a w poniedziałek po dwa strzelą nam Chicharito i dos Santos? Oczywiście, że nic się nie stanie. Wynik nie miał żadnego znaczenia.

Zdanie oczywiście podtrzymuję. Ocenić można jednak to, czy ten mecz został przez Adama Nawałkę dobrze wykorzystany? Czy po tym pojedynku ta drużyna zrobiła krok naprzód, czy pojawił się ktoś godny uwagi i kolejnych szans, jak ogólnie to spotkanie wyglądało? No więc patrzyło się na to starcie tak, jak na schnącą farbę w pustym mieszkaniu. Równie dobrze można było położyć się na zielonej murawie Stadionu Narodowego i obserwować, czy trawa na nadwiślańskim obiekcie równo rośnie. Sens podobny, przyjemność – taka sama.

Doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego Adam Nawałka zdecydował się w tym spotkaniu na ultradefensywne ustawienie. Nie, to nie było 3-5-2, jak zapowiadali przed tym spotkaniem dziennikarze. To było ustawienie 3-6-1, o którym mam nadzieję, że zastosujemy je ponownie za jakieś sto lat. W każdym razie: nie za mojego życia.

Nie chcę dramatyzować, bo to spotkanie powinno oglądać się z tętnem porównywalnym do tego, w którym jemy spaghetti. Trzeba uważnie patrzeć, by się nie pobrudzić, ale raczej nie siedzisz przy talerzu jak kłębek nerwów. To nie był mecz z gatunku tych, w których Dariusz Szpakowski dziesięć minut przed końcem zaczyna monolog o szkoleniu młodzieży w Polsce.

Chłodnym spojrzeniem można było dostrzec, że trójka obrońców z rozgrywającym na środku Glikiem to kilka razy gorsze rozwiązanie, niż schodzący na rozegranie z środka pola Krychowiak. Męczył się nasz obrońca Monaco, męczyli się oglądający te przygotowania akcji kibice. Zamiast dwóch niemrawo wymieniających podania między sobą stoperów, mieliśmy… trzech niemrawo wymieniających podania między sobą stoperów.

Pożegnanie Artura Boruca – najlepszy moment całego spotkania.

Dziwić może również nastawienie reprezentantów na to spotkanie. Przez większość spotkania piłkę mieli pod nogami Urugwajczycy (swoją drogą: bardzo, bardzo słabi w tym meczu), a my broniliśmy się bramkarzem, pięcioma defensorami i czterema pomocnikami. Razem: dziesięciu zawodników, którzy skupiali się głównie na defensywie i odbiorze. Co z tego wynikało i dlaczego nic?

Kiedy już wreszcie piłkę odebraliśmy – nie miał kto wyjść z nią do ataku. Osamotniony Kamil Wilczek, gdy czekał na partnerów, maks co mógł dostać dziś od drużyny to Grosickiego i Błaszczykowskiego. Atakowaliśmy więc jak drużyna Don Kichotów: trzema zawodnikami próbując rozmontować sześć/siedem urugwajskich wiatraków.

W defensywie zagęszczaliśmy, „Urusi” nie mieli nic do powiedzenia? Fajnie, ale nawet nie podwajanie, a potrajanie w bocznych sektorach boiska to zbyt duży koszt ponoszony przez szczelną defensywę. Tym bardziej, że jakby piłkarze Tabareza grali na śmierć i życie, pewnie jakieś luki w naszej obronie by znajdowali. Tak, jak Anglicy w autobusie Janusza Wójcika na Wembley kilkanaście lat temu. Było dobrze w obronie, bo Cavani i spółka zagrali bez ostrzenia kłów. Jakby nie spodziewali się, że w meczu towarzyskim będziemy bronili się niemal całą drużyną.

Adam Nawałka zdecydował się na nowe ustawienie, które nie do końca wypaliło.

Dariuz Szpakowski kilkukrotnie wypowiadał zdanie-klucz: „nie bardzo jest do kogo grać”. Wypadałoby dodać, że jeśli jest – to do tyłu. Wypaczało to rzetelną i sprawiedliwą ocenę tych, którzy próbowali się pokazać. No bo jak tu skreślić Kamila Wilczka albo Jakuba Świerczoka, jeśli osamotniony w ataku nie radził sobie nawet sam Robert Lewandowski? Za czasów Smudy i Fornalika wyglądał tak samo bezradnie. Chociaż był równie klasowym zawodnikiem (mistrz Niemiec, cztery gole w półfinale LM z Realem, król strzelców), co teraz. Dla Świerczoka i Wilczka to nie był test, a co najwyżej mina.

Jeśli Adam Nawałka liczył na to, że przez dwa listopadowe i dwa czerwcowe mecze nauczymy się grać jak Juventus albo reprezentacja Włoch, to raczej były to tylko pobożne życzenia. Męczyliśmy się. Jeszcze raz: nie przejmuję się wynikiem, nie spędzi mi snu z powiek styl gry, te mecze mają niewielkie przełożenie na czerwcowy mundial. Wolałbym jednak czekać na przyszłoroczne wakacje wiedząc, że coraz bardziej się zgrywamy, a nie zamieniamy za pięć dwunasta (no dobra, wpół do dwunastej) dobrze naostrzoną siekierkę na kijek.

Jeśli atak trzema zawodnikami, a za nimi ponad dwudziestometrowa dziura to coś, co Nawałka chciał sprawdzić to wypada zapytać: czy nie szkoda było mu czasu tego zespołu? I pieniędzy – oczywiście nie swoich, a tych kilkudziesięciu tysięcy kibiców, którzy pojawili się dziś na Stadionie Narodowym.

Bartłomiej Stańdo

Komentarze