Bezkrólewie, gra o tron, bałagan. Co tak naprawdę dzieje się w Widzewie?

Najwyższa frekwencja w Polsce, miejsce premiowane awansem, trener z wysokiej półki, potencjał wśród piłkarzy, którzy przez znaczą część rundy potrafili dominować ligę, poukładane finanse - wydawało się, że Serce Łodzi pompuje tylko mleko i miód płynące w widzewskiej krainie. Kibice zaczęli jednak 2019 roku pełni zmartwień, obaw i niewiedzy, co się dzieje przy Piłsudskiego 138. Dlaczego?

Wiadomo, że nic nie wiadomo – to zdanie kołysze się w głowach wielu kibiców Widzewa. Koniec roku okazał się bowiem końcem pewnej ery w strukturach klubu. Z pracą na rzecz klubu z al. Piłsudskiego w bardzo krótkim odstępie czasu pożegnali się prezes, wiceprezes, dyrektor Akademii oraz dyrektor ds. sprzedaży. Nic więc dziwnego, że w widzewskim środowisku zapanował niepokój. Choć sytuację uspokajał obecnie pełniący obowiązki prezesa Remigiusz Brzeziński, a oświadczenie popierające potrzebę zmian wydało Stowarzyszenie „Fanatycy Widzewa”, nastroje nie uległy dużej zmianie. Fani poszukiwania zastępców musieli oglądać m.in. na portalu pracuj.pl, gdzie niekoniecznie szuka się do klubów prezesów nieprzypadkowych i tych z prawdziwego zdarzenia.

Za zatrudnienie zastępcy Przemysława Klementowskiego odpowiedzialni są wspomniany Brzeziński oraz Tomasz Stamirowski. Ten drugi od czerwca pełni funkcję prezesa Stowarzyszenia RTS Widzew Łódź, do którego „przyprowadził” go Piotr Furmaniak (były członek zarządu). W wywiadzie dla „Widzewiaka” Stamirowski mówił, że łódzkiemu klubowi kibicuje od 1979 roku. W klubie pojawił się dopiero w momencie, gdy Widzew przejmował Murapol. Uznano, że jego osoba będzie pomocna przy tworzeniu umowy właścicielskiej.

Faktem jest, że zdobył zaufanie pozostałych członków Stowarzyszenia. W jaki sposób? – Trudno powiedzieć. Nigdy nie zostawił grosza w klubie ani też nie załatwił żadnego sponsora. Być może ma wizję, choć też przez chaotyczny sposób mówienia nie do końca potrafi ją „sprzedać” lub przekazać – dowiadujemy się od osoby będącej blisko klubu, która chce pozostać anonimowa.

We wspomnianym wywiadzie Stamirowski mówił o długofalowych wizjach rozwoju klubu. Na pytanie o „iskrzeniu” na linii prezes stowarzyszenia – prezes spółki odpowiedział: „Nie nazywałbym tego w taki sposób. Po prostu mamy różne cele. Nie jest nim wspólne powielanie działań i brylowanie na spotkaniach czy w mediach. Najważniejsza jest działalność spółki i tu nie może być żadnego zamieszania”.

Zamieszanie jednak powstało i to dość duże, bo zaskutkowało małym trzęsieniem ziemii. Gdy Przemysław Klementowski złożył rezygnację, kibice byli w szoku. Jak do tego doszło?

Niewykluczone, że zmiany w klubie, a w efekcie też rozstanie Klementowskiego z Widzewem, zainicjował ten, którego były już prezes czerwono-biało-czerwonych zatrudnił na tydzień przed końcem ligi, czyli Radosław Mroczkowski. Następca Franciszka Smudy zdołał wygrać w Ostródzie i zapewnić upragniony awans, który niemal wymsknął się z rąk kilka dni wcześniej w Sercu Łodzi. Nikt wtedy nie przypuszczał, że współpraca na linii prezes-trener nie potrwa długo.

Przemysław Klementowski (z prawej) i legenda Widzewa, Marek Koniarek.

Klementowski znany jest z tego, że dla niego priorytetową sprawą były finanse klubu. W Widzewie nie zarabiał, a nawet dokładał swoje pieniądze do tego, by grająca przy Piłsudskiego 138 drużyna mogła cieszyć oko bardzo licznie zgromadzonych fanów. Każdy grosz były prezes RTS oglądał dwa, a może nawet i trzy razy. Każdej faktury pilnował, każdego zbędnego wydatku unikał. Zdawał sobie sprawę, że nie wydaje petrodolarów właściciela ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a ciężko wypracowane złotówki oddanych kibiców. Dzięki temu wypracował poduszkę finansową, która stała się później… kością niezgody.

Jeśli są pieniądze, no to trzeba je wydać – pomyślało wielu zarządzających klubem, a także domagający się transferów Radosław Mroczkowski. O potrzebie wzmocnienia kadry mówił już latem. Przed sezonem ściągnięto więc do klubu aż jedenastu piłkarzy. Wszyscy zostali zaakceptowani przez trenera – nie było więc sytuacji, w której „wciśnięto” szkoleniowcowi piłkarza. Ilu z nich można uznać strzałami w dziesiątkę? Dwóch, może trzech. Zawiódł choćby Sebastian Kamiński, na którego sprowadzenie Mroczkowski naciskał.

Latem Mroczkowski wydał na wzmocnienia połowę zarobionych na karnetach pieniędzy. Później uznał, że to uzupełnienia. „Ile więc kosztować będą wzmocnienia?”, mógł pomyśleć prezes, choć trener uznał, że takowe są konieczne.

Po rundzie jesiennej, którą Widzew – w przypadku zwycięstwa w zaległym meczu – skończy na pozycji lidera, prośba o transfery została ponowiona. Odpowiedź nie mogła trenera usatysfakcjonować: jeden do środka pola, drugi na prawą obronę, ale tylko w przypadku odejścia Kamińskiego. Na tyle pozwoliły finanse i wypracowana nadwyżka, która miała służyć do końca roku 2019. Do tego czasu skończyłyby się kontrakty dziesięciu piłkarzy, kilku innych można było sprzedać, a ich wynagrodzenia przeznaczyć na pensję nowych. Zamienić dużą ilość, która nie gwarantowała dostatecznej jakości na dużą jakość, niekoniecznie w dużej ilości. W myśl zasady: lepiej trzech dobrych niż siedmiu średnich, bo przecież przy zachowaniu takiego samego budżetu na wynagrodzenia, więc dla księgowej klubu byłoby to bez znaczenia.

Dodać należy rzecz jasna, że ten scenariusz zakłada awans do pierwszej przy nieco wzmocnionej kadrze. W tym momencie sezonu jest on realizowany – także dlatego, że na ławce trenerskiej Widzewa siedzi fachowiec, do którego zastrzeżeń dotyczących gry zespołu mieć nie można. Końcówka rundy była co prawda słabsza, ale wynikała z bardzo krótkiego okresu przygotowawczego. Dopóki widzewiacy mieli „parę” w nogach, potrafili wygrywać wysoko i odskoczyć reszcie stawki – w głównej mierze dzięki Mroczkowskiemu, który odmienił wielu piłkarzy grających znacznie gorzej za kadencji Smudy.

Największym mankamentem była gra linii pomocy, a najwyraźniejszą luką – ta w środku, spowodowana brakiem kogoś, kto będzie trzymał kierownicę i zawiezie napastnikom piłki gwarantujące podbramkowe sytuacje. Dlatego też środkowy pomocnik był celem numer 1 na zimę. Trener uznał, że tych celów powinno być więcej.

Za Mroczkowskim stanęła Rada Nadzorcza, której przedstawiciele „wpadli” do biura prezesa Klementowskiego i zażądali transferów, na które przecież są pieniądze. To prawda, aczkolwiek poduszka finansowa też nie jest aż tak duża, by mogła swobodnie odbić kwoty transferów nowych: dyrektora sportowego, skautów i ludzi ds. marketingu, którzy i tak mieli do Łodzi trafić (Klementowski prowadził rozmowy m.in. z Łukaszem Masłowskim, obecnie dyr. sport. Wisły Płock), a oprócz tego jeszcze kilku nowych piłkarzy i ich wynagrodzenie oraz pensje nowego prezesa, wiceprezesów, dyrektorów…

Przychód Widzewa w 2018 roku oscylował w widełkach 13-15 milionów złotych, choć jego wypracowanie nie było bułką z masłem. Wydana lekką ręką nadwyżka finansowa może spowodować, że już w czerwcu jej nie będzie. Wtedy pojawi się problem, choć oczywiście nie na tyle duży, by nie dokończyć sezonu czy mówić o zapaści. Widzew ma potężne wsparcie kibiców, którzy są głównym sponsorem i czynnikiem przyciągającym innych sponsorów, ale wciąż nie jest polskim odpowiednikiem Paris Saint-Germain czy Manchesteru City. Choć to, że na linii prezes-trener nie zawsze dochodziło do porozumienia nie oznacza, że pomysły tego drugiego były odrzucane z góry. Spore pieniądze zainwestowano choćby w nowoczesny sprzęt GPS dla piłkarzy.

Radosław Mroczkowski nie ukrywał, że oczekuje wzmocnień drużyny.

Nikt nie jest idealny, nie był też kimś takim były prezes. Niektóre rzeczy można było zrobić lepiej, jak choćby przykład banalny: oświetlenie herbu na stadionie. Przyczepić można byłoby się do kulejącego w pewnych obszarach marketingu, a także szybkości realizacji niektórych działań jak oficjalny sklep klubowy czy pub na stadionie. Umowa z Murapolem z pewnością też nie była dla Widzewa najkorzystniejsza, a rok pod rządami Michała Sapoty właściwie można uznać straconym, choć koniec końców z firmą dobrze dogadano się finansowo. Struktury klubu również nie były uporządkowane tak, jak życzyłby sobie pewnie tego sam Klementowski.

Współpraca z trenerem Mroczkowskim też do najłatwiejszych nie należy. Były szkoleniowiec Sandecji jest znany z tego, że lubi, gdy jego władza nie kończy się na pomalowanych na biało liniach końcowych boiska. Chce dla Widzewa jak najlepiej, jest wymagający, stawia na swoim, ma twarde zasady. Czasem to trudne w odbiorze. Przekonać się można było o tym choćby na ostatniej wigilii klubowej, na której nie przebywał zbyt długo. Gdy zobaczył, że ma usiąść obok odpowiadającego za sprzęt Dariusza Wojtaszewskiego, opuścił świąteczne spotkanie nie zważając na piłkarzy, pozostałych pracowników klubu czy sponsorów. Sprawa  ma swój początek jeszcze za czasów panowania Sylwestra Cacka. Wojtaszewski otrzymał służbowe polecenie z góry odebrania samochodu służbowego Mroczkowskiemu, któremu po zwolnieniu auto już nie przysługiwało. Obserwatorzy byli raczej zgodni: sytuację na klubowej wigilii można było rozwiązać inaczej, tym bardziej, że opiekun sprzętu zgodził się przesiąść po części oficjalnej.

Wracając do sporu trenersko-prezesowskiego: Mroczkowski chciał jak najlepiej dla drużyny, Klementowski – jak najlepiej dla klubu. To normalne i paradoksalnie można stwierdzić, że właściwie tak powinna wyglądać wzorowa relacja między prezesem i szkoleniowcem. Ciągłego ścierania się dwóch idei, w których obie są korzystne dla Widzewa, a także nieustannego poszukiwania złotego środka jednak nie będzie. Klementowski złożył rezygnację. Nie chciał swoim nazwiskiem firmować działań niezgodnych z jego wizją funkcjonowania klubu.

Teraz można odnieść wrażenie, że Rada Nadzorcza – wydawałoby się, że wyczekująca właśnie takiego ruchu ze strony Klementowskiego – jest na to niezupełnie przygotowana. Poszukiwania zastępcy trwają już ponad miesiąc, ale nie przynoszą oczekiwanych skutków. Nie ma też planu na pion sportowy, którym zajmuje się obecnie „szara eminencja” łódzkiego klubu, Mirosław Leszczyński.

Obowiązki dyrektora sportowego pełni nie od dziś, choć robi to po cichu. Mimo sprawowania bardzo istotnej dla każdego klubu funkcji nigdy nie został oficjalnie przedstawiony.

Mówi się o nim bardzo niewiele, do niedawna w ogóle, a wielu nawet najzagorzalej śledzących poczynania ukochanego klubu kibiców nigdy nie widziało jego twarzy. Od kilku dobrych miesięcy jest prokurentem spółki, choć tę informację ujawniono dopiero po zmianach w zarządzie. Znacznie wcześniej, po odejściu Tomasza Łapińskiego to on przejął obowiązki dotyczące transferów piłkarzy. W Widzewie działał od pół roku po jego reaktywacji.

Powszechnie sądzi się, że to on sprowadził do łódzkiego klubu Marcina Płuskę, ale to niekoniecznie prawdziwa informacja. Leszczyński do Łodzi również trafił z Bzury Chodaków, ale kilka miesięcy po byłym trenerze i dyrektorze Akademii Widzewa, wraz z tak zwanym „zaciągiem chodakowskim”. – To nieprawda, że mam przyjść do Widzewa. Skąd takie plotki? Nie mam pojęcia. Być może łączy się mnie z Widzewem ze względu na transfery, jakie planujemy. Jestem w kontakcie z zarządem i to tyle – krótko skomentował w listopadzie 2015 roku na sport.pl. W rozmowie z „Dziennikiem Łódzkim” kategorycznie zaprzeczył, że ma być sponsorem klubu.

Krótko, bo mediów unikał. Nie było nigdy konferencji prasowej, w której opowiedziałby więcej o sobie i o tym, co robi w Łodzi, do której ostatecznie jednak trafił i to w niedalekiej przyszłości. Wywiad z nim w roli głównej, nawet krótki, też nigdy nie ujrzał światła dziennego. Jeden, dosyć długi, tuż po jego przyjściu został zrobiony przez oficjalną stronę klubu, ale z publikacji ostatecznie zrezygnowano. Dlaczego?

– To pytanie nie do mnie. Ja nie naciskam. Wywiadu nie było, bo nikt nie chciał. No dobra, był na początku jeszcze za Ferdzyna, ale nie poszedł. Byłem, niby nie byłem… Prokurentem jestem po odejściu Murapolu, też tego nie ogłoszono. To, że zostanę dyrektorem sportowym dowiedziałem się oficjalnie dwa dni temu, że jest taka uchwała. Choć wszyscy mi mówili, że jestem, że pełnię taką funkcję – mówi nam Mirosław Leszczyński. 

Były prezes Bzury i niedoszły sponsor Dolcanu był w klubie, ale nie w świadomości kibiców. Biorąc pod uwagę medialność Widzewa, liczbę fanów, widzewskich portali czy łódzkich gazet nie sposób nie zadać pytania: dlaczego osoba na tak ważnym stanowisku nie była nie tyle rozchwytywana, co nawet wspominana w mediach? Potrafiący dodać „dwa do dwóch” mają duże szanse na rozwiązanie tej zagadki.

Wspominaliśmy, że do Widzewa trafił razem z tzw. „zaciągiem chodakowskim” i nie jest to oczywiście przypadek. Dziennik Łódzki, styczeń 2016: „Jak się dowiedzieliśmy, nowy dyrektor sportowy, Mirosław Leszczyński, będzie finansował grę w łódzkim klubie pozyskanych w ubiegłym tygodniu zawodników – Kamila Bartosiewicza, Michała Bondary, Bartłomieja Gromka, Krzysztofa Możdżonka i Patryka Strusa. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że w przypadku transferu któregoś z tych graczy zysk trafi nie do klubu, a do inwestora”. – To nieprawda – przyznaje dzisiaj Leszczyński.

Mirosław Leszczyński (pierwszy z lewej). fot. WidzewToMy.net/ZawalskiFoto

Objęcie władzy na sportowej gałęzi klubu po zamieszaniu na szczycie nie jest dla niego sytuacją nową. Podobnie jak dziś było wtedy, gdy z klubu odchodzili Marcin Ferdzyn i Rafał Krakus. Wraz z m.in. Waldemarem Krajewskim, byłym kierownikiem drużyny, a później dyrektorem Akademii Widzewa podjął fatalną w skutkach decyzję o zwolnieniu Płuski i powierzeniu zespołu Tomaszowi Muchińskiemu, pod którego wodzą Widzew skończył rundę z dwunastoma punktami straty do lidera.

Wiosną wszystko miało być inaczej: nowy trener, nowy stadion, nowa nadzieja. I kompletowanie składu, który miał rzucić się do walki o awans. W komitecie transferowym duet Cecherz-Leszczyński. Ci, którzy obserwowali z bliska tego drugiego mieli spore wątpliwości dotyczące stylu jego pracy.

Mówi się o nim „Baron z Mazowsza”, bo właśnie kontaktami w tym województwie może się pochwalić. Gdy spoglądamy w CV sprowadzanych przez niego zawodników, często można zaobserwować w nich warszawskie lub okołowarszawskie ślady (zawodnicy z przeszłością w Polonii Warszawa, Świcie Nowy Dwór Mazowiecki, Zniczu Pruszków itd.). Niektórzy przyznają, że na tym piłkarskie znajomości prokurenta spółki i dyr. sportwego się kończą. Mówi się, że podobnie zresztą jak kontakty do piłkarzy, skutkujące poszukiwaniami numerów telefonów u przypadkowych osób czy ograniczaniem bazy potencjalnych zawodników do tych, których polecają zaufani menedżerowie.

Czy Leszczyński stworzył bazę zawodników? Czy są jakieś profile ocenianych piłkarzy? Czy ustanowione zostały zasady, na jakich sprowadzani są piłkarze? Czy istnieje jakiś formularz, który stworzył były prezes Bzury? Ilu bardzo dobrych zawodników zostało przez niego obserwowanych i sprowadzonych, a także dlaczego żywą odpowiedzią na to pytanie jest prawdopodobnie tylko Mateusz Michalski? – Nie tylko Michalski. Był Mąka, Zieleniecki, Kozłowski… To wszystko robiłem – mówi Leszczyński.

Osoby bliskie klubu twierdzą, że Leszczyński dość rzadko w nim przebywał, co się w ostatnim czasie rzecz jasna zmieniło. Inni, że wiele nie podróżował po meczach i nie oglądał zawodników. – Niejeden scout nie był na tylu meczach, co ja – ripostuję Leszczyński. Wszyscy się zgadzają: do Monchiego z Romy czy Paraticiego z Juventusu pod kątem umiejętności oceny piłkarzy, objętości bazy potencjalnych wzmocnień, wiedzy o futbolu czy stylu załatwiania transferów jest, delikatnie mówiąc, daleka droga.

Zauważają to rzecz jasna trenerzy. Miejską legendą jest wypowiedź jednego z byłych szkoleniowców: – Cieszę się, że Mirek dzwoni po zawodnikach, choć wolałbym, aby tego nie robił, bo pierd*li robotę. 

Otwarcie w wywiadzie dla „Widzewiaka” na brak efektywnej pomocy ze strony osób pracujących w klubie narzekał Radosław Mroczkowski. – Dobrego zawodnika trzeba sobie samemu znaleźć. I to jest najtrudniejsze w całej tej pracy, bo musi być duże zaangażowanie wszystkich w klubie, żeby takiego piłkarza znaleźć. Bo to nie jest tak, że biegam po całej Polsce i Europie, i mogę się temu poświęcić. To muszą też być inne osoby, które zawężą pole poszukiwań piłkarza, ukierunkują to na trzy, cztery konkretne nazwiska i wtedy z tego będzie konkretna analiza potencjalnych wzmocnień dla zespołu. Tego nie ma i pojawia się chaos i zamieszanie. Na zasadzie może ten, może tamten – mówił. Nietrudno zgadnąć, w kogo tą wypowiedzią szkoleniowiec uderzył najbardziej.

Mirosław Leszczyński w Widzewie nie zarabia – to z pewnością przemawia na jego korzyść. Pytanie: czy nie lepszym rozwiązaniem dla czterokrotnego mistrza Polski byłby ktoś, kto zarabia kwotę X, ale sprowadzeni przez niego zawodnicy pozwolą klubowi w przyszłości zarobić X podniesione do potęgi n-tej? Leszczyński nie zarabia nic, ale jednocześnie bilans zysków po stronie transferów dla klubu wynosi niewiele więcej.

Przykład z ostatnich miesięcy: Juliusz Letniowski. Według naszych informacji była szansa na to, by po dobrym sezonie w III lidze trafił do Łodzi. Tak się nie stało, a jesienią został zdecydowanie największym odkryciem zaplecza ekstraklasy, w barwach będącej w środku tabeli Bytovii zdobył siedem bramek i zaliczył trzy asysty, a teraz biją się o niego Lech Poznań, Górnik Zabrze czy Zagłębie Lubin. Menedżerem Letniowskiego jest jego ojciec, a Widzew (czyli właśnie Leszczyński) zamiast jechać do niego i próbować walczyć o grę młodego zawodnika w Sercu Łodzi, z szansy nie skorzystał.

Wiele jeszcze takich w Łodzi zmarnują, dopóki dyrektorem sportowym nie zostanie osoba potrafiąca wyszukać, ocenić, zweryfikować, przekonać i sprowadzić odpowiednich piłkarzy. Dlaczego teraz robi to ktoś, kogo rola w klubie od lat była niejasna?

– Na stałe zajmował się będzie tym ktoś inny, nie ja. Mogę się tym zająć, ale musiałbym poukładać rzeczy w swojej firmie. Pomagam, bo mnie poproszono, gdy Murapol odszedł – powiedział Leszczynski.

Swoją drogą, ewentualnego profesjonalnego zarządu nie czeka takie eldorado, o jakim wszyscy myślą. Abstrahując od tego, czy wynajęci ludzie nie mający związku emocjonalnego z Widzewem, a jednocześnie wydający pieniądze jego kibiców są dla klubu najlepszym wyborem – w strukturach nie znajdą rzeczywistości, do której są przyzwyczajeni. Osoby pracujące w klubie do niedawna robiły to na 110% z dwóch powodów: miłości do Widzewa i tego, że… po prostu nie ma ich wielu. Może się okazać, że nowy prezes chcąc robić rzeczy, których się od niego wymaga płacąc dużą pensję, nie będzie miał dosłownie kim tego robić.

Jedna z głównych kandydatek na prezesa, Martyna Pajączek, będzie dostępna dopiero za kilka miesięcy. Czy Widzew ma tyle czasu? Raczej nie. Wiele zależy też od wyników drużyny. Jeśli odpali tak, jak w środku minionej rundy – wszystko zostanie przykryte wynikami. Jeśli zacznie od dwóch porażek, może zrobić się bardzo gorąco. Tym bardziej, że nie brakuje głosów mówiących o tym, że piłkarze raczej nie będą umierać za trenera. Ten dał do zrozumienia niejednokrotnie o potrzebach wietrzenia szatni czy braku jakości w drużynie, która – według kilku osób będących blisko zespołu – za trenerem nie stoi, choć jak zwykle podobne doniesienia zweryfikuje runda wiosenna i zielone boisko.

To wszystko w klubie, który ma piękną historię okraszoną bataliami w europejskich pucharach, wyeliminowaniem Liverpoolu, Juventusu, Manchesteru United czy City. Klubie ze statusem jednej z czterech najlepszych drużyn Europy w 1983 roku, czterokrotnym mistrzu Polski. Klubie z ogromnym potencjałem kibicowskim, z pobitym (własnym!) rekordem sprzedaży karnetów. Klubie, który zasługuje na zdecydowanie więcej niż to, co się obecnie w nim dzieje.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem