Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Batoniki nie smakują lepiej niż pas MŚ. Kownacki musi szybko spoważnieć

Udało się. Adam Kownacki pozostał niepokonany, mimo że po sobotniej walce z Iago Kiladze nie wygląda jak człowiek wracający z tygodniowych wakacji. Pierwsze zwycięstwo odniosło też 8 dodatkowych kilogramów jego ciała, które z niewiadomych względów przybyło mu od ostatniej walki. Kownackiego należy chwalić za niezły występ, ale i lekko ganić za lekkomyślność. Teraz przed Polakiem niezwykle ważne miesiące.

Najpierw plusy. Kownacki pokonał co prawda szerzej nieznanego zawodnika, ale naprawdę z wysokiej półki, technicznie świetnie poukładanego, mającego w narożniku najlepszego trenera na świecie. Wygrał po dreszczowcu, mimo kontuzji nosa, łuku brwiowego, wielu przyjętych ciosów i – prawdopodobnie – dwóch przegranych rund na początku. Nie był to występ doskonały, ale taki, po którym opowiada się później eksploatując słowo „wow”. Telewizji musiało się podobać, kibice też nie wychodzili z gali rozczarowani (zwłaszcza jeśli zostali na pojedynek rewelacyjnego Errola Spence’a z Lamontem Petersonem, absolutnie najwyższy możliwy poziom boksu!).

Teraz minusy. Kownacki udowodnił, że nie można mu do końca ufać. Jego prawie 118 kilogramów nie było większym problemem. Słabe było to, że ważył o 8 kg więcej niż przed ostatnim pojedynkiem. Wtedy był poważny obóz, dieta, ciężkie sparingi z Tomkiem Adamkiem (jak twierdzą wtajemniczeni: wygrywane przez Kownackiego). Jego ówczesną wagę można więc uznać za optymalną. Nie katował się, nie chudł na siłę – po prostu po ciężkich treningach pod okiem specjalistów ważył tyle, ile powinien. I dał świetną walkę. Jeśli więc nie potraktował tamtej informacji od swojego ciała jako oczywistą sugestię, przybrał aż 8 kg, to niestety – trudno traktować go w pełni poważnie.

Tym bardziej, że chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, że od porażki wcale Kownackiego nie dzieliło w sobotę wiele. „Baby Face” przyjął w pierwszych dwóch rundach wiele mocnych ciosów, kontuzja nosa ograniczała jego oddychanie, za chwilę nastąpiło rozcięcie na twarzy.

Walka była w Nowym Jorku, gdzie komisja bokserska od pewnego czasu (po tragedii Magomieda Abdusałamowa) jest ogromnie przewrażliwiona, potrafi przerywać walki z miałkich powodów – niby w trosce o zdrowie zawodnika, a tak naprawdę chyba głównie ze strachu, że znów trzeba będzie świecić oczami. Przekonał się o tym Mariusz Wach, którego walkę z Jarrellem Millerem przerwano z powodu kontuzji, mimo że całkiem nieźle radził sobie jednorącz. Dlatego gdyby przyjmowanie ciosów przez Kownackiego trwało nie dwie, a na przykład cztery rundy – kto wie, czy komisja nie chciałaby zostać głównym bohaterem widowiska. Ależ byśmy mieli wtedy podłe humory…

Na szczęście obyło się. Kownacki wygrał, emocji dostarczył co nie miara. Teraz czas na kolejne kroki i decyzje. Nie jest tajemnicą, że na wiosną szykowana jest jego walka w Polsce, na gali Mateusza Borka. Taki pojedynek na pewno Adamowi jest potrzebny, głównie marketingowo. O ile fakt, że Kownacki nadużywa treningów kulinarnych budzi niepokój ze sportowego punktu widzenia, o tyle akurat pocieszny zawodnik ze słabością do nocnego podjadania ma ogromny potencjał medialny. Może wszak zostać idolem zarówno 13-letniego Mateusza trenującego boks od dwóch lat, jak i 45-letniej Marzeny, która do podwójnego zestawu zamawia colę zero. Kownacki to taki nieformalny ambasador ludzi przy tuszy, który pokazuje im, że nie ma co popadać w kompleksy. A przy tym jest tak sympatyczny, że człowiek sam najchętniej kupiłby mu batona.

Sportowo Łomżanin jest gotowy na dużo. Już dziś absolutnie nie skreślałbym go w starciu z Josephem Parkerem, mistrzem świata WBO, który w marcu będzie unifikował pasy w walce z Anthony’m Joshuą (ciekawostka: za ten występ zarobi więcej niż Conor McGregor otrzymał za… wszystkie pojedynki dla UFC).

Na dziś poza zasięgiem Kownackiego są według mnie Anthony Joshua, Deontay Wilder, Alexander Powietkin, Luis Ortiz, Kubrat Puliew i Bryant Jennings. Nikt więcej. Szczęściem Polaka jest to, że nie ma w obecnej wadze ciężkiej wielu śliskich techników typu Mike Perez, Eddie Chambers czy Jason Estrada, na tle których ze swoją obroną nie miałby prawa wypaść dobrze. Ważne, by z takimi pięściarzami jak najwięcej sparował, uczył się radzić sobie w ringu będąc o wiele wolniejszy od rywala, łapał bokserski spryt. Problem w tym, że o takich rzeczach zwykle myśli promotor, a Kownacki żadnego nie ma. Dlatego działa sam i jeździ na sparingi do Powietkina, co na dziś – poza względami finansowymi – sensu wielkiego nie ma.

Adam potrzebuje jeszcze czasu, aczkolwiek nie można wykluczyć, że szansa walki o pas mistrza świata pojawi się lada moment i serce zrobi psikusa rozumowi. Dla własnego dobra powinien on jednak stoczyć kilka walk z prawdziwymi ciężkimi, jak Eric Molina, Gerald Washington czy Travis Kauffman. Zarówno Kiladze jak i wcześniej Artur Szpilka nie byli w stanie sprostać mu fizycznie, więc wygrane z nimi samemu Kownackiemu wiele nie powiedziały. 10 rund z kimś, kto w 6. starciu łapie drugi oddech, w 8. rzuca wszystko na jedną szalę jest więcej niż wskazane. Może kogoś takiego znajdzie mu już na wiosnę Mateusz Borek. A może nawet już znalazł.

MARCIN PIECHOTA