Balonik oczekiwań pękł z hukiem – Polska uległa Serbii 0:3

Z dużej chmury – mały deszcz. Miała być powtórka z otwarcia mistrzostw Świata z 2014 roku, kiedy Polacy na Stadionie Narodowym w Warszawie rozbili Serbów 3:0. Rzeczywiście, pierwszy mecz Biało-Czerwonych na Eurovolley 2017 przypominał nieco tamto spotkanie, przy czym tym razem rolę dzieci błądzących we mgle odegrali podopieczni Ferdinando Di Giorgiego, którzy ulegli rywalom 0:3, będący wyraźnie słabsi w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła.

 

A zaczęło się całkiem obiecująco. Dzięki dobrej grze blokiem Polacy na pierwszą przerwę techniczną wyszli prowadząc 8:5. Minuta przerwy świetnie podziałała jednak na Serbów, którzy chwilę później prowadzili już 11:9 i dwupunktową przewagę utrzymali do drugiej przerwy technicznej. Przy stanie 16:20 czas wziął nasz trener, Ferdinando Di Giorgi. Pomogło, bo Biało-Czerwoni zdobyli dwa punkty z rzędu, a o przerwę na żądanie poprosił z kolei Nikola Grbić. Skutek? 23:18 i pierwsza partia na wyciągnięcie ręki dla jego podopiecznych. Co prawda kolejne 3 piłki zdobyły Orły, ale ostatecznie pierwszego seta 25 do 22 wygrali rywale. Języczkiem u wagi wydawała się w tej części meczu zagrywka. Polacy zepsuli 5 serwisów, a Serbowie tylko 1.

Drugą partię, podobnie jak pierwszą lepiej zaczęli nasi siatkarze niesieni dopingiem przez tłum kibiców i ponownie na pierwszą przerwę techniczną schodzili przy prowadzeniu 8:5. Niestety, po powrocie na parkiet goście zaczęli prezentować się lepiej i znów zdołali najpierw wyrównać, a następnie odskoczyć na dwa oczka. Na drugą przerwę techniczną zespół z Bałkanów schodził prowadząc minimalnie, 16:15. Końcówka seta była bardzo nerwowa, trenerzy obu drużyn prosili o wideoweryfikacje, ale to Serbowie wciąż mieli jedną lub dwie piłki przewagi. Drugiego seta dla podopiecznych Nikoli Grbicia przypieczętował skuteczny blok. Ponownie zakończyło się rezultatem 22:25, a Biało-Czerwoni przy wyniku 0:2 w setach znaleźli się w arcytrudnej sytuacji.

Po 10-minutowej przerwie Polacy wznowili grę zepsutą zagrywką. Do pierwszej przerwy technicznej zespoły walczyły punkt za punkt, a o jedno oczko lepsi byli rywale, 8:7. Po regulaminowej minucie podopieczni Nikoli Grbicia zaczęli sukcesywnie uciekać z wynikiem. Przy stanie 10:13 o czas poprosił „Fefe”. Kiedy na drugą przerwę techniczną schodziliśmy przegrywając 11:16, było już bardzo źle. Zareagować musiał Ferdinando Di Giorgi, który poczynił zmiany w składzie. Kapitalny zryw Polaków oraz akcje Łukasza Kaczmarka pozwoliły dojść Serbów na tyle, że mieliśmy remis przy wyniku 18:18. Serbowie byli jednak tego dnia po prostu lepszą drużyną. Zdobyli ostatnie trzy piłki tej partii z rzędu, w tym dwukrotnie blokując naszego kapitana, Michała Kubiaka. Wygrali ją 25 do 20, a cały mecz gładko, 3:0.

– Mam nadzieję, że szybko ten mecz wyrzucimy z głowy. Ja wygranych spotkań nie rozpamiętuję, przegranych tym bardziej – mówił po porażce jeden z tych zawodników, o którym mówiło się, że zawiódł najbardziej, czyli atakujący, Dawid Konarski.

W naszym zespole ciężko na dobrą sprawę kogokolwiek wyróżnić, ponieważ w kluczowych momentach brakowało zawodnika, który wziąłby na siebie ciężar gry i odpowiedzialność za wynik. Za późno na boiskowe wydarzenia reagował też Di Giorgi. W zasadzie nie zawiodła jedynie wspaniała, polska publiczność, która wspierała siatkarzy od pierwszej do ostatniej akcji meczu. I to jej żal najbardziej.

-Trochę ochłoniemy, każdy wyciągnie pozytywne wnioski. Mamy dużo materiału do analizy. Mam nadzieję, że te dwa dni przerwy wystarczą, żebyśmy po kolejnym meczu mogli cieszyć się ze zwycięstwa – podkreślał Łukasz Wiśniewski.

Oby miał rację…

 

Michał Faran

 

 

LV BET jest legalnym bukmacherem, dumnym sponsorem Eurovolley 2017. Pełną ofertę LV BET na siatkarskie Mistrzostwa Europy, które odbędą się w Polsce między 24 sierpnia a 3 września, znajdziecie TUTAJ!

Komentarze