Atletico zamęczyło Arsenal i zameldowało się w finale

To, co nie wystarczyło, żeby zwojować w tym sezonie Ligę Mistrzów powinno przynieść triumf w Lidze Europy. Główny faworyt tych rozgrywek właśnie zameldował się w finale. Fajerwerków nie było.

Nie będzie więc ostatniego trofeum dla Arsene Wengera w Arsenalu. Rosną natomiast szansę Fernando Torresa na ostatnie, poważne trofeum w karierze.

Mundial z głowy?

Szkoleniowiec Atletico znów musiał kombinować. Nie dość, że sam nie mógł wesprzeć swojej drużyny z ławki rezerwowych z  powodu kary, jaka została na niego nałożona po pierwszym spotkaniu, to jeszcze musiał dokonać roszad w składzie. Thomas Partey ze środka  pomocy powędrował na prawą obronę, natomiast do środka pola, w porównaniu z pierwszym meczem, powrócił kapitan Gabi. Tym razem w pierwszej jedenastce nie znalazł się Gameiro, a od pierwszej minuty wystąpił Diego Costa. Arsenal natomiast zagrał w identycznym zestawieniu, co przed tygodniem. Przy czym już po 7 minutach Arsene Wegner musiał zmienić swój plan taktyczny, bo groźnie wyglądającej kontuzji, bez kontaktu z rywalem, doznał Laurent Kościelny. Francuz trzymał się za ścięgno Achillesa. Czyżby występ na Mundialu miał z głowy?

Przez praktycznie całą pierwszą połowę meczu ta kontuzja była…najbardziej interesującym, bądź dramatycznym wydarzeniem na murawie. Oprócz tego mecz toczył się według scenariusza, który przerabialiśmy przed 7 dniami na Emirates Stadium – Arsenal prowadził grę, częściej był w posiadaniu piłki, rozgrywał ją nawet na połowie Atletico, ale czynił to daleko, bo 30-40 metrów od bramki Jana Oblaka. Im bliżej jednak pola karnego gospodarzy, tym bardziej bezradni w ataku byli Kanonierzy. Miejscowi tradycyjnie imponowali dyscypliną taktyczną i pewnością gry w obronie, a w ofensywie liczyli na szybkość Griezmanna i siłę Diego Costy. I gdy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bezbramkowym remisem, ten właśnie duet przeprowadziła akcję, która dała gola. Podawał Francuz, natomiast Hiszpan przestawił z łatwością Bellerina i wykorzystał sytuację sam na sam z Ospiną. Sędzia nie wznawiał już nawet gry od środka boiska…

Kanonierzy bez amunicji

Dla Arsenalu nie zmieniło to jednak zbyt wiele w kontekście założeń na to spotkanie. Londyńczycy tak czy siak musieli zdobyć przynajmniej jedną bramkę, żeby nie odpaść z rywalizacji. Kolejne minuty jednak mijały, a nie tylko goli, ale i dogodnych sytuacji dla gości wciąż nie było. Co więcej, to zabezpieczające głównie dostępu do własnej bramki Atletico miało znacznie więcej okazji, żeby podwyższyć prowadzenie. Tylko dzięki świetnym interwencjom, między innymi wprowadzonego w miejsce Kościelnego Calluma Chambersa, gospodarze nie zdobyli drugiego gola.

Im dłużej trwał mecz, tym bardziej bezradni w ataku byli podopieczni Arsene Wengera

O Arsene Wengerze mówiło się, że zrewolucjonizował angielską piłkę nożną, że siermiężny futbol opierający się na zasadzie „kick and run” zmienił pod względem taktycznym, wprowadził w szeregi Kanonierów finezję i grę kombinacyjną. Minęły ponad dwie dekady, a historia najwyraźniej zatoczyła koło, bo w końcówce meczu najczęściej stosowaną przez piłkarzy francuskiego managera metodą na sforsowanie zasieków obronnych Los Colchoneros była długa piłka do napastników, ewentualnie – wrzutki w pole karne na aferę. Przeciwko najlepiej broniącej na świecie jedenastce klubowej, za jaką uchodzi Atletico, to nie mogło przynieść efektu. Zespół z Madrytu nie stracił gola przed własną publicznością od drugiej połowy stycznia tego roku, a do tego imponującego wyniku dorzucił właśnie kolejne spotkanie. Atletico finalistą Ligi Europy!

Superpuchar Madrytu?

Po odpadnięciu z Ligi Mistrzów już po fazie grupowej podopieczni Diego Simeone uważani byli za faworyta do zwycięstwa w mniej prestiżowych europejskich rozgrywkach i jak na razie z roli tej wywiązują się bez zarzutu. Po fajerwerkach jakimi uraczyli nas wszyscy półfinaliści Champions League trudno było się przestawić na defensywną, nieco toporną i do bólu skuteczną grę w wykonaniu Atletico. Nic dziwnego, że z taką grą Los Colchoneros nie zwojowali zbyt wiele w Lidze Mistrzów, ale już szczebel niżej to może wystarczyć do końcowego triumfu, ponieważ w finałowym meczu ekipa z Madrytu będzie zdecydowanym faworytem. Ich rywalem będzie Olympique Marsylia. Po sieci już krążą memy mówiące, że Superpuchar Madrytu w następnym sezonie będzie przez niektórych nazywany Superpucharem Europy. Takiego scenariusza absolutnie nie można w tej chwili wykluczyć.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem