Arka lepsza od Legii. Dużo, dużo lepsza….

Przed meczem Arka remis z Legią pewnie przyjęłaby w ciemno, z pocałowaniem ręki. Po spotkaniu natomiast każdy kto był jego świadkiem, na wspomnienie takiego pomysłu popukałby się znacząco w głowę. Na Stadionie Miejskim w Gdyni jedna z drużyn była zdecydowanie lepsza i zasłużenie wygrała. I bynajmniej nie była to ekipa mistrzów Polski.

Do obozu Arki przed pierwszym gwizdkiem sędziego co rusz spływały dobre informacje. Przede wszystkim w Niecieczy Termalica pokonała Cracovię, co oznaczało, że szanse Arki na awans do grupy mistrzowskiej zasadniczo wzrosły. Dodatkowo przed rozpoczęciem spotkania na Stadionie Miejskim zakończył się mecz w Kielcach, gdzie Korona pokonała Lechię Gdańsk 1:0. Abstrahując od animozji pomiędzy klubami z Trójmiasta, na pewno nikogo w drużynie żółto-niebieskich nie zmartwił fakt, że ich rywal w ostatniej, być może decydującej o być albo nie być w grupie mistrzowskiej kolejce, wciąż znajduje się w kryzysie.

To był mistrz Polski?!

Podopiecznym Leszka Ojrzyńskiego do pełni szczęścia brakowało „tylko” zwycięstwa nad mistrzem Polski.

Legia wizytowała w sąsiadującym z Gdynią Gdańsku dwa tygodnie wcześniej i obojętnie, bez większym problemów wywiozła znad morza komplet punktów. Najwidoczniej podopieczni Romeo Jozaka pomyśleli, że znów będzie tak samo łatwo, ale… bardzo, ale to bardzo się przeliczyli.

Ani jednego celnego strzału na bramkę Pavelsa Steinborsa nie oddali w pierwszej połowie Legioniści! Gospodarze grali uważnie w obronie i bardzo agresywnie w środku pola, czyli tam, gdzie nie było bezpośredniego zagrożenia uderzeniem bądź dośrodkowaniem po stałym fragmencie gry. Co ciekawe, zmierzyły się najczęściej (Arka) i najrzadziej (Legia) faulujące zespoły Ekstraklasy i ta zauważalna różnica, jeśli chodzi o poziom sportowej agresji spowodowała, że pierwsza połowa spotkania przebiegała pod dyktando miejscowych. Gdynianie raz po raz stawali przed szansą otworzenia wyniku, ale powiodło się dopiero…po stałym fragmencie gry. Czyli klasyk w wykonaniu zespołu Leszka Ojrzyńskiego. Bezpośrednio z rzutu wolnego uderzał Andrej Bogdanow, a lecąca po murawie piłka ominęła mur i zaskoczyła Arkadiusza Malarza. Chwilę później sędzia Tomasz Musiał mógł, chociaż nie musiał podyktować jedenastkę dla Arki po zagraniu ręką w polu karnym. Automatycznie została przywołana podobna sytuacja z meczu Legii z Lechem, gdzie Szymon Marciniak wskazał na wapno…

Przy okazji kolejny argument zyskali wszyscy, którzy uważają, że w Ekstraklasie piłkarze „kopią się po czołach” … 1:0 do Arki do przerwy to przysłowiowy, najniższy wymiar kary dla ekipy mistrza Polski…

Bez walki, bez polotu, bez jaj…

10 minut niezłej gry to za mało… Legia na drugą połowę wyszła z szatni ofensywnie nastawiona i zaatakowała, ale dokładnie tego spodziewali się Arkowcy. Gospodarze na chwilę cofnęli się, przetrzymali kilkunastominutowy napór Legionistów po czym z powrotem przejęli kontrole nad meczem, oddalili grę od własnego pola karnego i przenieśli piłkę na połowę Wojskowych. W szeregach gości brakowało kogoś, kto wziąłby odpowiedzialność za wynik na siebie, kto krzyknąłby na kolegów, kto poderwałby ich do walki takiej, jak przez ten moment, na początku drugiej połowy. Mówiąc wprost – brakowało Michała Kucharczyka…

Minuty uciekały, ale nic, absolutnie nic nie zwiastowało ewentualnego wyrównania dla Legii. A ponieważ żółto-niebiescy wyciągnęli wnioski ze spotkania z Jagiellonią, gdzie w zaledwie 77 sekund doliczonego czasu gry dali sobie wyrwać komplet punktów, tym razem zachowali koncentrację do samego końca. Arka pokonała Legię jak najbardziej zasłużenie i przynajmniej do Lanego Poniedziałku wskoczyła do górnej połówki tabeli.

Arka bliżej, Legia dalej celu

Arka wygrała u siebie z Legią po raz pierwszy od blisko 40 lat! Co więcej, to był jej szósty kolejny mecz bez porażki przed własną publicznością. Stadion Miejski w Gdyni powoli zaczyna przemieniać się w twierdzę, bo jako ostatni zdobyli go…piłkarze Lechii Gdańsk, z którymi żółto-niebiescy zmierzą się w ostatniej kolejce sezonu zasadniczego. Podopieczni Leszka Ojrzyńskiego z pewnością bacznie będą przyglądać się losom spotkania Zagłębia Lubin z Jagiellonią w wielkanocny poniedziałek, bo również od nich zależeć będzie, jaki wynik będzie potrzebny gdynianom w zbliżających się, wyjazdowych derbach Trójmiasta. Wszystko wskazuje jednak na to, że Arkowcy będę mieli wszystko w swoich nogach, a ewentualne zwycięstwo na Stadionie Energa da im upragnioną grupę mistrzowską.

A Legia? Druga porażka z rzędu, w dodatku odniesiona w absolutnie fatalnym stylu wyklucza wypadek przy pracy, o którym mówili co niektórzy po domowej porażce z Wisłą Kraków. Legia jest słaba pod każdym względem i jeśli w jej grze szybko nie nastąpi jakaś zmiana, może nie tylko nie obronić mistrzostwa Polski, ale i skończyć sezon poza podium. Kto widział mecze z Wisłą i Arką wie, że nie jest to scenariusz science fiction…