Anglia jak Polska, w Brazylii dobrze noszą fortepian

Odkąd Ronaldinho fantastycznym strzałem zaskoczył Davida Seamana (15 lat temu!), Anglia z Brazylią mierzą się ze sobą wyłącznie w meczach towarzyskich. W ostatnim z nich, rozgrywanym na kilka miesięcy przed rosyjskim mundialem, zgromadzeni na Wembley kibice nie oglądali bramek, a i na ilość emocji mogli kręcić nosem.

Selekcjoner Anglików przed dwoma listopadowymi meczami sparingowymi wyraźnie zainspirował się Adamem Nawałką i postanowił sprawdzić zawodników, którzy walczą głównie o sam wyjazd na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata. Joe Gomez, Harry Maguire, Jake Livermore, Ruben Loftus-Cheek, Tammy Abraham (na zdjęciu), Jack Cork czy Ryan Bertrand – umówmy się, że te nazwiska nie są gwarancją złotego medalu w Rosji (co nie znaczy, że by go nie zdobyli, czego nauczyła nas w 2004 roku Grecja). Jednak to oni wybiegli na boisko w meczach z Niemcami i Brazylią.

Dobór personalny, gra w ustawieniu z trójką obrońców, większość meczu spędzona na bieganiu za futbolówką i przesuwaniu się w destrukcji – to elementy wspólne reprezentacji „Trzech Lwów” z „Orłami” Nawałki, które efekt również przyniosły podobny: dwa mecze, zero bramek. Jednocześnie Anglia nie pozwoliła na wiele Brazylii, która od pierwszej do ostatniej minuty miała inicjatywę, ale niewiele z tego wynikało.

Głównie przez niechlujność najważniejszych graczy Canarinhos, a także zbyt małą liczbę zawodników atakujących. Gabriel Jesus, Neymar, Coutinho i będący gdzieś na horyzoncie Renato Augusto to zbyt mała siła rażenia, głównie liczbowo, by przeciwstawić się angielskiej zaporze  złożonej z dziewięciu graczy. Przez to byliśmy świadkami słabego spotkania, z małymi przebłyskami na początku i na końcu drugiej części gry.

Gospodarze liczyli na kontrataki i szybkiego Marcusa Rashforda, któremu pomagał Jamie Vardy i właściwie na tym ofensywa Anglii się kończyła. Napastnik Manchesteru United mógł pokusić się o złotą bramkę, gdyby nie zabrakło mu przebojowości, która swoją drogą jest na co dzień jednym z największych jego atutów. W 47. minucie minął Marquinhosa, był rozpędzony i miał przed sobą tylko Mirandę, mającego bliżej niż dalej do zawieszenia butów na kołku. Zabrakło iskry, błysku i odrobiny bezczelności, by kontynuować udany rajd i zakończyć go (w swoim stylu) bramką. Jeden z dryblingów Rashforda mógł się w drugiej połowie podobać, ale po minięciu trzech Brazylijczyków stanął mu na drodzę Casemiro.

Casemiro zasłużył na mnóstwo komplementów i wszystkie ich synonimy.

Defensywny pomocnik Realu rozgrywał na Wembley własny spektakl. Mówi się, że kibice często przychodzą na stadion i kupują bilety dla magików, dryblerów, snajperów, których nie brakowało. Był przecież Neymar, Coutinho, Gabriel Jesus, ale cała ta trójka była tego wieczoru w cieniu Casemiro. Mówi się, że w drużynie jedni są od tego, by grać na fortepianie, a inni, żeby ten fortepian nosić. Pomocnik Królewskich dzisiaj jednocześnie nosił i grał. Jego odbiory, przechwyty i podania były piękną melodią dla kibicowskich uszu.

W ogóle Brazylia po kilku latach deficytu noszowych, wreszcie znalazła się w tak komfortowej sytuacji, by Fernandinho – piłkarz, którego gra w tym sezonie to masowa produkcja oklasków, braw i wyrazów uznania – po raz kolejny oglądał mecz z ławki. Paulinho zamyka usta krytykom wszelkiej maści zarówno w Barcelonie, jak i kadrze, zaś Renato Augusto – zdaniem selekcjonera – gwarantuje lepszy balans między ofensywą z defensywą. Zmiana tej opinii wydaje się być jednak kwestią czasu, bo raz, że piłkarz Manchesteru City coraz lepiej radzi sobie w ataku, a dwa – Augusto był dziś najsłabszy na boisku. Łatwo faulował, często tracił, nie kreował gry i w ataku nie było z niego pożytku.

Podobnie jak z Neymara, którego do kieszeni wsadził dziś Joe Gomez. Młody piłkarz Liverpoolu był dziś najlepszym Anglikiem na boisku, zaś gwiazdor PSG – cieniem samego siebie. I to dosłownie, bo ruszał się jak Neymar, gestykulował jak Neymar i podawał jak Neymar, ale dokładności i efektu – za grosz.

Anglia swoje fajerwerki zostawiła w domu, zaś Brazylia – pokazała je światu, ale jakby nie chciała ich odpalić przed mundialowym Sylwestrem. Były jakieś małe zalążki „brazyliany”, próbki kombinacyjnych akcji, sztuczek, piętek i no-look-passów, ale raczej nie w postaci porządnych środków pirotechnicznych, a zimnych ogni. Zero bramek, mało sytuacji, jeszcze mniej emocji – na to wszystko będziemy musieli poczekać do lata przyszłego roku.

Komentarze