Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.

Andrzej, jak ty mogłeś tego pasa nie zdobyć…

- Trzech Polaków jest rozpoznawalnych na całym świecie. To Jan Paweł II, Lech Wałęsa i Andrzej Gołota - powiedział dziś Andrzej Kostyra w swoim vlogu poświęconym właśnie polskiemu pięściarzowi. Dziś Gołota zdmuchnął świeczki po raz 50., a to jest znakomita okazja do tego, by wspominać. Przewijać Youtube'a, dzielić się wrażeniami, szperać w starych walkach i tłumaczyć sobie nawzajem, dlaczego nic z tego nie wyszło. Dlaczego ty Andrzej nie zostałeś nigdy mistrzem świata?

Gdy Gołota walczył, to nie było Facebook’a, w co którymś polskim domu był telefon, a o istnieniu internetu nie wiedział nikt. Gdy Gołota walił poniżej pasa Riddicka Bowe, to medale na igrzyskach w Atlancie zdobywał Artur Partyka, a Madonna była przed czterdziestką. Relację z Atlantic City słuchało się w radiu lub czekało się na Teleexpress, żeby dowiedzieć się, kto wygrał. W skrócie – nie było wtedy kolorowo, byliśmy w czarnej dupie. Gołota już wtedy rozsławiał Polskę i sprawiał, że miliony naszych rodaków zarywało noce. Młodzież dziś zerka na konta swoich ulubionych postaci, przegląda panienki z Instagrama, zaczepia Youtube’rów i podziwia inne tego typu wynalazki – Gołota był od nich lepszy. Był najlepszy, najsławniejszy, najsilniejszy. On to miał. Miał wszystko.

Andrzej był niesforny. Był trudny. Skomplikowany, nieposłuszny, był sam sobie panem. Gdyby zapytać, kogo się w życiu słuchał, to pewnie tylko swojej żony. Czy słuchał sam siebie? Pewnie nie, bo często jego życiowych wyborów nie sposób było racjonalnie wytłumaczyć. Znowu przytoczymy Andrzeja Kostyrę, który powiedział kiedyś, że nawet zjadając z Andrzejem beczkę soli, nie można go dokładnie poznać. Jest jak enigma, jest nieuchwytny. Nie można do niego dotrzeć, zrozumieć…

I może to było w nim najbardziej imponujące? Może dlatego jednał nas, Polaków? Że wszystkiego można było się po nim spodziewać? Że był nieobliczalny, wręcz niepoczytalny? Że potrafił zaskoczyć cały bokserski świat, mógł wygrać z każdym, a mimo wszystko dawał ponieść się emocjom? Robił swoje, mimo że cała Polska patrzyła na niego z nadzieją, że będzie zgoła inaczej?

Evander Holyfield powiedział kiedyś, że najlepszym pięściarzem w kategorii ciężkiej tamtych czasów biorąc pod uwagę wszystkie mierzalne aspekty, był Andrzej Gołota. Jedynym niemierzalnym była… psychika. Tak, tej zmierzyć się nie dało, bo każda głowa inaczej reaguje na stres, zbliżające się zagrożenie, perspektywę porażki. Gdy Gołota dostawał lanie od Mike’a Tysona w pierwszej i drugiej rundzie, to do trzeciej nie wyszedł. Gdy walczył z Bowe i wyraźnie wygrywał na punkty, to uderzył poniżej pasa, bo „wkurwił mnie”. Gdy kilka miesięcy później doszło do rewanżu, to Gołota znowu bił w jaja, mimo że prowadził u każdego z sędziów. Czemu tak się stało? Tajemnica świętego.

Andrzej Gołota cztery razy mógł być mistrzem świata. Ani razu nie wygrał…/ PRESSFOCUS

Był rzeczy w życiu Gołoty niewybaczalne, ale były też takie, które można było wybaczyć. Wielka szkoda nam wszystkim towarzyszyła, gdy Andrzej najpierw zremisował z Chrisem Byrdem w walce mistrzowskiej, choć wszyscy doskonale widzieli, że Polak tę walkę wygrał. Chwilę później dostał kolejną szansę, tym razem o pas WBA, a naprzeciw niego stanął Chris Byrd. Polak przegrał, mimo że znowu zwyciężył i widzieli to absolutnie wszyscy. Niech najlepszym dowodem na to, iż wtedy dwukrotnie w Nowym Jorku poszedł wałek dekady, posłuży to, że Gołota już sześć miesięcy znowu stanął przed mistrzowską szansą, którą tym razem spektakularnie przegrał w 53 sekundy. Czy ktoś z was jest sobie w stanie przypomnieć, który z pięściarzy dostawał trzy mistrzowskie szanse w ciągu roku, jedna po drugiej, nie wygrywając ani razu? Sterników największych światowych federacji też z tego powodu gryzło sumienie.

Gołota bił się z największymi. Z Bowe, Tysonem, Lewisem, Grantem, Ruizem, Byrdem, Brewsterem, Witherspoonem i wieloma innymi. Nie bał się nikogo, wszyscy bali się jego. To na niego patrzono od zawsze ze strachem. Mateusz Borek opowiadał kiedyś anegdotę, jak podczas amatorskiego turnieju bokserskiego w Dębicy przed walką wieczoru z udziałem Gołoty, poszedł do toalety, a tam spotkał rywala Andrzeja, który ze strachu palił w rękawicach bokserskich papierosa. Gdy Gołota szedł na imprezę pod Włocławkiem, to musiał tak poprzestawiać towarzystwo, że później borykał się z problemami z prawem. Gdy w 1988 roku na igrzyskach olimpijskich w Seulu w półfinale doznał rozcięcia łuku brwiowego, to reprezentant gospodarzy, Koreańczyk Baiki Hyun-Man, odetchnął z ulgą, bo wiedział, że w inny sposób by tego nie wygrał. W pełni zdrowy już Gołota pewnie zwyciężył w walce o brąz i stanął na najniższym stopniu podium.

Dziś 50. urodziny Andrzeja Gołoty, więc życzenia z całego świata spływają do jednego z najlepszych polskich pięściarzy. Gdyby zamiast remisu w walce z Byrdem, to pewnie okrzyknęlibyśmy go najlepszym w historii i to bez żadnego gadania. Gdyby jednak faktycznie był remis z Byrdem, to możliwe, że ten tekst w ogóle by nie powstał. Wtedy jego historia potoczyłaby się inaczej, a my słalibyśmy dziś życzenia słodkie jak pączki z dżemem. A tak przynajmniej na hasło „Gołota” pojawiają się momentami w głowach wielu słodko-gorzkie skojarzenia. Momenty, do których tak często lubimy wracać.

Pytanie z tytułu powtórzymy: Andrzej, jak ty mogłeś tego pasa nie zdobyć?

Mogło być tak pięknie…

Sto lat!