Andre Ward – mistrz, po którym nie zatęsknimy?

W ubiegłym tygodniu spadła na świat boksu zupełnie nieoczekiwana wiadomość. Andre Ward (32-0, 16 KO) zdecydował się zakończyć swoją, trwającą od 2004 roku, karierę. Mistrz Olimpijski z Aten, a na ringach zawodowych posiadacz pasów mistrzowskich w wadze super średniej oraz półciężkiej, odchodzi na emeryturę niepokonany w wieku 33 lat, a więc wieku dla boksera stosunkowo wczesnym. W prasie na całym świecie pojawiły się artykuły na ten temat, opisujące jednak dosyć lakonicznie decyzję Warda.

Ten, za pośrednictwem mediów społecznościowych ogłosił swoją nagłą decyzję, argumentując ją spełnieniem swoich planów oraz zmęczeniem związanym z wieloletnim treningiem bokserskim. Artykuły to jednak raczej za dużo powiedziane… Wzmianki prasowe to określenie chyba bardziej adekwatne.
Dlaczego? Dlaczego dla dziennikarza z redakcji sportowej, na temat boksera, który rzeczywiście osiągnął wszystko i wymienienie jego sukcesów zajęłoby cały akapit tego felietonu, jest stosunkowo niewiele do napisania poza suchymi faktami z jego długoletniej kariery? Dlaczego odejście SOG (Son of God) nie wzbudza większych emocji w świecie boksu, który w większości ograniczył się do wyrażenia swojego zaskoczenia decyzją oraz uznania dla jego ringowych dokonań, a następnie najzwyczajniej w świecie przeszedł do spraw bieżących? Dlaczego poza zrozumiałym zadowoleniem jego ringowych byłych/przyszłych rywali, którym odpadł poważny konkurent do walki o mistrzowskie tytuły, pojawiają się też komentarze wielu kibiców, którzy bez większego smutku przyjęli tę wiadomość, a niektórzy nawet wyrazili swoją nieskrywaną radość z tego powodu?

Kolekcjoner pasów – Andre Ward

Odpowiedź na powyższe pytania wydaje się być bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Nie można Wardowi zarzucić, że podczas swojej kariery unikał wyzwań. Trafił na idealny moment i turniej Super Six w wadze super średniej, który pozwolił mu wywalczyć pierwsze tytuły mistrzowskie oraz pozycję wśród najlepszych zawodników listy P4P bez podziału na kategorie wagowe. To właśnie w 2009 roku po raz pierwszy miałem okazję oglądać co w ringu prezentuje Andre Ward. Tym bardziej miałem duże oczekiwania, bo musiał zmierzyć się z uznawanym za faworyta i prezentującym ofensywny styl walki Mikaelem Kesslerem. Jeden rzut oka na SOG i właściwie nie wiadomo było czego się po nim spodziewać. Nie wyglądał na kogoś, kto miałby przewagę warunków fizycznych nad większością swoich rywali – 183 cm wzrostu to norma i to z niższej półki, w wagach w których walczył ale zwracał na pewno uwagę stosunkowo mały zasięg ramion, bo zaledwie 180 cm – ciekawe że pod tym względem ustępował wszystkim swoim rywalom od 2009 roku, a więc od kiedy na stałe zagościł w światowej czołówce.

Tego rodzaju ograniczenia z pewnością wpłynęły na wytworzenie specyficznego stylu, charakterystycznego dla Andre, który przy połączeniu z wyjątkową – nawet na mistrzowskim poziomie – inteligencją ringową stał się poprzeczką nie do przeskoczenia dla jego rywali. Wracając do wspomnianej walki z Kesslerem, to właśnie wtedy można było zobaczyć w pełni co jest siłą Warda, a więc wyjątkowa umiejętność narzucenia swojego stylu walki, który neutralizuje atuty przeciwnika, szczególnie tak ofensywnie nastawionego jak Duńczyk. Dążenie do półdystansu, bardzo aktywny lewy prosty i sierpy z doskoku to oczywiście pozytywne strony SOG, ale zaraz za tym ciągnie się cała gama zagrywek, które sprawiają, że jego przeciwnicy szybko tracili swoją koncepcję na walkę. Zagrywki te, czasem zauważalne dopiero na powtórkach, to faule – mniejszy lub większe – do których często z pełna premedytacją uciekał się Amerykanin. Uderzenia z głowy (Kessler), poniżej pasa (Kovalev), łokcie w półdystansie (Bika) i ciągłe przetrzymywanie w klinczu (zawsze), to tylko najpoważniejsze z zarzutów kierowanych w jego tronę. To zadziwiające, że bokser posiadający tak wiele atutów po stronie swoich umiejętności, musiał się zawsze uciekać do tego typu chwytów. Czy gdyby nie ta brudna, ringowa gra, Ward osiągnąłby tyle sukcesów? Na to wszystko zazwyczaj pozwalali mu sędziowie, a że większość walk Ward toczył na “swoich” ringach, to patrzyli na niego wyjątkowo przychylnie.

Niepokonany

To właśnie styl w jakim SOG odnosił swoje największe zwycięstwa przynosił ze sobą lawinę negatywnych komentarzy ekspertów i kibiców. Niby nigdy nie uciekał po ringu niczym Mayweather Jr, ani nie chował się za podwójną gardą w stylu Abrahama, wprost przeciwnie często dążył do zwarcia. A jednak jego walki nie wychodziły poza pewien schemat, który nie sprawiał że chętnie wracam do powtórek jego walk z ostatnich lat – nawet tych największych – i myślę, że podobne odczucia ma wielu kibiców.  Gdy na przeciw niego stawali przeciwnicy typu Brand, Smith lub Dawson, którzy nie byli mu w stanie zagrozić ani boksersko ani siłą ciosu, mogliśmy oglądać w miarę znośne dla oka widowisko, podczas którego tłamsił przeciwnika. W sytuacji poważnych wyzwań wprowadzał jednak w życie swój plan destrukcji, który niszczył rywala zarówno fizycznie jak i mentalnie, torując mu drogę do kolejnych zwycięstw.

Nie sposób nie wrócić do dwóch największych pojedynków jakie stoczył z Kovalevem, a które faktycznie definiują jego karierę jako zawodnika spełnionego. Mocno kontrowersyjny werdykt pierwszej walki (3x 114-113) na zawsze pozostanie w ogniu krytyki i myślę, że gdzieś w głębi ducha sam Ward przyznaje, że tamtej walki nie wygrał, o czym świadczył jego wyraz twarzy przy ogłoszeniu werdyktu. Pierwsza połowa pojedynku pod dyktando Kovaleva, poparta knock-downem w drugiej rundzie, to również w mojej opinii wystarczająco dużo, aby zapisać całą potyczkę na korzyść Rosjanina. Nie można jednak w tym miejscu nie docenić tego, jak zmienił się obraz pojedynku w ostatnich sześciu rundach, bo to wprost modelowy przykład stylu SOG podniesiony do rangi swego rodzaju bokserskiej sztuki. Jasne, można powiedzieć, że Kovalev był źle przygotowany i nastawiony taktycznie. Dodatkowo, w drugiej części walki mógł mieć świadomość, że zrobił już dość aby wygrać, ale nie umniejsza to zasług Warda który swoimi działaniami w ringu sprowadził zawodnika, który miażdżył swoich wcześniejszych rywali, do roli zwykłego śmiertelnika którego można najzwyczajniej w świecie ograć w ringu. Teraz dla wszystkich rzecz oczywista ale niewielu wtedy odważyło się na to postawić. Mit Krushera, zabójcy w ringu (dosłownie), minął chyba bezpowrotnie.

Było jasne ze rewanż będzie już po myśli SOG, który w pierwszej ich potyczce “nauczył się” Kovaleva i wyraźnie zaczął po pierwszych rundach przejmować kontrolę nad walką. Następnie 8 starcie, słynne ciosy na dół i można było tylko ubolewać, że finał tego pojedynku ponownie miał kontrowersyjny przebieg, co pozwoliło nieprzychylnym Wardowi kibicom kwestionować jego osiągnięcia.

Walka Ward – Kovalev

Sam zainteresowany z krytyki nigdy nic sobie nie robił. Zawsze podążał swoją raz obraną drogą i nie dał sobie narzucić innego zdania. Szkoda że stracił kilka lat swojej kariery na przepychanki z promotorem i poważną kontuzję prawego barku, bo na pewno w tym dobrym dla niego okresie uciekło mu kilka ciekawych walk, które pozwoliłyby mu zbudować jeszcze lepszą pozycję w historii. Na pewno posiada ogromną wiedzę na temat boksu czym nie raz miał okazję dzielić się z kibicami jako komentator HBO. Mógłby też z powodzeniem dzielić się swoim doświadczeniem z innymi na sali treningowej, gdyż w mojej opinii od pewnego momentu sam był sobie trenerem. Virgil Hunter będący u jego boku przez większość kariery od czasu ringów amatorskich, to swoisty trenerski słup, co udowodnił biorąc pod swoje skrzydła Angulo, Berto, Khana, Maresa czy ostatnio naszego Andrzeja Fonfarę – żaden z nich pod jego opieką nie rozwinął się tak jak tego oczekiwano.

https://twitter.com/andreward/status/910866905522593792

Decyzja o zakończeniu kariery jest o tyle zaskakująca, że sam zainteresowany podnosił w mediach temat swoich kolejnych walk w wyższych limitach z Tony Bellew (junior ciężka) oraz samym Anthony Joshuą (ciężka), choć tej ostatniej opcji chyba nikt poza nim samym nie traktował poważnie. Mówiło się też ze mógłby doprowadzić do pełnej unifikacji wagi półciężkiej walcząc z Adonisem Stevensonem o brakujący mu do kolekcji pas federacji WBC. W kolejce do pasów IBF, WBO i WBA ustawiła się już całkiem długa kolejka chętnych pretendentów, z którymi musiałby się zmierzyć w obowiązkowych obronach – Gvozdyk, Beterbijew, Bivol, Jack i może kolejna walka z odbudowanym Kovalevem? Wydawać by się mogło, że wyzwań i motywacji do pracy na treningach nie powinno mu zabraknąć, a jednak stało się inaczej. Czy będziemy tęsknić za SOG? Chyba powinniśmy, bo boks to konfrontacja stylów nie zawsze ekscytujących dla kibica, a Andre Ward stworzył coś w czym osiągnął mistrzostwo i co wymaga najwyższego uznania.

Siergiej Kovalev żartuje, że zakończył karierę Warda tak jak to zapowiadał przed ich drugą walką, ale czy to naprawdę koniec jego kariery, wcale nie byłbym taki pewien. Dłuższe przerwy jakie wcześniej Ward już przechodził nie wpłynęły negatywnie na jego dyspozycję, a 33 lata w tym biznesie to nie jest wiek na zajmowanie się przydomowym ogródkiem. W związku z tym wcale nie będę zdziwiony, jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie nam oglądać go w ringu i to naprzeciw kogoś kto w niedalekiej przyszłości zyska miano dominatora w wadze półciężkiej. On wróci.

Tomasz Nowicki

Komentarze