Majewski: “Kulą już pchał nie będę, nie tęsknię za nią”

Zapraszamy do długiego i szczerego wywiadu z dwukrotnym mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą – Tomaszem Majewskim.

Co robi na co dzień mistrz? Wstaje rano, myje zęby, je śniadanie i?
Mam różne swoje zajęcia. Zmieniłem tryb dnia, swój tryb życia. Nie muszę już chodzić na treningi, nie wyjeżdżam na obozy. Skłamałbym mówiąc, że się nudzę lub przez pół dnia patrzę w okno.
Ta zmiana służy?
Czuję ulgę, że nie muszę iść na trening i się męczyć. Nie tęsknie za tym co było. Wielu sportowców po zakończeniu kariery ma podobnie. Na swój sposób cieszą się, że skończyli już z uprawianiem sportu.
Adam Małysz skończył karierę, by chwilę później ścigać się samochodami.
To musi być w człowieku. Ja tego nie mam. Nie zamierzam uprawiać już w swoim życiu zawodowo sportu. Oczywiście – on zawsze będzie głęboko w moim sercu. Nie tęsknię jednak za tym i nie czuję potrzeby, by wziąć kulę i iść na trening, żeby wykonać kilka pchnięć.
Sentymentu nie ma?
Pchnięcie kulą to nie jest piękny sport. To nie jest ciekawa dyscyplina. Na pewnym poziomie zawodnik bardzo angażuje się w trening i w swoje przygotowania do kolejnych startów wkłada wiele serca. Kula to nie jest jednak przedmiot, który da się lubić. Za którym się tęskni lub patrzy się na niego z sentymentem. Mi pchanie kulą sprawiało przyjemność, gdy byłem w formie i wykonywałem dobre próby. Wtedy czułem się mocny i byłem zadowolony, że trening, na który poświęciłem tyle swojego czasu przynosi sukces. W innym wypadku sprawiało mi to ból.
Miał na to wpływ fakt, że trenował Pan sam, bez kolegów?
Sport, który uprawiałem jest dosyć specyficzny. U nas bardzo trudno jest się zintegrować. To znaczy integrujemy się, ale z zawodnikami wywodzącymi się z innych dyscyplin. Na przykład z innymi lekkoatletami. Wtedy tak – jedziemy razem na obóz i spędzamy ze sobą sporo czasu. Na treningu jednak bardzo często człowiek był sam. Rozgrzewał się sam i musiał nauczyć się przebywania tylko ze samym sobą.
Szło zwariować?
Na całe szczęście zawsze miałem swoje życie poza sportem. Nie tylko były treningi i zawody, ale i rodzina, żona. To pomagało mi w codziennym życiu.

majewski-spojrzenie-laczy-nas-pasja

Wchodzi Pan na Facebooka i widzi jak koledzy wstawiają zdjęcia z obozów, to nie czuje Pan tęsknoty za tym?
Nie czuję tęsknoty za tymi ludźmi, gdyż cały czas mam z wszystkimi kontakt. Ja nie odszedłem od sportu i cały czas jestem w tym towarzystwie. Trzeba pamiętać, że zawodowo uprawiałem sport przez 20 lat. Uwierz mi, że przez tak długi czas wszystko może się znudzić. Czego byś przez 20 lat nie robił, to z czasem będziesz miał tego dość. Wyjazdy w te same miejsca, spanie w tych samych hotelach i pchanie na tych samych stadionach. To rutyna, za którą nie tęsknię.
Jak to się stało, że Pan nigdy nie zwariował? Że woda sodowa nie uderzyła Panu do głowy?
Na pewno wpływ na to ma sposób, w jaki zostałem wychowany. Od dzieciaka wpajane mi były do głowy pewne wartości, których później się trzymałem. Po drugie dyscyplina, którą uprawiałem na pewno potrafiła każdego bardzo brutalnie weryfikować. Gdy któryś z zawodników myślał o sobie, że jest już niewiadomo jakim kozakiem, to sztanga 200kg zawsze ważyła 200kg. Nigdy mniej. Każdy z kulomiotów wie, że dobry wynik musi być poparty ciężką pracą. Jeśli komuś wydawało się, że jest już najlepszy, to brutalnie został sprowadzony na ziemię podczas zajęć na siłowni, gdzie nigdy nie ma forów. Nawet jeśli wygrywasz mistrzostwo świata to nie możesz spocząć na laurach, bo jutro ktoś Cię pokona. To nie jest dyscyplina sportu, która wybacza. Tylko systematyczny, ciężki trening i pokora może zagwarantować sukces. Woda sodowa i efekt WOW na pewno w tym nie pomaga.
Dużo sportowców ma problem z efektem WOW?
U sportowców, którzy doświadczają jednorazowego, dużego sukcesu efekt WOW często występuje. Potem bardzo trudno jest wrócić na właściwe tory, bo głowa za pewnymi rzeczami nie nadąża. Sportowcy, u których obserwujemy znakomite i długotrwałe sukcesy, całe bogate w triumfy i medale kariery tego problemu nie mają. Właśnie to ich wyróżnia – oni nie wariują. Mają na tyle w sobie klasy i na tyle twardo stąpają po ziemi, że jeden sukces, który zaskoczył wszystkich potrafią zamienić w kilka i dzięki temu są potem pamiętani przez wielu ludzi. Obserwując wielkich mistrzów praktycznie nie spotykałem się z nikim, kto zwariowałby. Najczęściej byli to bardzo normalni ludzie, którym nie odbijała palma. To stanowiło o ich wielkości.
Ilu mamy w Polsce znakomitych sportowców?
Mamy kilku. Robert Lewandowski, Agnieszka Radwańska, Marcin Gortat. To są osoby, rozpoznawalne na całym świecie. Ich klasa jest ogromna, bo wielokrotnie udowadniali, że są znakomitymi sportowcami.
Pan miał psychikę, która sprzyjała osiąganiu wielkich sukcesów. Uważa Pan, że dużo było sportowców w naszym kraju, którzy nie zrobili kariery właśnie przez głowę?
Nie każdy dobrze rokujący zawodnik będzie wielkim mistrzem. Wielu młodych sportowców miało zadatki by osiągnąć wielkie sukcesy, ale czegoś im brakowało. Na całokształt wielkości danego zawodnika ma wpływ bardzo wiele elementów. Popularność danej dyscypliny, finanse, konkurencja, sposobność uprawiania jej w danym kraju. To wszystko ma wpływ na to, jakim mistrzem jest dany zawodnik. Niestety bardzo często wygląda to w ten sposób, że zanim przyjdzie wynik sportowy, to młody człowiek już chce zarabiać, udzielać wywiadów i być rozpoznawalnym. Ja zawsze wierzyłem w to, że udowadnianie swojej pozycji w rywalizacji z najlepszymi kulomiotami świata może pchnąć mnie krok dalej i dopiero później przyjdzie popularność, pieniądze itp. Najpierw chciałem zdobyć szacunek u innych sportowców i całego środowiska, a potem docierać do kibiców i zwykłych ludzi.

majewski-tylem-laczy-nas-pasja

Teraz młody chłopak na podwórku chodzi w koszulce Roberta Lewandowskiego, a kilkuletni chłopak w Zakopanem chce skakać na nartach jak Małysz czy Stoch. Kogo podpatrywał młody Tomek Majewski?
Nie miałem jednego idola. Chciałem czerpać różne wartości od różnych ludzi – niekoniecznie z lekkoatletyki. Z pchnięcia kulą było kilku zawodników, których podglądałem pod kątem techniki. Bardzo podobało mi się to, jak jeden zawodnik czy drugi to robi. I w pewnym stopniu byli dla mnie wzorami do naśladowania. Ale tylko pod tym, bo większość z nich poza techniką nie miała w sobie nic, co można podziwiać. W skrócie – byli koksiarzami. Pchali pięknie technicznie i można było się tego od nich uczyć, ale nie byli uczciwi i brali niedozwolone substancje.
Pan był prekursorem pchnięcia kulą w Polsce. Byli utytułowani poprzednicy, ale bezpośrednio przed Pana karierą nikt szlaków nie przecierał.
Zaczynałem uprawiać sport w trochę innych czasach. Choć muszę przyznać, że to był moment, w którym lekka wyraźnie się ruszyła w naszym kraju i wokół całej dyscypliny zaczęło się dziać coraz więcej pozytywnych rzeczy. Czasy były inne, trudniejsze. Dziś młody zawodnik wszystko ma w Internecie. Nie wie jak trenować – wpisuje w Google i zaraz mu wyskakuje odpowiedź. Chce zobaczyć, kiedy są kolejne zawody i kto w nich wystartuje – znowu wpisuje frazę i wszystko po chwili mu się pojawia. U nas trochę metoda prób i błędów. Dużo dłużej trwało czasami rozwikłanie jakieś problemu, dużo bardziej trzeba było się przy tym natrudzić. Każdy miał równe szanse i nie ma co na to zwalać. Świadomość jednak młodego człowieka jest teraz dużo większa. Edukacja też jest na innym poziomie.
I promocja zawodników. Asia Jóźwik ma na przykład 80 tysięcy lajków na Facebooku.
I bardzo dobrze. To kreuje popularność, pomaga zdobyć sponsorów, ułatwia młodemu człowiekowi godne życie. Tak jak już powiedziałem – w przypadku Asi ta popularność i wizerunek medialny jest poparty klasą sportową. Asia to znakomita zawodniczka, która odnosi spore sukcesy. Bez tego nie byłoby tych lajków. Nikt nie odwiedzałby kilka razy w tygodniu jej strony tylko dlatego, że dobrze wypada przed kamerą i ładnie wygląda.
Wielu jest jednak sportowców, którzy nie mają osiągnięć, a mimo wszystko są popularni.
To taka „nadmuchana” popularność.

12

Komentarze