60. urodziny największego piłkarza świata

Dziś 60. urodziny obchodzą pijak, ćpun, degenerat, geniusz, mistrz i bóg futbolu. W jednej osobie. Choć czasem można odnieść wrażenie, że kim innym jest Diego, kim innym Armando, a jeszcze kimś innym - Maradona. Niezależnie od kolejnych skandali, mimo miłości przeplatającej się z nienawiścią - dla mnie zawsze był, jest i będzie najlepszy.

Zdrady, doping, kokaina, własny kościół, neapolitańska mafia, Che Guevara na ramieniu, spotkania z Fidelem Castro, strzelanie z wiatrówki do dziennikarzy, bójki na boisku, konflikty z FIFA, zawały i mocno przesadzone pogłoski o śmierci, własny reality show, operacje zmniejszenia żołądka, żółtaczka, depresja, nadużywanie alkoholu, coś na kształt zmartwychwstania, objęcie reprezentacji oraz kilku egzotycznych klubów w co najmniej ciekawych miejscach na świecie i wiele, wiele więcej… Życiem Diego Armando Maradony można byłoby obdzielić kilka innych, a i tak byłyby cholernie ciekawe. Gigantyczną różnicę między światłem i cieniem, jakie się na nie kładą, wyjaśniono w znakomitym filmie dokumentalnym „Diego”. I to jednym zdaniem, wypowiedzianym przez człowieka, który doskonale zdawał sobie sprawę z jego słabości i doskonałości. To on doprowadzał go ze stanu nędzy na wyżyny światowego futbolu. W pewnym momencie: tydzień w tydzień…

„Za Diego poszedłbym na koniec świata, za Maradonę nie zrobiłbym ani kroku” – powiedział o nim trener przygotowania fizycznego.

Maradona swoim zachowaniem w końcówce i po zakończeniu kariery nie dawał się lubić. Zacznę więc od tego, dlaczego go… nienawidzę. Po pierwsze dlatego, że jest zdeklarowanym zwolennikiem zbrodniczego i totalitarnego systemu, który ma na rękach krew od 85 do 100 milionów ludzi, czyli komunizmu. Przyjaźnił się z kubańskim przywódcą Fidelem Castro, popierał wenezuelskiego prezydenta Hugo Chaveza, ma wytatuowaną twarz terrorysty i komunistycznego zbrodniarza Che Guevary. W 1987 roku pokłócił się nawet z papieżem Janem Pawłem II w Watykanie. Na rosyjski mundial przyjeżdżał z poparciem dla Władimira Putina, który – jego zdaniem – „może przynieść pokój wielu ludziom na całym świecie”, a tuż przed tym objął funkcję „człowieka od wszystkiego” w białoruskim Dynamie Brześć. Polityczne upodobania Maradony są, delikatnie mówiąc, trudne do przyjęcia.

Nienawidzę go za to, że poza boiskiem szprycował się kokainą. Za mundial w 1994, który kończył w skandalicznych okolicznościach. Wykryto u niego wtedy aż pięć zakazanych substancji. Tłumaczył, że to przez lek na alergię, ale FIFA wykluczyła istnienie specyfiku, który zawierałby jednocześnie te wszystkie pięć związków. Prawda jest taka, że przed mistrzostwami schudł z 90 do 77 kilogramów. Odchudzając się, zażywał koktajl zakazanych środków, który podawał mu – również zawieszony po mundialu – personalny dietetyk. Za to, że przy wzroście 170 cm ważył 130 kilogramów też go nienawidzę, bo był o krok od przejścia na tamten świat. Uratowali go lekarze, wycinając prawie cały żołądek. Podczas siedmioletniego pobytu we Włoszech przeszedł aż 25 kontroli antydopingowych, ale dopiero w 1991 dała ona wynik pozytywny. Podobno wcześniej do zmylenia włoskich komisji używał… plastikowego penisa. Wykryto kokainę, która dziewięć lat później mogła go zabić. W jego organizmie wykryto takie ilości białego proszku, jakie mogłyby posłać do piachu każdego przeciętnego człowieka. Ale nie Diego.

W pewnym sensie, mimo złości za niewyciśnięcie swojego talentu jak cytryny, jednak go rozumiem. Znów wypada odesłać wszystkich do dokumentu „Diego”. Skala presji i rozpoznawalności, z jaką się mierzył, prawdopodobnie przygniotłaby każdego. Zwłaszcza w czasach, gdy o prywatność było prawdopodobnie nieco trudniej niż dziś.

Gdyby ktoś w Hollywood spróbował wymyślić podobną historię, napisany przez niego scenariusz wylądowałby w pierwszym lepszym koszu. Życie Diego Armando Maradony to rollercoaster ze zbyt wieloma zakrętami, momentami chwały i sięganiem dna nawet dla typowego filmu rodem z kalifornijskiej wytwórni. Wyciągnięty ze slumsów chłopak, który wyborną grą w piłkę podbija świat? To jeszcze jest do przyjęcia, ale mityczna opowieść o Maradonie wykracza daleko poza ten dość popularny schemat. I dlatego, choć za wiele rzeczy go nienawidzę, nie mogę go nie kochać. Za to, że tak sprawnie uciekał przed nogami rzeźników (to najbardziej delikatne określenie tych piłkarskich zwyrodnialców) w meczu z Athletic Bilbao, aż wreszcie jeden z ataków zakończył się złamaną kostką i długą przerwą. W finale Pucharu Króla znów spotkał się z „przyjaciółmi” z Kraju Basków, którzy ponownie urządzili sobie polowanie na jego nogi. Nie wytrzymał. Rozpoczął prawdziwą wojnę, która zakończyła się wyjazdem z Katalonii. Opuszczając Barcelonę mógł czuć jednocześnie przesyt Hiszpanią i niedosyt wyników, których nie miał złych. Zdążył zachwycić Europę, strzelić 22 bramki w 36 spotkaniach i podnieść trzy tytuły.

Udaną na tyle, że do Neapolu przyjeżdżał jako absolutnie największa piłkarska gwiazda. Nie zawiódł, bo niemal w pojedynkę poprowadził włoskiego outsidera na sam szczyt. Dwukrotne zdobycie mistrzostwa Włoch to nie tylko jedyne tytuły w historii klubu z południa Włoch, ale także pstryczek w nos bogaczy ze znienawidzonej w Neapolu północy: Juventusu, Milanu czy Interu. Puchar UEFA to kolejny tytuł, którego nikt przez 60 lat wcześniej i 30 lat później nie powtórzył w błękitnej części Półwyspu Apenińskiego. Warto dodać, że w odnoszeniu tych sukcesów nie pomagali mu Xavi, Iniesta, Puyol, Henry, Mascherano, Aguero czy di Maria. Liczył się tylko on, oczy wszystkich skierowane były właśnie w jego stronę. Maradona dźwigał presję i zwyciężał.

Jakby tego było mało, do jego spektakularnych zwycięstw dorabiano pozasportową ideologię.

Dodajmy, że… niebezpodstawnie. Wszystko zaczęło się od wojny – należące do Brytyjczyków Falklandy zostały zaatakowane przez wojska argentyńskie wiosną 1982 roku. Po tym konflikcie zbrojnym wyspy na południowym Atlantyku pozostały jednak we władaniu Wielkiej Brytanii, a rządząca Argentyną wojskowa junta upadła. Świeża argentyńska rana została rozdrapana, kiedy to zwaśnione kraje spotkały się ze sobą w ćwierćfinale Mistrzostw Świata w Meksyku. Przebieg tamtego spotkania zna każdy, kto choćby w minimalnym stopniu interesuje się futbolem. Rajd przez 60 metrów zakończony golem, o którym świat zapomni jako ostatnim, poprzedziła „Ręka Boga”.

Maradona doskonale wiedział, co oznaczało to zwycięstwo i rozbudowywał swoją legendę grając na patriotycznych nutach. Wprowadził w życie narrację: „Bóg wstawił się za biednymi Argentyńczykami, którzy za pomocą sprytu swojej „dziesiątki” oszukali znienawidzonych Anglików”. W kraju przyjęto haniebny dla reszty świata czyn z zachwytem, a nie potępieniem. Maradonę porównywano nawet do José de San Martína, XIX-wiecznego generała, który wyzwolił państwo spod kolonialnego ucisku.

Było w Maradonie coś więcej, niż tylko nieziemskie umiejętności. Jakby nad nim unosiła się jakaś aura, która hipnotyzowała ludzi. Założyli oni nawet Kościół Maradoński, zrzeszający setki tysięcy fanatyków z całego świata – oszalałych na punkcie swojego boga na tyle, że w dziewiątym przykazaniu kościoła Iglesia Maradoniana zobowiązują się do nadawania swoim synom drugiego imienia „Diego”. Z jednej strony założony na jego cześć kościół, z drugiej – w 1990 roku był drugim najbardziej znienawidzonym człowiekiem świata. Wyprzedził go tylko Saddam Husajn.

Maradona miał to coś. Pociągał za sobą miliony.

Gdy upadał, a zdarzało się to coś często – niemal cały piłkarski świat upadał razem z nim. Gdy świętował, huk strzelających od szampana korków słychać było od Grenlandii po Australię. Gdy płakał, nawet deszcz wydawał się być łzami Najwyższego. Tak, jak w 1990 roku, gdy nie obronił tytułu mistrzowskiego na mundialu we Włoszech. W finale uniemożliwił to sędzia Codesal, o którym powie później, że gdyby zobaczył tego arbitra na pustyni proszącego o wodę – rzuciłby mu sardelę (wyjątkowo słona ryba) i kontynuował podróż.

Jednocześnie był wielki i mały. Nieprawdopodobnie uzdolniony człowiek, który jednak jest zbudowany z krwi i kości. Zawsze mówił o sobie, że może być biały albo czarny, ale nigdy nie będzie szary. Będzie najlepszy. Pele nie osiągnął nic w Europie, Ronaldo nie ma tytułu mistrza świata, Messiemu nie idzie z reprezentacjami, Best swoją karierę przepił. Maradona, na szczęście, tego ostatniego nie zdążył zrobić.

Mówi się, że kłamstwo powtórzone sto razy staje się prawdą. To, co mówi się o Maradonie kłamstwem nie jest, ale choćby było wypowiadane po raz milionowy i milion pierwszy – nie zmieni niczego. Tak jak Paweł Zarzeczny: zawsze był, jest i pozostanie najlepszy.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem