35-letni Bośniak w derbach Berlina pokonał dwóch Polaków za jednym zamachem

To nie był jednorazowy wyskok - ani Herthy, ani Vedada Ibisevicia. O ile piłka nożna jest sportem nieprzewidywalnym, tak w derbach Berlina przeżyliśmy niemałe deja vu. Niemal identyczny scenariusz dla obu Polaków i obu berlińskich zespołów widzieliśmy przed tygodniem...

Do przerwy spokój i kontrola, po przerwie strzelecka nawałnica w dość krótkim odstępie czasowym. Tak było tydzień temu, gdy Hertha rozprawiła się z Hoffenheim, wygrywając 3:0 i strzelając wszystkie bramki po przerwie. Tak było też w derbach z Unionem Berlin, z niewielką różnicą: na listę strzelców wpisali się nie tylko Matheus Cunha i Vedad Ibisević, ale też po dłuższej przerwie bramkarzy rywali pokonywać zaczęli Dodi Lukebakio oraz Dedrick Boyata.

Bruno Labbadia jest fachowcem co się zowie – i świadczy o tym również to, że kwadrans rozmowy między nim a zespołem potrafi być konstruktywny, a nie usypiający. Nowy, już piąty w ciągu 12 miesięcy trener Herthy mobilizuje zespół na tyle, że ten wychodzi na drugą połowę mocno nabuzowany. I strzela. W dwóch meczach po zmianie stron zrobił to aż siedmiokrotnie. To 100% bramek biało-niebieskich od momentu powrotu na boiska po koronawirusowej kwarantannie.

Dobre wiadomości dla Herthy znów okazały się złymi dla Krzysztofa Piątka. Głównie dlatego, że ten ponownie wszedł na plac gry, gdy już było na nim pozamiatane.

W roli najlepszego zamiatającego znów bezpośredni rywal Piątka do walki o miejsce w składzie. Labbadia zmienił nieco system gry na Union (z 4-2-3-1 na 4-3-3), ale w zasadzie była to zmiana kosmetyczna. Najważniejsze z biało-czerwonej perspektywy się nie zmieniło: dziewiątka nadal u nowego szkoleniowca berlińczyków jest jedna.

I to niepodważalna. Trudno się dziwić, że to właśnie na Ibisevicia postawił Labadilla. Bośniak ma co prawda już 35 lat, w sierpniu skończy 36, ale odpłaca zaufanie trenera najlepiej jak tylko można. Z Hoffenheim był najlepszy na boisku i strzelił bramkę. W derbach otworzył wynik meczu, świetnie kończąc głową piękne dośrodkowanie Plattenhardta, a później dołożył do tego dwie asysty.

Bośniak zaufanie nie tylko spłaca, ale w swojej karierze wylał pod nie naprawdę solidne fundamenty. Żaden piłkarz nie strzelił dla Labbadii więcej bramek niż Ibisević. Gol z Unionem był 70., jaki pod jego wodzą zaliczył doświadczony snajper Herthy, który w dodatku jest jej kapitanem.

Kim jest dla Bruno Labbadii Krzysztof Piątek? Drogim, ale tylko jednym z drogich ostatnich transferów. I to sprowadzonym przez Klinsmanna, który z Herthą pożegnał się szybciej, niż się z nią witał. Nowy trener to nowa miotła, nowa wizja i nowe porządki. Niestety, Polak znalazł się na liście „schować do szuflady”, a nie „odkurzyć i dać drugą młodość”. Wprost przeciwnie do zaufanego Ibisevicia.

Jeśli nie Bośniaka, to może za Cunhę? Cóż, Brazylijczyk po raz kolejny też zrobił swoje. Trochę czarował, a przede wszystkim: znów strzelił. Pomijając fakt, że jest zupełnie innym typem piłkarza i na jego słabą dyspozycję w perspektywie gry Piątka nie patrzymy w stosunku 1:1, a zmiany formacji. Na takową się nie zapowiada. W Herthcie wszystko gra tak, jak powinno. Tak, jak nie grało w tym sezonie. Sezonie, w którym BSC oddało najmniej strzałów z całej Bundesligi. Teraz w dwóch meczach strzela siedem bramek.

Nie strzelał natomiast Union Berlin. Na bramkę Jarsteina – ani razu! Przez całe 90 minut derbowego spotkania!

To statystyka, która obnaża całkowicie drużynę, która tak bardzo dobrze spisała się przecież w poprzednich derbach Berlina. Na oczach własnej publiczności, niesiona jej dopingiem, zwyciężyła właśnie cechami wolicjonalnymi. Walką, charakterem, nieustępliwością, zadziornością. O tym, jak bardzo tego brakowało świadczy najlepiej właśnie okrągłe zero po stronie celnych strzałów.

Tych zaś sporo bronić musiał Rafał Gikiewicz, bo aż ośmiokrotnie celnie trafiali gospodarze. Do pewnego momentu „Giki” radził sobie znakomicie: powstrzymał i Cunhę, i dwukrotnie Lukebakio stając z nimi oko w oko. Wyrastał na bohatera tych derbów Berlina. Po nich pozostanie mu tytuł bohatera pierwszej połowy.

Przy bramce Ibisevicia: bez szans. Przy podwyższeniu Lukebakio, dla którego „do trzech razy sztuka” będzie mottem dnia, również. Skrzydłowy Herthy po raz kolejny wyszedł sam na sam z Polakiem, ale tym razem zdołał go przedryblować. Przy trzecim golu Cunhi, który pięknie uderzył w długi róg – również. Przy główce Boyaty – także.

Wymowna była reakcja Unionu na straconego gola: „laga” do przodu na Anderssona.

Zemściła się okrutnie – pięknym podaniem prostopadłym Ibisevicia i golem Lukebakio, który zamknął właściwie mecz. Ten i tak miał jedną stronę przeważającą. Jedną, która chciała grać w piłkę. Nieprzypadkowo Union Berlin ma w swoich szeregach piłkarzy, którzy w tym sezonie najczęściej faulują (Andrich), których podania mają największą odległość (Gikiewicz, łącznie ok. 22 km) oraz takich, którzy wygrywają najwięcej pojedynków główkowych (Andresson).

To pokazuje, jaki styl gry obrał Union Berlin. Na nieszczęście dla Gikiewicza i spółki, treningowo-sparingowa aura pozbawiona dopingu kibiców i presji z trybun, raczej faworyzuje drużyny skupione na podawaniu piłki, a nie jej kopaniu. Na mocnych uderzeniach na bramkę, a nie „na aferę”. Union w tym meczu więcej biegał, a Hertha częściej i dokładniej operowała futbolówką. I miała Ibisevicia.

Za jednym zamachem 35-letni Bośniak pokonał więc dwóch polskich piłkarzy, nawet jeśli ci byli po przeciwnych stronach berlińskiej barykady. Gdy niemal-emerytowany piłkarz wygryzał Krzysztofa Piątka, ale nazywał się Zlatan Ibrahimović – każdy rozumiał taką kolej rzeczy. Gdy jest nim Vedad Ibisević, można już nieco kręcić nosem, bo nie tak wyobrażaliśmy sobie ten sezon Krzysztofa Piątka. Nawet jeśli patrząc na grę Bośniaka po koronawirusowej przerwie można kręcić, ale głową i z podziwem.

Bonus do 1500PLN na start
LV BET Zakłady Bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez Ministra Finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem