Niebywałe kulisy transferu Polaka do Rumunii. Koncertowo wybrnął z tarapatów

Ta historia jest tak mocna, że nadałaby się na soczysty odcinek niezłego piłkarskiego serialu. Informowaliśmy już w zeszłym tygodniu, że 31-letni były napastnik Śląska Wrocław niespodziewanie znalazł zatrudnienie w lidze rumuńskiej. Jednak kulisy tej akcji, a także upadku innej transakcji, która doprowadziła go do tego transferu, przechodzą ludzkie pojęcie.

Łukasz Gikiewicz, bo o nim mowa, podpisał kontrakt z klubem FCSB, znanym powszechnie jako Steaua Bukareszt. Zdążył w niej nawet zadebiutować i przegrać spotkanie, po którym Gigi Becali zagroził, że zabierze zabawki z ligi rumuńskiej, wyda 20 – 25 milionów na nowy klub w Anglii i tam będzie bawił się w futbol. Jak informuje Gazeta Sportitulor, zasłużony rumuński klub nie był wcale miejscem docelowym dla polskiego piłkarza, a jego transfer to naprawdę mocna – i nieco przypadkowa – historia.

Na początku lipca Gikiewicz miał zaakceptować ofertę 2-letniego kontraktu w klubie Gaz Metan Medias. Dzięki działaniom agenta Andrei Balmosa, otrzymał umowę mailowo i w takiej też formie wyraził chęć jej przyjęcia. – Umowa przesłana przez klub nie wymagała podpisów. Zawodnik zaakceptował ją w e-mailu, więc zgodnie z przepisami FIFA, stała się ważna – argumentuje prawnik reprezentujący Polaka. Problem w tym, że za propozycją kontraktu nie poszło nic więcej.

Gikiewicz przez dwa tygodnie czekał na jakikolwiek sygnał ze strony Gaz Metan. Nie miał z klubem żadnego kontaktu, więc sam kupił bilety i poleciał do Rumunii, sprawdzić na miejscu co się wyprawia. Udał się pod adres widniejący na dokumentach, ale… Niczego tam nie znalazł.

– Doszło do żałosnej sytuacji. Dotarł do bazy klubowej, gdzie powiedziano mu, że nie ma ważnej umowy z klubem, więc nie ma czego tu szukać. Skontaktowałem się z Valentinem Iordănescu (prawnikiem, który przesyłał mailowo umowę), ale powiedział, że oferta otrzymana w imieniu klubu była fałszywa. To kłamstwo, mamy dowody, że wysłał ją sam Iordănescu – argumentuje prawnik piłkarza na łamach gsp.ro. Dodaje od razu, że wraz z Gikiewiczem będą dochodzić odszkodowania od FIFA.

Aby było ciekawiej, na lodzie został też rumuński agent, który mając pełnomocnictwo napastnika na reprezentowanie go na terenie Rumunii, dostałby działkę za wynegocjowanie transferu do Gaz Metan. Gikiewicz, po fiasku transakcji, uruchomił własne kontakty i znalazł klub już bez jego pomocy. Jak do tego doszło? Tu też jest ciekawie.

Według doniesień portalu fanatik.ro, zadzwonił do rumuńskiego trenera Florina Montroca, którego znał z występów w Jordanii. Ten był szczęśliwie akurat na wspólnym wyjeździe z właścicielem Steauy – Gigi Becalim. Montroca opowiedział mu całą historię, na co Becali, nie zastanawiając się długo, zaoferował Polakowi umowę.

Stąd wynikła później jego wypowiedź do prasy, w której przyznał wprost, że „przyjedzie napastnik, nie pamięta nazwiska, ale ktoś mu go polecił”. Zwolennicy ciężkiej pracy u podstaw być może będą rozczarowani, ale właśnie tak często wyglądają piłkarskie transfery. Efekt przypadku albo dobrych relacji, niekoniecznie wielomiesięcznego skautingu.

Dla Gikiewicza – burzliwa historia, za to z happy-endem.

Bonus do 1500PLN na start
Lv bet zakłady bukmacherskie posiada zezwolenie urządzania zakładów wzajemnych wydane przez ministra finansów. Udział w nielegalnych grach hazardowych może stanowić naruszenie przepisów. Hazard związany jest z ryzykiem.