Kolejny trener zwolniony, ale i kolejny w Lotto Ekstraklasie przedłużył kontrakt ze swoim klubem. Ta druga opcją to miła odmiana po okresie, w którym zwalniało się na potęgę, bez zastanowienia i jakiegokolwiek planu B. „Czasami nie chodzi o to, by zmieniło się na lepsze. Przeważnie chodzi o to, by zmieniło się cokolwiek” – pisał kiedyś Marek Hłasko, a właściciele klubów naszej ligi zamieniali te słowa w czyn.

„Zwalniają, znaczy się będą przyjmować”, jak to mówił Lejzorek Rojtszwaniec w powieści Ilji Erenburga. W pewnym momencie zwalniali i przyjmowali na potęgę Doszliśmy do momentu – było to po wyrzuceniu Kiko Ramireza z Wisły Kraków i Radosława Mroczkowskiego z Nowego Sącza – w którym trener w Ekstraklasie pracował zaledwie 168 dni.

Bywało już w futbolu bardziej szokująco. Jak wtedy, gdy gdzieś w Hiszpanii wyrzucili trenera 11-latków, ponieważ jego zespół… zwyciężył 25:0. Uznano, że szkoleniowiec wykazał się brakiem szacunku dla rywali.

W Ekstraklasie też doszło jednak do przegięcia. Karuzela kręciła się z prędkością nieprzyzwoitą, wykraczającą ponad standardy i zdrowy rozsądek. Średnia 168 dni pracy trenera świadczyła nie tylko o słabości szkoleniowców, ale i zatrudniających ich prezesów. Przecież to, że trener został zwolniony nie oznacza, że jest słaby. Na sukces sportowy składa się wiele czynników, a na pracy trenera – choć zwolnić go najłatwiej, a efekt nowej miotły to tyleż popularne rozwiązanie wszelakich problemów w drużynie, co najprostsze – świat piłkarski się nie kończy.

Niedawno zwolniono Romeo Jozaka, co w sumie było aż siedemnastą zmianą w tym sezonie! Trzech szkoleniowców pracowało już w Bruk-Bet Termalice, Lechii Gdańsk, Pogoni Szczecin, Sandecji Nowy Sącz, Wiśle Kraków i Wiśle Płock. Niemal połowa ligi przez kilka miesięcy musiała dwukrotnie dokonywać roszad na najważniejszym stołku sportowym w klubie. Legia za sprawą biletu w jedną stronę dla Romeo Jozaka dołączyła do tego grona.

Romeo Jozak miał najwyższą średnią punktów spośród wszystkich innych obecnie pracujących/ PressFocus

Jeden rabin powie: dziwne, drugi: nielogiczne, ale pożegnanie z Chorwatem to na pewno nie było coś, co przeciętnego Kowalskiego zwaliło z nóg i będzie przez tydzień spędzało sen z powiek. Legia Warszawa grała fatalnie, drużyna nie czyniła regularnego progresu (o ile w ogóle się rozwijała), a wyniki również nie były zadowalające.

Pomimo tego to był trener, który w tych rozgrywkach… miał najwyższą średnią punktów spośród wszystkich innych obecnie pracujących.

Ledwo zakończyliśmy sezon zasadniczy, a w niemal każdym klubie zastanawiano się: wyrzucać czy nie wyrzucać? Tylko Leszek Ojrzyński, Nenad Bjelica, Michał Probierz, Marcin Brosz i Ireneusz Mamrot ostali się od pierwszej do obecnej kolejki, choć posada pierwszych dwóch była mocno negowana. Bjelicy przed długi, długi czas – choć do fazy finałowej wszedł jako lider.

Leszek Ojrzyński w poprzednim roku wygrał Puchar Polski i Superpuchar Polski, a także w nieciekawej sytuacji zastał zespół w lidze, a mimo to zdołał go utrzymać. Teraz utrzyma się spokojnie, a wręcz otarł się o grupę mistrzowską. W dodatku właśnie awansował do drugiego z rzędu finału krajowego pucharu i znów powalczy na Stadionie Narodowym o triumf.

Docenić należy jednak kluby, które się opamiętały i planują zrealizować politykę długofalową. W każdym razie: jak na polskie realia, bo dwuletnia perspektywa to przecież nie jest odległa, niczym sprawa emerytury dla studenta. Do 2020 roku swoje kontrakty w klubach przedłużyli jednak Michał Probierz, Jerzy Brzęczek czy Ireneusz Mamrot, a do tego grona dołączył właśnie Gino Lettieri.

– Kto to? Projektant mody? – pytali ironicznie dziennikarze, kiedy Gino Lettieri zastępował Macieja Bartoszka.

„Wziąć takiego gościa to jak zatrudnić napastnika, który w poprzednim sezonie strzelił jednego gola i zmarnował kilkanaście okazji” – pisano. Śmiano się, że nie pozwala jeść na klubowej stołówce w klapkach. Mówiono, że nie potrafi chwalić. Okazało się, że ten sam Lettieri swoją inteligencją, wyczuciem i warsztatem przewyższył wszystkich trenerów i mędrców ekstraklasy.

Spotkali się w półfinale Pucharu Polski. Obaj nie zostali zwolnieni w tym sezonie jako jedni z nielicznych.

Gino Lettieri to nie jest Jose Mourinho, który zstąpił na naszą biało-czerwoną ziemię. Nie jest też Leo Beenhakkerem, który karmi nas prawdami oświeconymi i każe wyjść z drewnianych chatek. To gość, który tylko i aż jest realistą. Nie udaje, że pod jego wodzą Korona będzie prezentować się jak skrzyżowanie FC Barcelony z NBA All-Star Team. Widzi poziom, dostosowuje do polskiego otoczenia taktykę, zawodników i na koniec wygrywa. Styl prowadzonej przez niego Korony nie jest prostacki, choć tak może na pierwszy rzut oka wyglądać. Jest realistyczny.

Gino przypomina piłkarza, który przyszedł do wypełnionej niby-technicznymi zawodnikami drużyny. Wszyscy próbują strzelać spadające liście jak Ronaldo, a ich piłki lądują na czwartym piętrze. Próbują mijać jak Messi, a przewracają się na pierwszej treningowej tyczce. Wtedy wchodzi Lettieri, ma piłkę w polu karnym i zbyt długo się nie zastanawia. Uderza „z czuba” i wszyscy koledzy pękają ze śmiechu, ale tylko przez sekundę. Ich humor psuje piłka trzepocząca w siatce.

Korona nie awansowała do finału Pucharu Polski, ale miło się na nią patrzy. To nie jest bowiem chaos, tylko konsekwentnie realizowany plan. Piłkarze nie są mamieni nierealnymi wizjami i założeniami taktycznymi. Swoją ofensywą taktyką Lettieri daje im wyraźny znak: macie biegać, walczyć, atakować. Bez nadmiernego respektu, szukania „kwadratowych jaj”. Włoski szkoleniowiec wykorzystuje przez to każdy, nawet najmniejszy moment bojaźni u rywala. Nie bierze jeńców. I przede wszystkim patrzy na Koronę i widzi ją taką, jaka jest naprawdę. Dostał dwie wielkie pałki, więc nie udaje, że to kałasznikow, tylko bierze zamach i bije nimi po głowie kolejnych rywali.

Cieszy nas informacja o przedłużeniu kontraktu, bo takich szkoleniowców chcielibyśmy widzieć więcej. I czytać więcej o przedłużonych przez trenerów kontraktach.

Chcielibyśmy pisać „drużyna Jerzego Brzęczka” i myśleć o Wiśle Płock ze Stiliciem, Recą, Merebaszliwim i Michalakiem. Grającą z polotem, finezją i tak, jak wymyślił to sobie były reprezentant Polski. Chcemy czytać o „drużynie Marcina Brosza” i widzieć ekipę wypełnioną zawodnikami młodymi, perspektywicznymi, a co najlepsze: związanymi z Górnikiem i Zabrzem, Śląskiem i Polską.

– Pracuję już kilkanaście lat jako trener i przywykłem do tego, że zwykle zmian szuka się w zwolnieniu trenera. Jestem poruszony jedynie, gdy znam okoliczności zwolnienia i jest to zmiana dziwna. Zastanawiam się wtedy i mam różne myśli, ale to wkalkulowane w nasz zawód. Choć rzadko jest tak, że działacze nie mają wyjścia i muszą zwolnić trenera. Często to radykalne i pochopne decyzje – powiedział mi niedawno Waldemar Fornalik. Wydaje się, że mamy do czynienia z odwrotnym i pozytywnym zjawiskiem. Bo nie zwalniają, a przedłużają kontrakty. I nie działają radykalnie i pochopnie, a spokojnie i przemyślanie.