Polska siatkówka – wielki biznes, który potrzebuje jakości sportowej

Wydarzenia siatkarskie na świecie, to zazwyczaj mecze jak każdy inny. Są zawodnicy, są kibice. Zawodnicy grają, kibice dopingują. Normalna forma rozrywki, w siatkówce, nie zawsze z dużą frekwencją, zazwyczaj w przewidywalnej atmosferze. Jest punkt, jest radość. Wybiegną cheerleaderki i zrobią fun. A w Polsce? To niebywałe jak rozwinął się w naszym kraju, biznes, bo tak to trzeba nazwać, związany z Kadrą narodową w siatkówce. Mecze naszej Reprezentacji, to medialny i marketingowy potwór, który swoimi rozmiarami pożera ligowe rozgrywki w tej dyscyplinie. I robi to (jeszcze) niezależnie od poziomu, jaki prezentuje kadra na parkiecie. W czwartek mieliśmy tego, niestety, najlepszy przykład. Niestety, bo sportowo, zderzyliśmy polskie nadzieje z serbską rzeczywistością.

Sam produkt zaserwowany w czwartek, jako mecz otwarcia, był również ogromnym, logistycznym przedsięwzięciem i mam wrażenie, że udał się w stu procentach. Jeśli brakuje poziomu sportowego (a brakowało), to musi być entertainment, a ten był na kosmicznym poziomie, nie tylko z racji na okołoziemską narrację ceremonii otwarcia. Kibice musieli być czujni nie tylko w czasie gry ale i w przerwach, gdy organizatorzy co i rusz zaskakiwali ich konkursami i innymi atrakcjami. Po trybunach przechadzał się Andrzej Wrona, który aktywnie wspomagał Fundację Herosi, w zbiórce pieniędzy na leczenie jej podopiecznych. Sami kibice, również robili co mogli, kierowani przez doskonale “czujący” publikę, tandem prowadzących zabawę z trybuny. Gdy w trzecim secie Polacy zbliżyli się do Serbów, wychodząc z beznadziejnej sytuacji 5 pkt straty, we wszystkich na nowo wstąpiła nadzieja i Stadion Narodowy oszalał. Siatkarze jednak nie dali nam się cieszyć zbyt długo dobrą passą i po ostatnim punkcie zapanowała grobowa cisza.

Jednak po meczu ludzie nie wychodzili zawiedzeni. Oni wychodzili szczęśliwi ponieważ nie żałowali ani minuty spędzonej na Stadionie Narodowym, gdzie wzięli udział w imprezie, którą niezależnie od wyniku, każdy z nich będzie pamiętać pewnie do końca życia. Hymn odśpiewany a capella przez 60 tys ludzi, słyszany z poziomu parkietu powodował dreszcze na całym ciele i trudno wyobrazić sobie, co przeżywali wówczas w sercach młodzi zawodnicy naszej reprezentacji. Serbowie byli lepiej przygotowani do tej atmosfery, Polacy natomiast sprawiali wrażenie, jakby przenieśli się ze sceny w Gminnym Ośrodku Kultury, do La Scali i nie mogli odnaleźć się w nowych ścianach, a w oczy rzucało się zwłaszcza to, że nikt nie chciał wziąć większej odpowiedzialności za grę, na własne barki. Wyszło jak wyszło.

Reprezentanci padli również ofiarą tego marketingowego potwora, co widać było w strefie, w której mogli rozdawać autografy po meczu. Okazało się bowiem, że wspaniale opakowany produkt, ma mało rozpoznawalnych twarzy na parkiecie, a niektórzy spośród czekających kibiców wyraźnie nie znali nawet nazwisk siatkarzy, od których chcieli autograf, bądź wspólne zdjęcie, wołając do zawodnika Reprezentacji Polski np. “ej kolego…”. Rzecz trudna do wyobrażenia przy meczach piłkarskiej Kadry. Oczywiście siatkówka nie jest tak popularna w Polsce jak piłka nożna i na karb tego możnaby zrzucić wspomniany przypadek, jednak Kadra, to Kadra. Jeszcze parę lat temu, średnio zainteresowany siatkówką kibic, był w stanie wymienić nazwiska grające dla Polski bez większego zastanowienia: Świderski, Murek, Gruszka, Ignaczak, Zagumny, Wlazły, Kadziewicz, i wielu innych, to było jak Amen w pacierzu, a ich twarze kojarzył niemal każdy. Dziś budujemy kadrę na nowo. Było to trochę przykre ale i symptomatyczne. Oby ci chłopcy, stali się wkrótce gladiatorami, takimi jak piłkarze kadry narodowej, oby stali się głównym powodem, dla którego polscy kibice będą chcieli znów wrócić na Stadion Narodowy, na mecz siatkówki.

 

LV Bet jako sponsor Eurovolley 2017 przygotował specjalną ofertą kursową na każde spotkanie mistrzost Europy. Całość znajduje się TUTAJ.

 

Komentarze