W samo południe z…Tomaszem Włodarczykiem: „Po aferze alkoholowej piłkarze się obrazili. Mam nadzieję, że im przejdzie”

ŁączyNasPasja: Ile masz lat?
31. Urodziłem się 1 marca 1985 roku.
Patrząc na Twój dorobek dziennikarski, to wiele osób (w tym ja) powinno sobie odpuścić. Jesteś dumny z tego co udało się osiągnąć do tej pory?
Bez przesady. Każdy kiedyś musi zacząć, a ja zacząłem bardzo szybko, bo wiedziałem co chcę w życiu robić. To duży komfort dla młodego człowieka. Nie szukałem, nie błądziłem, po prostu wiedziałem, że chcę być dziennikarzem sportowym. Wytyczyłem sobie cele i konsekwentnie je realizowałem. Na początku to była czysta pasja, na którą składała się piłka nożna i zabawa stronami internetowymi. Pamiętam, że był to też okres gry w Championship Managera i uczestniczenie we wszystkich forach internetowych, jakie były poświęcone tej produkcji – CMLive, CM Revolution itd.. Pierwsza praca, jaka przynosiła pieniądze zdarzyła się dość szybko. Miałem 16 lat. To była sportowa strona internetowa, sponsorowana przez jeden z browarów – lechsport.pl. Chodziłem do liceum, miałem znacznie większe „kieszonkowe” dzięki pisaniu. Już wtedy poczułem nutkę niezależności. Ciekawostka. Dzięki pracy na portalu poznałem się z Wojtkiem Szaniawskim, który miał wtedy 14 lat (dzisiaj jest prezesem Arskom Group odpowiada między innymi za wizerunek Grzegorza Krychowiaka). Przez wiele lat komunikowaliśmy się tylko przez…gadu-gadu. Aż po studiach w Anglii przyjechałem do Warszawy. Była wreszcie okazja normalnie pogadać. Mamy bliski kontakt do dziś.
Potem były wspomniane studia w Anglii…
Tak. Chodziłem do liceum z mocnym profilem angielskim: oprócz kilku godzin nauki języka, była też biologia i chemia po angielsku. Po maturze wiele osób z klasy, w tym ja, zdecydowało się skorzystać z wejścia Polski do Unii Europejskiej. Był 2004 rok, ruszyliśmy kilkuosobową grupą studiować na Wyspy. Nie był to kierunek dziennikarski, a to dlatego, że podpytałem i wielu dziennikarzy uznaje je za stratę czasu. Radzili, żeby zrobić sobie podpórkę w postaci innego wykształcenia. Na wszelki wypadek. Po czasie stwierdzam, że była to dobra decyzja. I tak od teorii ważniejsza jest praktyka. Wybrałem kierunek BA Business and Marketing. W tym czasie jednak cały czas robiłem rzeczy związane z dziennikarstwem. Pisałem do tygodnika „Piłka Nożna”, robiłem różne korespondencje z Anglii np. jeździłem za własne pieniądze do Southampton, gdzie grał Grzegorz Rasiak, czy do Jarosława Fojuta, który był w Boltonie. Odwiedzałem ośrodek treningowy Arsenalu w London Colney, który był blisko mojego miejsca zamieszkania. Przełomem była dla mnie historia związana z „Super Expressem”. Wysyłałem teksty do wielu redakcji, prosiłem o szansę, ale zainteresowali się mną tylko Andrzej Kostyra (szef sportu) i Piotr Koźmiński. Przyszedł moment, kiedy dostali oni informację, że nasza wspaniała sztangistka Agata Wróbel pracuje na wysypisku śmieci. To była moja pierwsza, samodzielna reporterska praca. Jednocześnie bardzo wymagająca. Pojechałem do Peterborough bez właściwie żadnego punktu zaczepienia. Odnalazłem ją, porozmawialiśmy. Ten artykuł miał ogromny oddźwięk – także w Anglii.

tomasz-wlodarczyk-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

W Anglii udało się Tobie współpracować z wieloma tytułami.
Tak. Decydującym momentem było nawiązanie współpracy z agencją sportową Collings Sport należącą do znanego publicysty związanego z Formułą 1 Timothy Collingsa. Napisał kilka książek na temat tego sportu, m.in. biografię Jackiego Stewarta czy bestseller „Piranha Club” o szefach teamów F1. Agencja działała w taki sposób, że wysyłała do różnych redakcji swoją ofertę tego co ma i poszczególne tytuły kupowały te treści. Publikowałem w „The Independent”, „The Guardian”, czy „The Daily Telegraph”. O Rasiaku, Hajcie, Kosowskim, Abbocie i innych Polakach pisałem w „League Paper” poświęconej The Championship i niższym ligom. Starałem się wykorzystać każdą daną mi szansę. Kiedyś pojechałem na mecz Pucharu Anglii do Nuneaton, jakaś wstępna runda, aby napisać kilkaset znaków i zobaczyć to w gazecie. Kiedyś wybrałem się do ośrodka treningowego Arsenalu, aby zrobić wywiad z Gaelem Clichy. Wtedy był jeszcze rezerwowym. Rządził Ashley Cole. Ale miał ciekawą historię, urwał palec na płocie i przeżył śmierć kliniczną. Los sprawił, że do wywiadu szykował się także dziennikarz z The Observer – miał rozmawiać z Patrickiem Vieirą. Inny kaliber. Los chciał, że zepsuł mu się dyktafon. Spytał, gdy skończyłem rozmawiać z Clichy, czy pożyczę mu swój sprzęt. A ja byłem takim małym cwaniakiem, że się zgodziłem, ale do Interview Room chciałem wejść razem z nim. Zgodził się, byłem wniebowzięty. Pamiętam, że Vieira przyszedł w takim zamszowym, lśniącym dresie… Wyglądał jak Snoop Dogg. Ten dziennikarz podziękował i dał mi jeszcze zarobić. Poprosił o spisanie rozmowy z dyktafonu. Dostałem za to jakieś 100 funtów. Wtedy to był kosmos. Za spisanie rozmowy sto funtów, gdy ja zapieprzałem w magazynie (dojdziemy do tego) za jakieś 40? Potem przekonałem się, że stawki w Anglii są na zupełnie innym poziomie niż w Polsce… Prawdziwą pracę w wielkiej redakcji poznałem w „The Sun”, gdzie zostałem szefem sportu w projekcie polskich wydań na Euro 2008. News International ma ogromną siedzibę blisko londyńskiego City: na jednym piętrze The Sun, na innym The Times, zamknięte już po aferze podsłuchowej News of the World. To była niesamowita przygoda. Gnojek w świecie wielkich mediów. Siedziałem tam kilkanaście godzin dziennie. Aha, plusem był też fakt, że po redakcji The Sun ciągle kręciły się… Page 3 girls.

Kluczowym momentem, który miał wpływ na moje życie był okres, kiedy startowałem na Project Managera w firmie Siemens. Po ukończeniu studiów zastanawiałem się, czy dziennikarstwo jest w stanie zapewnić mi byt na odpowiednim poziomie. Miałem odpowiadać za stawianie masztów telekomunikacyjnych. Kwalifikacje na to stanowisko odbywały się w Reading i miały 7 lub 8 etapów. Tak się złożyło, że doszedłem do ostatniej rundy, rozmowy z szefem, razem z Anglikiem. Wyeliminowaliśmy 8 tysięcy kandydatów. Przegrałem tylko z nim. On dostał tę posadę, mnie zaproponowano inną, ale jej nie przyjąłem i postanowiłem definitywnie wrócić do kraju. Dobrze się stało.

12

Komentarze