W samo południe z…Tomaszem Babilońskim: „Niestety nie jesteśmy w stanie nauczyć Dodę czy Kamila Bednarka boksować w 3 miesiące”

    ŁączyNasPasja: Jak to się zaczęło, że w ogóle poszedłeś na salę bokserską?
    Zaczęło się od tego, że w tamtych czasach ganiano mnie po szkole i atakowano, więc żeby nie być takim typowym pierdołą zapisałem się najpierw na kickboxing, a potem kolega namówił mnie na boks. Nie było jednak sekcji tej dyscypliny sportu w Mińsku Mazowieckim, dlatego musieliśmy dojeżdżać na treningi do Warszawy. Było to trochę problematyczne dla nastolatków w tamtym czasie. Na dojazdy trzeba było dziennie poświęcić z 5 godzin, treningi 5 razy w tygodniu, nie można było się spóźniać. Z 40 – osobowej grupy wytrwało tylko kilku zawodników i w gronie tych wybrańców byłem ja.
    Jako młody chłopak sprawiałeś kłopoty wychowawcze?
    Na samym początku to nie. Dopiero jak nauczyłem się walczyć i bronić, to była taka sytuacja, że nie można było sobie dawać w kaszę dmuchać, więc parę razy trzeba było kogoś tam wyprostować. To były wtedy takie czasy, a nie inne. Teraz na szczęście nie trzeba już takich rzeczy robić. Z drugiej strony tego nie żałuję, bo gdyby nie boks i cała sytuacja życiowa, która zmusiła mnie do uprawiania tej dyscypliny, to pewnie nie byłoby mnie tutaj dzisiaj.
    Te treningi bokserskie w barwach Gwardii Warszawa dały brązowy medal Mistrzostw Polski Juniorów w 1998 roku w Krakowie…
    Tak. Dokładnie. Wygrałem 4 lub 5 walk i udało mi się zdobyć brązowy medal. Przegrałem w półfinale z takim zawodnikiem o nazwisku Kamiński. Pamiętam tę walkę jak dziś. On potem został mistrzem kraju. Nie było łatwo, ponieważ trener Raubo kazał mi robić wagę do kategorii średniej, ja ją dusiłem i męczyłem się żeby to zrzucić, a potem się okazało, że jednak boksuję w kategorii półciężkiej. Stało się tak, ponieważ ktoś nie dojechał i zwolniło się dla mnie miejsce. Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach, żeby zdobyć medal, to trzeba było naprawdę mocno się namęczyć. Było wielu zawodników, sporo klubów. Nie tak jak dzisiaj, że rozdaje się medale za sam udział. Wtedy naprawdę trzeba było coś potrafić.
    Żałujesz, że twoja kariera nie rozwinęła się tak, jak powinna?
    Nie żałuje. Jestem tu gdzie jestem, znam ten sport od podszewki i potrafię dzięki temu na swoim przykładzie określić, czy ktoś się nadaje do zawodowstwa czy nie. Eliminuję poprzez to wielu pseudo bokserów. Nie robię tego dlatego, że mam do nich coś prywatnie, tylko dlatego, że oni nie mają cech, jakie są niezbędne na zawodowych ringach.
    Jakie to cechy?
    Trzeba mieć zacięcie, serce i przede wszystkim wiedzieć czego się chce.
    Uważasz, że Ty nie osiągnąłbyś sukcesów w boksie zawodowym?
    Myślę, że nie. Do tego trzeba się urodzić i potrafić się temu poświęcić w 100%. Ja jestem takim typem człowieka, że w jednym miejscu nie usiedzę, nie potrafię się też dopasować, co do wytycznych trenerów. Jestem typem samotnika, który swoimi metodami chce dojść do celu. Zawodnik musi jednak postawić na pełną współpracę ze szkoleniowcem, jeśli się tego nie zrobi, to nie ma szans na sukces.
    Była jednak szansa na zawodowy debiut i to u Andrzeja Wasilewskiego. Do pojedynku przygotowywałeś się pod okiem Zbigniewa Raubo. Do walki nie doszło. Zawsze fajnie byłoby mieć 1 – 0 w rekordzie…
    Jak znam Andrzeja, to wcale nie byłoby to takie pewne (śmiech). Pewnie dałby mi takiego skurczybyka, który wybiłby mi boks zawodowy z głowy.
    Dlaczego do tej walki nie doszło?
    Andrzej nie darzył mnie sympatią, ponieważ pochodziłem z Mińska Mazowieckiego. Miał też dodatkowo wtedy konflikt z moją siostrą i nie było mu ze mną po drodze. Pewnego dnia zamknął przede mną drzwi na salę i zakazał przychodzenia na treningi. Ja wtedy odszedłem z płaczem od drzwi i powiedziałem: „Skurczybyku jeszcze ci udowodnię!”. I wtedy właśnie poszedłem w organizację i w to czym zajmuję się do dzisiaj. Kiedyś nie było między nami najlepiej, jednak od kilku lat świetnie nam się razem współpracuje i oby tak dalej.

    babilon1

    Czyli można powiedzieć, że to Andrzej Wasilewski dał ci takiego kopa, że Ty żeby jemu zrobić na złość zdecydowałeś się wtedy zostać jego konkurencją?
    Tak zdecydowanie. Dał mi kopa, ponieważ to jest wielki ból, kiedy codziennie trenujesz, zawsze coś boli, musisz przejechać te 60 km na trening, poświęcić się, a potem on nagle mówi, że jestem niemile wdziany. Tak więc bardzo pozytywnie udało mi się wykorzystać tamtą sytuację, i dzisiaj bardzo cieszę się, że możemy razem współpracować.
    Pierwszą swoją galę zorganizowałeś w hotelu, gdzie pracowałeś jako ochroniarz. Pamiętasz jeszcze jakieś interesujące zawody, które wykonywałeś przed tym, aż zostałeś zawodowym promotorem?
    Byłem kiedyś listonoszem. Pracowałem na Ochocie w Warszawie. Wujek mi załatwił tą posadę i muszę przyznać, że ciężej się było zwolnić niż przyjąć. Nie było mi łatwo, ponieważ ja jako sportowiec nie potrafiłem się dostosować do ludzi, którzy palą. Listonosze mieli taką swoją kanciapę, gdzie czekali na transporty i tam 200 osób paliło na raz. Nie wytrzymałem tego i zwolniłem się po dwóch tygodniach.
    Na pewno na samym początku działalności spotkałeś się z licznymi brudnymi zagrywkami ze strony swojej konkurencji? Jak wspominasz tamten okres?
    Ja miałem bardzo ciężko. Czasy były dla mnie bardzo nieprzyjazne, ponieważ nie miałem telewizji. Z Andrzejem Wasilewskim nie byłem wtedy, jak już mówiłem w najlepszych relacjach, z kolei Andrzej Gmitruk to mnie nienawidził, ze względu na to, że wchodziłem mu ze swoimi imprezami na Canal +, gdzie on już był. Także byłem sam, pomiędzy dwoma Andrzejami, bez kasy i z zawodnikami takimi jak: Głowacki, Cieślak czy Głażewski. Ale oni dla nich wtedy byli za słabi, więc nic te nazwiska wtedy nie znaczyły. Dlatego wymyśliłem wówczas te imprezy, w takich miejscach jak Wieliczka czy Międzyzdroje.
    A przykłady tych brudnych zagrywek?
    Jak zaczynałem, to miałem różne nieprzyjemne telefony, ataki ze strony dziennikarzy, wyciąganie brudów z przeszłości i informacji którymi już nikt nie żył od dawna. Każdy mi nogę wtedy chciał podstawić. Nie udało się jednak ani Gmitrukowi, ani Wasilewskiemu wyeliminować mnie na tyle, żebym miał zaprzestać to robić. Staram się jednak nie żyć przeszłością, teraz planujemy wspólnie kolejne imprezy. Żyjemy teraz na stopniu partnerstwa i koleżeństwa ze wszystkimi. Lepiej za młodu mieć trochę trudniej niż na starość.
    W polskim boksie zawodowym mamy taką sytuację, że brakuje zawodników, ale przede wszystkim nie widać kolejnych wybitnych trenerów. Kto odpowiada za ten stan rzeczy?
    Ludzie, którzy zarządzają Polskim Związkiem Bokserskim to jest średniowiecze. To są leśne dziadki, które się do niczego nie nadają i już dawno powinni być na emeryturach. Muszę się przyznać do jednej pomyłki. Oddanie głosu na prezesa Górskiego było moim największym błędem podczas kariery sportowej. Tego żałuje, bo przez niego nie ma trenerów i zawodników. Tak nie powinno być. My jako grupa zawodowa możemy sobie sprowadzić trenerów z zagranicy, albo młodych polskich szkoleniowców wysłać np. na Kubę na przeszkolenie. Zawsze sobie jakoś poradzimy.
    Co się stanie, jeśli nic się nie zmieni w działaniach PZB?
    Jeśli się nic nie zmieni czyli nie będzie szkolenia trenerów, szukania młodych zawodników, stawiania na młodzież, na młodzików i kadetów, to nic się nie wydarzy. Boks umrze, tak jak umarł w Niemczech czy innych krajach. To jest pewne. Ludzie będący trenerami w moim wieku odchodzą od swoich zawodów, ponieważ mają dosyć bycia szkoleniowcami lekceważonymi przez komórkę PZB. Tam się tylko teraz czeka na możliwość darmowych wyjazdów. Teraz kroi się im wycieczka do Rio, gdzie zakwalifikowało się dwóch naszych pięściarzy. Podobno ma z nimi polecieć rekordowa liczba 15 –stu działaczy. Wszyscy tylko zabijają się tam o darmowe miejsca na podróże. To jest straszne i przerażające. Apeluję do wszystkich kolegów, którzy mają mandaty, aby w listopadowych wyborach zagłosowali na kogoś młodego, z fajnymi pomysłami. Są tam tacy ludzie, którzy naprawdę kochają ten sport. Dla niego są gotowi zostawiać rodziny na 200 dni w roku. Trzeba usunąć te „leśne dziadki”, bo jak ich nie wyrzucimy, to kiedyś sami odejdą kładąc przy tym związek na łopatki, a my zostaniemy z niczym, podobnie jak to miało miejsce w Niemczech.

    babilon2

    Jak oceniasz marketing w polskim boksie zawodowym w kontekście tego, co robi KSW?
    Nie możemy się z nimi porównywać, bo oni biorą zawodników, którzy chcą być zawodnikami. Palniesz kogoś z bańki albo naplujesz komuś na twarz i idziesz do MMA. Oni robią super robotę, ale potrafią obrócić piosenkarza w sportowca. My tego nie zrobimy, bo boks rządzi się swoimi prawami i jeśli jesteś znanym nazwiskiem i chciałbyś boksować i będziemy sprzedawać na ciebie bilety, to pierwsza będzie weryfikacja taka, że jak przy lewym prostym podniesiesz prawą nogę, to się obudzisz, ale za dwa dni. Oczywiście tam jest też sporo prawdziwych zawodników, takich jak Materla, Chalidow czy mnóstwo młodych. Jest jednak tak, że oni mogą brać celebrytów i to jest akceptowane, a my nie możemy. Środowisko bokserskie by nas wyśmiało, a ja bym się spalił ze wstydu. Podziwiam ich za marketing, ale reprezentujemy wbrew pozorom zupełnie odmienne sporty.
    Kibicowi w Polsce jednak sam sport nie wystarcza. Kiedy była walka pomiędzy Szpilką i Adamkiem i była ta „zła krew” miedzy nimi, to hala była pełna. Ostatnie Polsat Boxing Night, które miało naprawdę dobrą, sportową kartę walk i sporo reklam w telewizji nie przyniosło chyba sukcesu na miarę oczekiwań?
    To jest problem. Widać to nawet na przykładzie KSW, a Polsat Boxing Night. Na tej drugiej imprezie była przecież dramatyczna walka Adamka, świetny pojedynek Cieślaka, a pomimo tego, ta impreza nie sprzedała się tak dobrze jak KSW w Tauron Arenie. Sam już nie wiem, w którym kierunku idziemy, czy sportu czy bardziej tego show. Niestety nie jesteśmy w stanie nauczyć Dodę czy Kamila Bednarka boksować w 3 miesiące. Zapytajcie się Szymona Majewskiego ile już trenuje, jaki to jest ciężki sport i ile trzeba poświęcić czasu, żeby się nauczyć wyprowadzać chociażby lewy prosty.
    Czy wy jako promotorzy nie możecie na swoich zawodnikach wymuszać większej aktywności w mediach społecznościowych? Często ta część promocji bardzo kuleje u wielu pięściarzy…
    Nie da się nikogo przymusić. Weź pod uwagę, że są to zawodnicy, którzy po dwa razy dziennie trenują, dostają po głowie, naprawdę ciężko zapierdzielają. Wiadomo, że wejdą od czasu do czasu na facebooka albo twittera, ale na pewno nie mają czasu na tyle, aby sporą część dnia poświęcić na wrzucenie posta na temat tego, co zjadłem i gdzie byłem. Wiem o tym, że media społecznościowe i internet są obecnie numerem jeden i powinno się to robić, ale to musiałaby być stworzona specjalna komórka, która się tym zajmuje. Taka komórka swoje kosztuje, a my na dzisiaj mamy inne wydatki związane z kosztami. Weź pod uwagę, że mamy prawie 30 zawodników. Każdego trzeba wykarmić, zapewnić opiekę medyczną, odżywki i tak dalej. Na tym się koncentrujemy.
    Często do mediów przedostają się takie informację, że zawodnicy narzekają na swoje zarobki. Było tak w przypadku walki Włodarczyka z Drozdem, a także ostatniego pojedynku Głowackiego. Skąd to się bierze?
    Jak zawodnik zaczyna i sytuacja materialna jest bardzo trudna, tak jak było, kiedy zaczynaliśmy wspólnie z Krzyśkiem Głowackim, walczyliśmy za 500 zł i zbieraliśmy pieniądze, żeby pojechać na mistrzostwa Polski do Sosnowca to, nie było nikogo kto by pomógł. Teraz doszliśmy do momentu, że on jest mistrzem świata. Jak było bardzo źle, to nikt do niego nie przyszedł i nie powiedział: „Widzę Krzysiu, że jest chujowo u Ciebie z kasą, masz tutaj parę złotych”. A dzisiaj kiedy jest mistrzem świata, to ja się dowiaduję, że on ma 4 doradców. To ja się pytam drodzy doradcy gdzie byliście, jak „Główka” śmierdzącymi pociągami kursował z Wałcza do Warszawy? Jak są duże pieniądze, to oczywiście wszyscy kombinują, że powinno być ich jeszcze więcej. Czemu tylko nikt nie bierze pod uwagę faktu, ile pracy musiało zostać włożonej w Głowackiego, żeby on mógł stać się tym mistrzem świata? Ile to kosztowało mnie wyrzeczeń, proszenia, żebrania, bo niestety takie były czasy. Wszystko zostało osiągnięte na polskim kapitale, przecież jego pierwszym zagranicznym pojedynkiem była walka z Marco Huckiem. Kiedyś nikt nie interesował się Krzyśkiem, dzisiaj wokół niego jest sporo osób.

    babilon3

    Z kim wiążesz teraz spore nadzieje, jeśli chodzi o zawodników?
    Na pewno z Michałem Cieślakiem. Chce żeby podążał drogą podobną, co Krzysiek Głowacki. Rozmawiamy z federacjami, czy jest możliwość, aby w tym półroczu zawalczył o pas Intercontinental IBF albo WBO. Poza tym bardzo liczę na Kamila Szeremetę, który teraz trenuje z Fiodorem Łapinem. Mam nadzieję, że to będzie dla niego impuls na wskoczenie na ten najwyższy poziom. Maciej Sulęcki lada moment powinien dostać telefon od Haymona, z propozycją walki o tytuł mistrza świata i to jest bardziej niż pewne. Myślę, że jego rywalem byłby Daniel Jacobs.
    Masz na coś w ogóle czas poza boksem?
    Pewnie, że tak. Mój czas poza pracą głównie wypełniają dzieci. Mam ich trójkę. Poza tym uwielbiam podróże. Najbardziej kocham Stany Zjednoczone. Jednym z moich największych hobby, to są samochody. To jest moja odskocznia od codziennych zajęć.
    Dziękuję bardzo za wywiad.
    Dziękuję bardzo i pozdrawiam.

    Rozmawiał

    Krzysztof Kwaśny

     

     

    Komentarze