W samo południe z…Pawłem Nastulą: „Moi znajomi stwierdzili, że zwariowałem, bo przestałem pić alkohol i balować”

ŁączyNasPasja:  Igrzyska Olimpijskie dla Pana, to rzeczywiście była najważniejsza impreza sportowa w życiu?
Tak. Igrzyska są wyjątkowe, choćby dlatego, że odbywają się co 4 lata. Wokół tej imprezy bardzo dużo się dzieje, jest wielkie zainteresowanie ze strony kibiców i mediów. Jak wygrywałem na mistrzostwach świata w judo, to mój sukces śledziło ze 2 % osób, a jak wygrywałem na Igrzyskach, to z 80%. Ta impreza nie ma porównania z niczym, jest największa na świecie. Każdy z naszych zawodników w Rio musi jednak podejść do startu, jak do każdego innego. Jeśli zaczną się rozmyślania o randze imprezy czy też o ilości ludzi, jakie ją śledzą, to presja może okazać się nie do wytrzymania.
Dzisiaj słyszymy, że pierwsi sportowcy, jacy dojechali do Rio zmagają się w wiosce olimpijskiej z licznymi kłopotami takimi jak: zepsute toalety, brak łóżek, walące się sufity, niewykończone pomieszczenia. Jak to było u Pana?
Zawsze były jakieś problemy. Do niedawna współpracowałem z naszą olimpijką Katarzyną Kłys. Powiedziałem jej, że nie jest ważne, jakie warunki zastanie na miejscu. Może nawet nie być okien, a drzwi mogą być rozwalone. Liczy się tylko start w zawodach. Za moich czasów, to szczególnie w Atlancie było mnóstwo niedoróbek, ale ja byłem tak skoncentrowany na starcie, że praktycznie tego nie zauważałem. Na te warunki, to zwracają najbardziej uwagę te osoby, które właśnie koncentrują się głównie na tym, co zobaczyć i z kim pobyć, niż na samym starcie. I to jest złe, bo nie po to się zapieprza i haruje jak wół przez 4 lata, żeby potem przez jakąś usterkę czy inną głupotę przegrać swoją życiową szansę.
Jaka atmosfera panuje wśród sportowców na takiej imprezie?
To jest bardzo indywidualna sprawa. Oczywiście sporo zależy od grupy, z jaką się jedzie. Jeden woli w ciszy spędzić ostatnie chwile przed startem, drugi z kolei posiedzieć w większym gronie i pograć w karty, trzeci czyta książki, a czwarty słucha muzyki. To sportowiec powinien najlepiej wiedzieć, czego mu potrzeba. Niech nie przyjdzie do głowy psychologom czy innym fachowcom decydować o tym, co danemu zawodnikowi ma pomóc. On sam najlepiej wie.
Co można robić w wolnym czasie w wiosce olimpijskiej?
Za moich czasów jeszcze były kłopoty z dostępem do internetu. Były w wiosce kafejki internetowe, więc trwała ciągła walka o dostęp do sieci (śmiech). Poza tym, graliśmy w rozmaite gry, najczęściej w karty. Często się też po prostu spacerowało. Było sporo ludzi wszędzie, więc dni mijały bardzo szybko. Ja dużo czasu spędzałem sam. Myślałem, jak najlepiej się przygotować do startu, analizowałem przeciwników i koncentrowałem się na stawianych celach.
Zdarzają się przypadki niesportowych zachowań w wiosce? Zdarzyło się, że ktoś zrobił imprezę?
Oczywiście, że takie sytuacje mają miejsce. Jednak zawsze w naszej ekipie takich problemów nie było. Nawet jak ktoś skończył swój udział w Igrzyskach, to miał świadomość, że inni reprezentanci mają start następnego dnia i nikt nikomu nie chciał przeszkadzać. Nie było więc sytuacji, że opijaliśmy mój sukces, a inni nie mogli wtedy spać. Jeśli się świętowało, to poza wioską, albo w ciszy (śmiech).
A jak wygląda sprawa wyżywienia? Kiedyś biegacze opowiadali mi, że stołowali się głównie w „fast foodach”, bo bali się, że mogą się zatruć. Jak to było u Pana?
To moim zdaniem jest głupota. Jeśli jest w wiosce jedzenie, to ono jest sprawdzone. Moim zdaniem jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś się może czymś zatruć. Jak my zawsze jeździliśmy na Igrzyska, to tylko w wiosce jedliśmy, nigdy na zewnątrz. Łatwiej jest zatruć się poza wioską, niż w niej samej. Nie pamiętam, żeby komuś coś zaszkodziło, kiedy sam byłem uczestnikiem Igrzysk.
Miał Pan czas i możliwości, żeby chodzić i dopingować innych Polaków z różnych dyscyplin podczas ich startów?
Ja nie chodziłem kibicować. Wynikało to z tego, że często miałem starty już na samym początku. Raz nawet nie poszedłem na otwarcie, bo miałem start niedługo, a jednak ta ceremonia jest dla sportowca męcząca. Jeśli już zakończyłem swój udział, to tylko dopingowałem reprezentacji Polski w judo. Na inne dyscypliny nie chodziłem.

nastula-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

Był Pan na trzech Igrzyskach Olimpijskich. Do Barcelony jechał Pan jako ktoś, kto może zdobyć medal, do Atlanty jako faworyt, a do Sydney jako legenda. Czy przed tym ostatnim startem czuł Pan, że może nie pójść tak dobrze, jak poprzednio?
Sydney to był trudny wyjazd. Generalnie, to w ogóle nie powinienem tam polecieć, ponieważ miałem duże kłopoty zdrowotne. Na ostatnim obozie przed wyjazdem rozwaliłem sobie bark. Do ostatniej chwili ważyła się decyzja, czy w ogóle wystartuję. Z perspektywy czasu uważam, ze lepiej byłoby gdybym tam nie pojechał. Do ostatnich chwil przed startem walczyłem o swoje zdrowe i chyba liczyłem na cud, że coś się poprawi. Nie udało się, z połamanym barkiem nie da się zdobywać medali olimpijskich. Po porażce nie tłumaczyłem się, podziękowałem i skończyłem przygodę z tą dyscypliną na poważnym poziomie.
Atlanta?
Tam jechałem jako faworyt. Czułem presję, ale to mi nie przeszkadzało. Wiedziałem, że jestem w bardzo dobrej formie. Miałem świadomość tego, że jakieś wielkie nieszczęście musiałoby się stać, żebym tam nie walczył o medal. Byłem pewny, że jestem w 100% przygotowany, a rzeczami, na które nie miałem wpływu, to starałem się nie stresować. Nie martwiłem się pogodą, losowaniem przeciwnika, godziną i dniem startów, czy tym, że złapię w ostatnim momencie kontuzję. Nie stresowałem się niepotrzebnie i nie panikowałem. Bardzo mi to pomogło.
Debiut w Barcelonie, to było większe przeżycie niż te późniejsze wyjazdy?
Tak. Wszystko było nowe i ogrom imprezy robił wrażenie. Była taka ciekawość oglądania każdego miejsca, jak to za pierwszym razem. Szybko jednak pojawiła się koncentracja na samym starcie. Byłem wówczas już wicemistrzem świata i stać mnie było na medal. Niestety, zająłem najgorsze dla sportowca 5. miejsce, tuż za podium. Bardzo to przeżyłem wówczas. Popełniłem głupi błąd w walce o finał, doszedł brak doświadczenia i nie do końca byłem fizycznie przygotowany na takim poziomie, na jakim powinienem być. Udało mi się jednak tą porażkę przekuć w późniejsze sukcesy. Dała mi ona kopa w tyłek, do bardzo ciężkiej pracy.
To prawda, że dużą popularność sporty walki w Polsce, w latach 80 – tych zyskały dzięki temu, że bardzo popularny był film “Wejście Smoka” z Brucem Lee  i nawet Panu było wszystko jedno, co to będzie za dyscyplina, byle to był jakiś japoński sport?
Tak. To był szał, jeśli chodzi o postać Bruce’a Lee w Polsce w tamtym czasie. Generalnie chciałem pod wpływem tego filmu trenować jakieś sztuki walki. Akurat była możliwość trenowania judo, to z chęcią zapisałem się na zajęcia. Początki były trudne, ponieważ ja byłem mały, drobny, ale wszędzie mnie było pełno. Bardzo podobała mi się rywalizacja i walka. Zawsze miałem dreszczyk emocji, jak musiałem bić się na macie czy na podwórku (śmiech).
Dużo tych pojedynków poza matą było?
Trochę się zdarzało. Zawsze było tak, że jak przychodziły starsze chłopaki i chciały, żebyśmy opuścili boisko, bo sami mieli ochotę zagrać, to w takich sytuacjach Nastula zostawał i walczył o ten kawałek do gry w piłkę. Nierzadko przegrywałem (śmiech). Strasznie mi się rywalizacja podobała i płakałem, kiedy kończył się trening i musiałem iść do domu.
Podobno miał Pan okres w swoim życiu, kiedy to rozrywka i imprezy były na pierwszym planie. Ile prawdy jest w tym, że gdyby nie Pana żona, to nie wiadomo, czy wyszedłby Pan wtedy na prostą?
Częściowo to prawda…duża część to prawda (śmiech). Rzeczywiście miałem swój taki okres, kiedy były głównie imprezy, zabawy i wracało się o 5 rano do domu. To było przed 1991 rokiem. Chwilę przed zdobyciem wicemistrzostwa świata. Wtedy jednak głównie bazowałem na talencie i to w miarę wystarczało. Jednak po srebrnym medalu zrozumiałem, że judo to jest zajęcie, jakiemu chcę się w całości poświęcić i zrobiłem grubą kreskę, a następnie przestałem imprezować całkowicie. Moi znajomi wówczas stwierdzili, że zwariowałem, bo przestałem pić alkohol i balować (śmiech). Postawiłem wszystko na judo. I w tym również bardzo pomogła mi moja żona.

nastula2-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

Pana żona powiedziała, że nie chciała się z Panem spotykać, bo był Pan sportowcem. Dlaczego sportowcy mieli wówczas taką złą opinię?
Ona nie przepadała za sportowcami. Nie wiem w sumie dlaczego. Trzeba by jej spytać. Podchodziła do mnie z dystansem. Musiałem bardzo mocno o nią zabiegać. W ogóle się sportem nie interesowała. Była nawet sytuacja tego typu, że byłem kiedyś u niej (wówczas u swojej jeszcze dziewczyny) i przyszedł do niej kolega. Tak popatrzył na mnie i mówi do niej:  – Dlaczego ty mi nie powiedziałaś, że chodzisz z Nastulą? –  Z kim? –  Z tym wicemistrzem świata!  – O! To nie wiedziałam (śmiech). Potem kiedyś odwiedziła mnie w domu i zobaczyła te wszystkie puchary i medale i stwierdziła: Ty chyba musisz coś tam wygrywać (śmiech).
To podobna sytuacja, jak z Andrzejem Gołotą. Jego żona też, po jakimś czasie, jak już byli razem, to dopiero się dowiedziała, że zdobył on medal na Igrzyskach w Seulu…
No widocznie mamy z Andrzejem wspólną cechę i jesteśmy skromni. A szkoda, bo może tej przebojowości nam brakuje trochę w życiu.
Czas na pytanie bezpośrednie, ale jak najbardziej zasadne. Jak Pan to zrobił, że Panu palma nie odbiła, po tym sukcesie w Atlancie?
No jak zrobiłem? Cały czas byłem i jestem sobą. Taki po prostu mam charakter. Chyba tu z kolei mi pomogło to nie obnoszenie się z sukcesami i nie oczekiwanie od innych, żeby mnie podziwiali.
Co było głównym czynnikiem, który doprowadził Pana do sukcesu?
Zdecydowanie praca. Ona musi być ogromna, tu nie ma żartów. Jeśli decydujemy się, żeby walczyć o najwyższe trofea, to nie ma gadania, a jest ciężka harówa. Musi być oczywiście zaufanie do trenerów i sztabu, ale poza tym, to jest prawdziwa rzeź. To naprawdę nie jest łatwy kawałek chleba. Robiłem jednak to, co było moją pasją i nie narzekałem. Trzeba jednak solidnie zapieprzać. Miałem wielu kolegów, którzy myśleli, że na talencie mogą cały czas wygrywać. Może to się udać raz czy dwa, ale bez ciężkiej pracy nie osiągniemy największych sukcesów. W sporcie wyczynowym jest tak, że nie da się czegoś tam przełożyć. Mamy cykl treningowy i musimy się go trzymać. Nie ma odpuszczania, albo przekładania niewygodnych zajęć, bo na przykład chcemy obejrzeć film, albo nam się nie chce. Mistrzostwo składa się z drobiazgów i to wszystko trzeba razem idealnie ze sobą spiąć.
Teraz prowadzi Pan biznes. W sporcie panowały określone normy i zasady, których w działalności biznesowej nie ma. Przyzwyczaił się już Pan?
Ciężko mi się do tego dostosować. Tutaj rzeczywiście jest wolna amerykanka. Staram się przestawiać na tą walkę bez zasad, bo nie mam wyjścia. To jest mocna przepychanka. Jeżeli miałbym przed sobą wybór, czy wrócić do sportu i startować w judo, a prowadzić działalność biznesową, to wróciłbym na mate. Tu nie ma norm i zasad, widać to często po zawodnikach, którzy zmieniają kluby, bo dostali lepsze warunki. Jest czysty biznes. Trzeba to akceptować i pracować po prostu dalej.
Dziękuję bardzo za wywiad.
Dzięki wielkie.

Rozmawiał

Krzysztof Kwaśny

 

 

Komentarze