W samo południe z… Pawłem Kowalikiem: „Moim największym marzeniem jest to, żebym na starość został pisarzem”

    ŁączyNasPasja: Śledzisz, to co się dzieje na Euro 2016?
    Śledzę. Staram się oglądać w miarę wszystko. Oczywiście czasami nie mogę skupić się w 100% na meczu ze względu na wykonywaną pracę, ale przynajmniej wtedy mecz leci sobie gdzieś w tle. Tak sobie ostatnio wyliczyłem, że od 1994 roku oglądam wszystkie większe turnieje piłkarskie i Igrzyska Olimpijskie.
    Jak to jest z tą domniemaną niechęcią polskiego środowiska MMA do piłki nożnej? Śledząc profile zawodników na portalach społecznościowych można odnieść zupełnie inne zdanie…
    To jest hipokryzja. Są ludzie, którzy często mówią, jak bardzo gardzą piłkarzami, wytykają im, że są przepłacani, śmieją się z ich wyglądu. Natomiast jak zauważyli, że cała Polska śledzi mistrzostwa i można się trochę podczepić na tej fali popularności piłkarzy, to wykorzystują to bez skrupułów. Śmieszy mnie to. W ogóle ta niechęć zawodników MMA do piłkarzy jest dla mnie jakąś abstrakcją. Jaki trzeba mieć wąski horyzont, żeby mieć żale, że ktoś za dużo zarabia. Sportowcy powinni się szanować. Jeśli zawodnicy MMA chcą być szanowani, to muszą szacunkiem darzyć też innych.
    Cofnijmy się do samych początków. Jakie miałeś pomysły na życie w czasach szkolnych?
    Na początku to chciałem zostać piłkarzem albo koszykarzem. W tych kierunkach próbowałem drogi rozwoju, starałem się trenować. W szkole średniej zorientowałem się, że nie zrobię kariery jako sportowiec. Pojawiła się w tym czasie propozycja, żebym zajął się pisaniem o koszykówce jako dziennikarz. Na początku nie widziałem w tym większego sensu, ale poprosił mnie o to mój bardzo dobry kolega. Szybko okazało się, że mam do tego smykałkę. I właśnie na poziomie szkoły średniej chciałem być dziennikarzem i to mi się po części udało.
    Wiem, że po maturze wyjechałeś do Anglii, gdzie wykonywałeś różne prace między innymi odpowiadałeś za czystość w toaletach dla studentów. Czy po czasie możesz powiedzieć, że takie doświadczenia życiowe potrafią człowieka zahartować?
    To na pewno. Wyjechałem zaraz po maturze. Nie czekałem nawet na wyniki. To była prawdziwa lekcja życia. Rzuciłem się na samodzielne funkcjonowanie w obcym kraju. Na miejscu okazało się, że mój język angielski nie jest jeszcze na tyle dobry jak myślałem, a poza tym sama praca, jaką wykonywałem nie była najprzyjemniejsza. Uważam, że po czymś takim, mam w tyle głowy, że może mi się powinąć noga i nawet świadomość tego, że w tym czyszczeniu kibli byłem całkiem dobry mi teraz pomaga. Polecam wszystkim, żeby po liceum nie iść od razu na studia, tylko rok gdzieś popracować fizycznie, aby poznać trochę życia.
    A Ty z jaką myślą wyjeżdżałeś do Anglii? Chciałeś się dorobić, a może zostać na stałe?
    Nie zakładałem, że się tam dorobię. Chciałem tam sobie po prostu pożyć na odpowiednim poziomie. Za tygodniówkę, którą dostawałem byłem sobie w stanie opłacić mieszkanie, wyżywić się, kupić parę butów, dwie gry na play station czy jakąś płytę z muzyką. Wszystko co zarobiłem, to od razu wydawałem. Do Polski nie przywiozłem nic.
    Na brytyjskich akademikach awansowałeś na Pana „Złotą Rączkę”…
    Tak. Okazuje się, że w Anglii facet, który ma umiejętność posługiwania się narzędziami takimi jak śrubokręt czy młotek to rzadkość. Udało mi się awansować, z tego mycia kibli, na faceta, który wszystko reperuje. Postanowiłem wtedy, że zostanę tam na stałe. Do Polski wróciłem tylko po resztę rzeczy. Kiedy już się spakowałem ze wszystkim, to pojechałem na lotnisko i tam okazało się, że mój lot jest opóźniony o 3 godziny. Wyszedłem z bratem przed lotnisko, żeby sobie porozmawiać ogólnie o tym, co się dzieje. Po chwili stwierdziłem, że nie chce mi się tyle czekać i zrezygnowałem z wyjazdu, gdzie miałem mieć podpisany kontrakt i zapewnione niezłe pieniądze. Gdyby wtedy ten lot nie był opóźniony, to byłbym dzisiaj pewnie „gwiazdą” akademików w Anglii.

    kowalik3

    A jak rozwijała się ta przygoda z dziennikarstwem?
    Na początku były to tylko lokalne portale w Częstochowie. Z czasem podejmowałem współpracę, z co raz większą liczbą redakcji. Specjalizowałem się głównie w koszykówce. Zresztą łączyłem swego czasu pracę sędziego z dziennikarstwem. Dużo dała mi praca w „Przeglądzie Sportowym”, gdzie miałem możliwość poznania wielu fajnych ludzi. Pracowałem tam dobrych kilka lat.
    A od kiedy zacząłeś bardziej zajmować się MMA jako dziennikarz?
    Do portalu MMARocks.pl trafiłem z ramienia „Przeglądu Sportowego”. Zajmowałem się sportami walki, przy czym mnie interesowało judo i zapasy, a oni dorzucili do tego jeszcze MMA. Zacząłem opisywać pierwsze gale, pamiętam KSW 8, gdzie walczył Krzysztof Kułak. Z tej dyscypliny, to znałem wówczas tylko Pawła Nastulę, Mirko  Cro Copa i Fedora. Zaczynałem się z czasem wkręcać coraz mocniej. Jeździłem na gale, robiłem wywiady. Poznałem mnóstwo fajnych osób z tego środowiska. I pomimo tego, że uwielbiam ten sport, to mogę powiedzieć, że nie jest to moja ulubiona dyscyplina.
    Główna podstawa do istnienia dzisiejszego MMA Cartel miała swój właściwy początek po tym, jak zrobiłeś wywiad z Karoliną Kowalkiewicz?
    Nie do końca. Już wcześniej planowałem i współpracowałem na krótko z innymi zawodniczkami. Z Karoliną jest jednak taka historia, że kiedy po wywiadzie powiedziała mi, że jutro bije się na KSW, a nie ma sponsora, ciuchów, generalnie nic, to stwierdziłem, że tutaj jest coś nie w porządku. Ja miałem sponsora, a przeprowadzałem z nią rozmowę. Zadzwoniłem wtedy do jednej firmy odzieżowej na dzień przed walką i udało się te ciuchy przygotować w jeden dzień. I zaraz po pojedynku z Pauliną Bońkowską zostałem menadżerem Karoliny. Miała to być wtedy moja jedyna zawodniczka. Jednak chwilę później dołączyła Agnieszka Niedźwiedź. Po niej kolejny zawodnicy. To zwykle było tak, że fighterzy zabiegali żebyśmy razem współpracowali, a ja nie odmawiałem. To wszystko ułożyło się samo z siebie, ja tego nie planowałem.
    Ilu masz teraz podopiecznych?
    Jak zrobiłem ostatnio listę, to wyszło mi, że 32 osoby. Mam jednak wrażenie, że o kilka nazwisk się powinna powiększyć.
    Jak Ty możesz to wszystko ogarniać?
    Nie wiem. Wiele osób mówi, że to nie ma prawa działać, a jednak działa. Ja jestem pracoholikiem. Wiem, że wiele osób, jak patrzy na mnie z boku może tego nie dostrzegać, jednak w czasie kiedy mnie nie widzą, to ja praktycznie pracuję cały czas. To jest praca od rana do nocy. Jestem menadżerem, sekretarką, doradcą, psychologiem. Ogarniam mnóstwo rzeczy. Teraz mam już łatwiej, bo działamy razem z Piotrem Jeleniewskim.
    To przedstaw proszę swój standardowy dzień pracy…
    Wstaję pomiędzy 7 a 8 rano. Czasami jem śniadanie. Od 8 jestem już gotowy do pełnej pracy. Zaczynam od przejrzenia wszystkich wiadomości, jakie przyszły przez noc. Odpisuję na to, ogarniam papiery. Bo szczególnie w UFC jest tego sporo. Potem trzeba reagować na bieżąco, na to co się wydarzy. To taka praca, że nigdy nie wiesz, jaki będzie dzień. Generalnie mnóstwo czasu spędzam na telefonie. Staram się być 24 godziny na dobę w pogotowiu. Na tym generalnie polega ta praca.
    Czyli nie masz w ogóle czasu na życie prywatne?
    Zrezygnowałem całkowicie z życia prywatnego i rodzinnego. Miałem w tym roku dwa weekendy wolne i spędziłem je w rodzinnej Częstochowie. Mam nadzieję, że już niedługo zakończę etap wielkiego budowania i firma będzie się już kręciła sama, a przy tym uwolni mi trochę czasu na życie prywatne.
    To co robisz, to jest dochodowy biznes?
    Na pewno wydaje więcej niż zarabiam. Stać mnie, żeby opłacić rachunki i przeżyć cały miesiąc. W tym momencie kończymy etap, że zaczynamy budować wielką firmę i liczę, że już niedługo zacznie mi to przynosić odpowiednie dochody. Miałem to szczęście, że całkiem nieźle zarabiałem jako dziennikarz plus udało mi się też trochę po inwestować i tą całą kasę zainwestowałem teraz w siebie i swoją działalność w MMA.
    Jak pozycjonujesz swoją firmę na rynku polskim, europejskim i światowym?
    W Polsce jestem bezkonkurencyjny. Nie będę się silił na fałszywą skromność, ale sam fakt, że zawodnicy sami zabiegają, żeby ze mną pracować jest dla mnie najlepszą rekomendacją. Moja praca się broni, niektórych zawodników poprowadziłem od zera do różnych fajnych organizacji. Moim zdaniem mam jeden z kilku naprawdę poważnych managementów w Europie, a na całym świecie jest już mnóstwo dobrych menadżerów, ale myślę, że od nich absolutnie też nie odstaję.

    kowalik1

    Jakie są najgorsze „brudne” zagrywki w świecie MMA? Z czym Ty się spotkałeś?
    Znana jest sprawa tego, co robił Tim Leidecker (były menadżer Piotra Hallmanna). Zablokował on zawodnikowi wszystkie konta na portalach społecznościowych oraz usunął fanpage na facebooku, tylko dlatego, że Piotr postanowił od niego odejść. Poza tym inni polscy menadżerowie próbowali nie raz podkupić moich zawodników, jednak szybko dowiedzieli się gdzie są drzwi. Generalnie prawda jest taka, że poważni menadżerowie ze sobą współpracują, nie konkurują. Ja bym bardzo chciał, żeby w Polsce pojawił się, taki drugi management jak mój. Bardzo chciałbym nawiązać z kimś współpracę na cywilizowanych zasadach.
    Często znane są przypadki  nieuczciwych organizatorów. Jak sobie z nimi radzisz?
    W filmie pod tytułem „Wielki Szu” jest hasło, że: „oszust nie może zaufać nikomu, żeby samemu nie zostać oszukanym”. Ja się oszustem nie czuję, ale staram się nie ufać nikomu w środowisku MMA. Nawet tym osobom, które dobrze znam, a nawet swoim zawodnikom, bo trzeba pamiętać, że łączy nas relacja biznesowa i to wszystko może się jeszcze w życiu potem pozmieniać.
    Mógłbyś zostać menadżerem kogoś z innego środowiska niż MMA?
    Tutaj najważniejsza byłaby sprawa pozyskiwania nowych kontaktów. W nowym środowisku musiałbym od tego zacząć. Mechanizmy działania są pewnie podobne. Jak chciałbym działać w piłce nożnej, to musiałbym mieć kontakty w klubach piłkarskich w kraju i zagranicą. Miałem kiedyś luźną propozycję, czy nie zajmować się tym właśnie, ale jakoś tego nie czułem. Na dzisiaj nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić to co obecnie, w innej dyscyplinie sportu.
    Jak Ty generalnie widzisz swoją zawodową przyszłość?
    Mam niecałe 30 lat. Chciałbym tak maksymalnie do 40 – stki, a może trochę wcześniej zbudować firmę, która kręci się sama, a ja ją tylko doglądam. Uwolniłbym się wtedy, od tej codziennej pracy, a zajmowałbym się tylko najważniejszymi rzeczami. Moim największym marzeniem jest to, żebym na starość został pisarzem. W wieku 40 lat zamierzam zacząć pisać i mam nadzieję, że tych książek trochę napiszę.
    Jakie to będą książki? Zdradź zakres tematyczny…
    Nie będę się ograniczał. Mam jeden luźny pomysł, jeśli chodzi o fantastykę,  ale też chciałbym napisać biografię zarówno swoją, jak i kogoś z tej branży. Póki co, nie znajduję nikogo na tyle interesującego, aby go opisać, ale kariery wielu zawodników jeszcze trwają. Co do mojej biografii, to nie miałaby to być klasyczna autobiografia, tylko bardziej zbiór anegdot z mojego zawodowego życia. Chciałbym tych książek wydać kilka. Póki co, żeby dobrze pisać, to trzeba dużo czytać i staram się pochłaniać książki w ilościach hurtowych.
    Zapytam Ciebie jeszcze o twój pogląd na temat „freak fightów”. Brnięcie w to dalej, to jest krok w tył dla całej dyscypliny, czy jednak powinniśmy patrzeć bardziej pod kątem marketingu i sporych dochodów?
    Moją ulubioną częścią tej pracy jest zestawianie ze sobą par zawodników, którzy mają walczyć. Jedna z najgorszych rzeczy, jaka mi się przytrafiła w MMA, to było wtedy, kiedy po tej rewelacyjnej rozpisce gali MMA Attack 3, na koniec wpuściliśmy do klatki Burneikę i Ozdobę. To zaburzyło całkowicie odbiór tej gali. Jestem wrogiem „freak fightów” jako matchmaker, natomiast jako biznesmen je rozumiem i uważam, że jesteśmy dalej na tym etapie, że są potrzebne. Patrzmy na to, co dzieje się w innych organizacjach. „Freak fighty” są nierozłączną częścią MMA, czy nam się to podoba czy nie.

    kowalik2

    Skąd twoim zdaniem jest tyle wzajemnych uszczypliwości pomiędzy środowiskiem bokserskim, a MMA w naszym kraju?
    Wynika to z tego, że jest  to podobny target jeśli chodzi o widza, sponsorów. Generalnie chodzi o wpływy. Najwięcej uszczypliwości jest moim zdaniem ze strony menadżerów i promotorów bokserskich. Ja się nie wypowiadam na tematy bokserskie, bo mnie to w ogóle nie interesuje. Natomiast środowisko bokserskie, co raz częściej wypowiada się na tematy związane z MMA, w momencie kiedy jest ku temu dobra okazja. Wynika to moim zdaniem z tego, że czują się coraz bardziej zagrożeni.
    Często pada określenie, że MMA to cyrk… Gdzie ten cyrk widzisz?
    Jeśli bije się Burneika z Ozdobą, to mówimy o cyrku. Walki Pudziana z Sappem czy Butterbeanem, to też był cyrk. To prawda, że w boksie nie dzieją się takie rzeczy. Pytanie tylko co jest tam ciekawego? Dla mnie boks jest nieciekawy, bo to na ogół jest tak, że polski pięściarz walczy 30 pojedynków, wygrywa z kelnerami, a potem jedzie sprzedać rekord w walce o tytuł i z góry wiadomo, że przegra. W MMA nie mamy zjawiska pompowania rekordów. Promotorzy zabili w boksie element sportowy.
    Jak na twoje zajęcie reaguje rodzina i najbliższe otoczenie?
    Cieszyli się, jak byłem dziennikarzem „Przeglądu Sportowego”. Na samym początku swojej działalności w MMA cały czas słyszałem, że to jest mordobicie, bije się leżącego itd. Jak jeszcze na początku głównie pracowałem z dziewczynami, to już w ogóle nie mogli tego zrozumieć. Teraz na szczęście rodzina już to zaakceptowała. Nawet już kibicują moim zawodnikom. Nie ukrywam, że początki były ciężkie, ale to wynikało z tego, że nie do końca rozumiano czym jest MMA. Musiałem edukować wszystkich, że to jest sport, a nie walka na śmierć i życie.
    Pytanie na koniec. Mógłbyś się związać z dziewczyną, która zawodowo walczy w MMA?
    Chyba tak. Nie widziałbym z tym większych problemów. Te dziewczyny, które znam w MMA, to w większości bardzo fajne osoby.
    Bardziej miałem na myśli to, czy dałbyś radę patrzyć na to, jak inna dziewczyna bije tą, z którą jesteś związany?
    Już teraz tak mam, że jak patrzę na swoje zawodniczki podczas walki, to serce mi bije na zdecydowanie mocniejszych obrotach i bardzo to przeżywam. Pomimo tego, nie miałbym z tym problemów. Jeśli jednak by do tego doszło i zostałbym chłopakiem jakiejś zawodniczki, to na pewno nie byłbym w jej narożniku ze względu na to, że wprowadzałbym dodatkową nerwowość.
    Dzięki wielkie za długą i wyczerpującą rozmowę.
    To ja bardzo dziękuję.

    Rozmawiał

    Krzysztof Kwaśny

     

     

     

     

     

     

    Komentarze