W samo południe z…Michałem Polem: „Trzymali mnie z tyłu za ręce i tłukli niemiłosiernie”

    ŁączyNasPasja: Z czym kojarzą się Panu lata młodości?
    Głównie z graniem w piłkę nożną od rana do nocy. Wtedy na podwórkach się grało na ławki. Mieliśmy też dwa małe boiska, ale dzisiaj stoją tam już budynki mieszkalne. Pamiętam nawet, że dochodziło do takich sytuacji, że mama zaganiała mnie po zmroku do domu, a my graliśmy nawet jak nie było widać piłki. To były czasy, w których rodzicie nie bali się puszczać dzieci poza dom, ponieważ oprócz grania w piłkę nic za bardzo nikomu nie groziło. Po jakimś czasie przeniosłem się na pozycję bramkarza. Całkiem fajnie mi szło, miałem dobry refleks i do dzisiaj jak tylko mam okazję zagrać, to zawsze staram się stawać na bramce.
    Był Pan spokojnym dzieckiem? Bo słyszałem, że jednak jakieś „solówki” i to zwycięskie w szkole się zdarzyły…
    Ja mieszkałem w pobliżu Stadionu Narodowego na Saskiej Kępie. Nie była to trudna dzielnica, ale wiadomo, jak to w szkole czasem bywa. Zdarzają się nieporozumienia, ale potrafiliśmy je rozwiązywać między sobą.
    A dwa razy złamany nos?
    Raz oberwałem kamieniem na podwórku. Pamiętam, że były jakieś wykopy i rzucaliśmy w siebie jakimiś bryłkami i kamieniami. Całe wojny takie toczyliśmy. No i oberwałem w nos tak mocno, że musiałem mieć operację. Pamiętam, że nawet jeszcze przed zabiegiem lekarskim zdarzało mi się stawać na bramce z opatrunkiem na nosie i z płytkami w przegrodzie nosowej podczas różnych meczów. Tak człowiek nie mógł żyć bez futbolu.
    A ten drugi raz?
    To było w drugiej klasie liceum. Dostałem mocno po mordzie w Augustowie w dzielnicy Borki. Nieopatrznie zacząłem chodzić z lokalną dziewczyną i miejscowe chłopaki mi to wyperswadowali. To była bardzo śmieszna sytuacja. My graliśmy z chłopakami, z tego Ośrodka Wczasowego w piłkę i nagle patrzymy, że idzie taka wielka ekipa złożona z lokalnych kolesi. My się ucieszyliśmy, bo pomyśleliśmy, że oni idą zagrać razem z nami. Ale nagle ten pierwszy z tej ekipy strzelił piąchą po mordzie jednego z naszych kolegów. Wszyscy uciekli, ale ja zostałem, bo zorientowałem się, że za jedną z bramek wisi moja kurtka Adidasa z zagranicy. Nie mogłem jej tam zostawić. No i oberwałem wtedy bardzo. I to nawet w taki trochę filmowy sposób. Trzymali mnie z tyłu za ręce i tłukli niemiłosiernie. Do tego stopnia, że odpłynąłem i miałem deja vu.
    I znowu operacja?
    Tak i to poważna, bo plastyczna. Pamiętam, że bardzo długo trzeba było czekać na termin takiego zabiegu. W sumie dwa lata czekałem, aż ten specjalista, który miał mi naprawić nos wróci do Polski i termin wypadł dokładnie w moje 18 – ste urodziny.
    Miał Pan już jakieś plany dotyczące przyszłego zawodu będąc w szkole średniej?
    Nie. Ja nawet idąc na studia nie wiedziałem, co chcę robić. Z ciekawszych historii, to zagrałem w filmie będąc w szkole średniej. Poszedłem na casting z dziewczyną i to ona miała dostać główną rolę i ostatecznie w ogóle nie zagrała w tej produkcji. Z kolei mnie zaproponowano rolę i miałem być w kręgu najbliższych przyjaciół głównej bohaterki. Przyszedł do szkoły asystent reżysera i zwolnili mnie na miesiąc z obowiązku szkolnego. Pamiętam, że mieszkaliśmy w akademiku ze studentami. Niestety, z tych aktorów nikt nie zrobił większej kariery poza Krzysztofem Ibiszem. To on wówczas pokazywał mi różne sztuczki co zrobić, żeby dodatkowo jeszcze zarobić na planie filmowym. Czyli, że jak się miało założonego walkmana albo swoją koszulkę, to przypadały dodatkowe fundusze. Był w tym mistrzem.
    Jaki był tytuł tego filmu?
    ESD (Eksperymentalny Sygnał Dobra). Czasami jak ktoś na twitterze chce mi zrobić przykrość, to wrzuca fragment tego filmu (śmiech). Ja tam byłem dla zabawy, bez żadnego przygotowania. Kręciliśmy zarówno w studiu zamkniętym, jak i  w plenerze. Wszystko działo się w Poznaniu. Ja tam byłem sam, bez opieki. Pamiętam, że to właśnie wtedy w tym akademiku, gdzie mieszkałem spróbowałem pierwszy raz marihuany. To był PRL. Ja w ogóle nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Byłem przekonany, że to zwykły papieros krąży w kółku miedzy ludźmi (śmiech).

    michal-pol-wsamopoludnie-laczy-nas-pasja

    Co Pan studiował?
    Najpierw to była Historia Sztuki, gdzie dostałem się nawet bez egzaminów, ponieważ zostałem laureatem olimpiady z wiedzy o muzyce. Wzięło to się z tego, że w domu mieliśmy sporo płyt z muzyką klasyczną i ja po prostu jej słuchałem. Nie grałem nawet na żadnym instrumencie. Sama olimpiada polegała na rozpoznawaniu utworów. Trafiłem na „Chorał Gregoriański” i jakoś sobie poradziłem. Tą Historię Sztuki dociągnąłem do 3 roku i przeniosłem się na filologię klasyczną. Potem dostałem się do „Gazety Wyborczej”, a tam kompletnie dla nikogo nie miało znaczenia czy ktoś skończył studia, a jak skończył, to jaki kierunek.
    Czyli na studiach było po prostu chłonięcie wiedzy i dobra zabawa?
    Tak. Kompletnie nie wiedziałem do czego mnie one doprowadzą. Ja dużo uprawiałem wówczas sportu. Mieliśmy z kumplami drużynę koszykówki i graliśmy w lidze. Poza tym, raz w tygodniu grałem w piłkę nożną. Noce zarywałem, bo oglądałem głównie NBA. A przy tym bardzo dużo czytałem i to bym bardzo polecał młodym ludziom dzisiaj. Choć zdaje sobie sprawę, że obecnie nie ma na to czasu. Kiedyś nie było smartfonów i gier komputerowych. Boje się, że jakbym dorastał w dzisiejszych czasach, to bym nie przeczytał nawet połowy książek, jakie skończyłem wówczas.
    Było też miejsce na pracę?
    Na studiach nie. W czasach studenckich całe wakacje spędzałem jeżdżąc autostopem w poszukiwaniu tych dzieł architektury, o których się uczyłem i oglądałem tylko na slajdach. Miałem wówczas mnóstwo fantastycznych przygód, co mnie bardzo otworzyło na nowych ludzi, przestałem się bać mówić łamanym hiszpańskim czy włoskim. Tym autostopem, to dojechałem kiedyś nawet na Sycylię. Miałem zawsze taki system, że jechałem najpierw pociągiem do Berlina. Tam mieści się dworzec autostopowiczów i w tym miejscu zawsze stoi tłum ludzi i każdy trzyma kartkę z nazwą miejscowości, do której chce dojechać. Sam do dzisiaj zabieram autostopowiczów, bo czuję, że mam dług wdzięczności wobec tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy mnie nocowali i karmili.
    Aż w końcu trafiła się „Gazeta Wyborcza”. Też przypadek?
    Tak. Absolutny. Miałem to szczęście, że trafiłem na okres po 1989 roku, kiedy każdy utalentowany człowiek w czymkolwiek był po prostu potrzebny. Wyrastały nowe firmy i młodzi ludzie byli wtedy w cenie. Moi znajomi zrobili niesamowite kariery w Marketingu i Reklamie. To się wtedy dopiero wszystko wówczas tworzyło. Jeśli dzisiaj tacy geniusze komentarza, w moim odczuciu jak Andrzej Twarowski  i Tomasz Smokowski przyszli by do jakiejś telewizji, z takimi umiejętnościami, jakie posiadali w momencie kiedy zaczynali w Canal +, to nikt by ich na wizję nie wpuścił. Wtedy powstawały nowe redakcje, potrzebni byli nowi ludzie, a nie było ich skąd brać, więc trzeba było ich sobie wychować. Tego się nie da zupełnie powtórzyć.
    Wracając do „Gazety Wyborczej”, jak Pana przyjęto na samym początku?
    Było kapitalnie. Ja w rok nauczyłem się więcej niż jakbym miał studiować dziennikarstwo przez 5 lat. Gazeta się rozszerzała, powiększano działy i potrzebowano nowych osób. Nie chciano zatrudniać starych dziennikarzy, tylko młodych ludzi, których oni sobie wychowają. Dla nas, czyli nowoprzyjętych zorganizowano warsztaty z szefami wszystkich działów i reporterami. Ja byłem przeniesiony na 3 miesiące na staż do działu reportażu. To był okres, że codziennie powstawał jeden reportaż. W tamtym czasie redakcję odwiedzał często Ryszard Kapuściński. Zawsze do mnie zagadał, co dla takiego młokosa było czymś wyjątkowym. Pamiętam, że udało mi się go kiedyś namówić na wielki wywiad o fenomenie piłki nożnej. To była jedna z lepszych moich rozmów.
    Wracając do reportażu, pamięta Pan jakiś szczególnie?
    Było ich kilka, ale teraz przypominam sobie akurat, jak spędziłem dwa tygodnie w Nigerii tropiąc ślady Emmanuela Olisadebe, po tym, jak dostał nasze obywatelstwo. Pojechałem tam z fotoreporterem i szukaliśmy jego pierwszego boiska, rodziców, byłem też w klubie, z którego przeszedł do Polonii Warszawa. To była jedna z moich przygód życia.

    michal-pol2-wsamopoludnie-laczy-nas-pasja

    Czy to prawda, że wybrał się Pan w podróż poślubną do Anglii tylko dlatego, żeby zrobić wywiad z Kevinem Keeganem?
    (dłuższa cisza i uśmiech)

    Oficjalna wersja jest taka, że z żoną pojechaliśmy do Londynu, bo mam tam ciocię, która zresztą w czasach licealnych opłacała mi kursy języka angielskiego. Ja korzystając wówczas z okazji bycia w wielkim mieście wybrałem się na swój pierwszy mecz Premier League. Pamiętam, że Tottenham grał z Newcastle. Ja wtedy dużo czytałem właśnie o Kevinie Keeganie i bardzo marzyłem, żeby zrobić z nim wywiad. To były takie czasy, że mogłem do niego podejść, kiedy on stał przed autobusem klubowym, a jego piłkarze powoli do niego wchodzili. Ja na miękkich nogach do niego podszedłem i poprosiłem o rozmowę. On jednak bardzo uprzejmie odmówił, ale zaprosił mnie na trening. Kiedy dowiedział się, że jestem z Polski, to poświęcił mi jak już tam przyjechałem z pół godziny. Prawdą jest, że do tego Newcastle to pojechałem już sam, w ramach cięcia kosztów (śmiech). No, ale żona jest już niestety przyzwyczajona. Przecież wychodziła za mąż za dziennikarza sportowego, dla którego ta pasja jest na pierwszym miejscu.

    Czy cały czas prywatny wypełnia też głównie sport?
    No nie chcę wymieniać już godzin, ale zdecydowanie za mało czasu poświęcam rodzinie. Mam też przecież dzieci i często to od nich słyszę. Trochę tego sportu przynoszę do domu za dużo. Z drugiej strony, wszyscy się już w rodzinie przyzwyczaili. A inna rzecz, że moje dzieci są w ogóle sportem nie zainteresowane. Kompletnie ich to nie rusza.
    Czy można mówić tutaj o pracoholizmie, czy to jednak bardziej pasja?
    Nie nazwałbym tego pracoholizmem. To bardzo specyficzny zawód. Trochę więcej niż hobby, taka pasja, za którą nam płacą. To jest cudowne, że to, co jest właśnie hobby dla innych ludzi i oddali by wszystko, żeby na przykład porozmawiać z Robertem Lewandowskim, to w naszym przypadku jest częścią zawodu.
    Słuchając wielu historii sprzed lat mam wrażenie, że tak jak zmieniło się podejście sportowców do zawodu, to tak samo jest w przypadku dziennikarzy sportowych. Kiedyś i jednym i drugim częściej zdarzały się imprezy i liczne historie związane z nadużywaniem alkoholu w miejscu pracy. A dzisiaj jest nowe pokolenie i mam wrażenie, że nastąpiła niesamowita profesjonalizacja nie tylko w zawodowym sporcie, ale i w dziennikarstwie sportowym…
    Ja się już nie załapałem na te czasy wielkiego picia. W moich redakcjach, w ogóle nie pito alkoholu. W „Gazecie Wyborczej” mieliśmy tylko zwyczaj, że jak ktoś wracał z delegacji, to przywoził zawsze flaszkę jakiegoś regionalnego trunku i potem ją zawsze wszyscy razem wypijaliśmy. To były jednak niewielkie ilości. Na wyjazdach w latach 90 – tych, które ja dobrze pamiętam często zdarzało się, że dziennikarze mocno pili. Co prawda mnie tam nie było, ale znana jest historia z Chorwacji, podczas jednego ze zgrupowań reprezentacji, kiedy to sami piłkarze nagrywali zataczających się i pijanych dziennikarzy. Dzisiaj takie historie są już nie do pomyślenia. Pewnie dlatego, że rynek jest bardzo trudny i łatwo stracić pracę. Obecnie bardzo możliwe, że młodym adeptom dziennikarstwa imponują tacy zawodnicy jak Krychowiak czy Lewandowski i sami dbają o dietę i starają się uprawiać przy tym różne sporty. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że w dzisiejszych czasach młody dziennikarz idzie na wywiad ze sportowcem i „zionie” od niego alkoholem po imprezie. Zgadzam się z tą tezą, że dziennikarze się sprofesjonalizowali razem ze sportowcami w obecnych czasach.
    Wymarzona emerytura to praca do póki się da, czy bardziej sączenie drinków na ciepłej wyspie?
    Ja w ogóle, co jest sporym problemem dla mojej rodziny, nie potrafię nic nie robić. Dla mnie leżeć nad basenem i sączyć drinki, to jest dobre na jeden dzień. Jak już to preferuję bardzo aktywny wypoczynek, żeby dużo zwiedzać i odkrywać przy tym nowe regiony. Wracając do pytania, to bardzo bym chciał pracować jak najdłużej. Ja co prawda nie komentuję sportu na żywo, więc nawet nie marzę, aby  umrzeć na antenie podczas transmisji (śmiech). Z drugiej strony, dobrze radzę sobie z nowymi technologiami i dzięki temu myślę, że mogę bardzo długo wykonywać ten zawód. Na emeryturę się nie wybieram, bo nie wyobrażam sobie siebie żyjącego tylko między telewizorem, a łóżkiem. Mam nadzieję, że nigdy mnie to nie spotka.
    Dziękuję bardzo za rozmowę.
    Ja również dziękuję.

     

    Rozmawiał

    Krzysztof Kwaśny

     

    Komentarze