W samo południe z…Michałem Kołodziejczykiem: „Wystarczy pisać prawdę”

ŁączyNasPasja: Kim chciał być za młodu Michał Kołodziejczyk?
Pilotem samolotów pasażerskich. Mam jednak skrzywioną przegrodę w nosie i do Dęblina bym się nie dostał, a była to wtedy jedyna droga do lotnictwa cywilnego. Całe szczęście, że miałem ten kłopot z nosem, bo do armii się nie nadaję.
A z czego wynikała ta fascynacja lotnictwem?
Podziwiałem odpowiedzialność, przecież od jednego człowieka zależy bezpieczeństwo i życie wielu osób.
A jak te marzenia się skonfrontowały z pierwszą zarobkową pracą? Było coś przed dziennikarstwem?
Rozpocząłem pracę w „Piłce Nożnej” w 1999 roku, czyli w trzeciej klasie licealnej. Chwilę potem skończyłem kurs na przewodnika po Warszawie. Oprowadziłem kilka wycieczek. Zorientowałem się jednak, że to co mnie bardziej pasjonuje i – nie ukrywajmy – na czym można więcej zarobić, to jest dziennikarstwo.
Czy była jakaś transmisja sportowa, po której zafascynowałeś się sportem na tyle, że stał się Twoją pasją?
Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie to był taki czas, że do dzisiaj jestem w stanie wymienić wszystkie wyniki i składy z każdego rozegranego przez reprezentację piłkarską spotkania. Doskonale pamiętam jak płakałem po tym, jak Hiszpanie wbili nam gola w ostatniej minucie finałowego spotkania. W ogóle z lat dziewięćdziesiątych pamiętam większość wyników i składów. Teraz jest natłok zajęć, dzieci i ciągły przypływ informacji. Często zbędnych.
Jak to się stało, że ostatecznie rozpocząłeś przygodę z dziennikarstwem?
Napisałem list do „Piłki Nożnej”, ale jego intencją nie było to, żeby mnie zatrudnili, tylko znalazłem kilka błędów i im je wytknąłem. Świętej Pamięci Roman Hurkowski zadzwonił do mnie i powiedział, że skoro jestem taki mądry, to zaprasza w niedzielę. Wtedy zawsze działo się najwięcej, bo zamykano gazetę i odsyłano do drukarni do Łodzi. Jeden komputer był podpięty do internetu. Nie, że cały czas, ale 8 godzin tygodniowo. Pierwszy wywiad zrobiłem z Jackiem Magierą, co dzisiaj mi się przydaje. To był 1999 rok. A pierwszym tekstem była korespondencja z Montrealu. Cofnąłem się w nim do 1976 roku i opisałem jak wygląda wioska olimpijska i stadion oraz jak się zmieniły. Nawet pamiętam durny tytuł: „Krzywa wieża nie pamięta Szarmacha”. Wziął się z tego, że nad stadionem w Montrealu dobudowano wieżę, ale zrobiono to dopiero po Igrzyskach.
Mógłbyś wymienić plusy i minusy bycia dziennikarzem sportowym w Polsce?
Robię to co lubię i mi za to płacą. Oglądam mecze, poznaję ciekawych ludzi, podróżuję po świecie i zdobywam mnóstwo interesujących doświadczeń. W Polsce mamy ten luksus, że mamy bezpośredni kontakt ze sportowcami, możemy do nich zadzwonić, mamy numery. Nie chciałbym być dziennikarzem w Hiszpanii, żeby czekać na wywiad z Messim ze dwa lata, a potem dowiedzieć się, że da z siebie wszystko. Minusy też są – w 2006 roku 200 dni spędziłem poza domem, ten zawód wymaga od najbliższych osób sporo wyrzeczeń i cierpliwości. Pamiętam, że moje drugie dziecko przyszło na świat kilka dni po moim powrocie z mundialu w RPA. Było więc spore ryzyko, że nie będę przy porodzie, a tego bym sobie nie wybaczył.

michal-kolodziejczyk-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

Często jest tak, że dziennikarz i sportowiec się zaprzyjaźniają. Nie wpływa to Twoim zdaniem negatywnie na późniejsze materiały?
Ja nie chodzę z piłkarzami ani trenerami na piwo. Spotykamy się czasami na herbacie, zdarza się nam porozmawiać o rzeczach prywatnych. Zapewniam jednak, że pisanie prawdy, nawet jeśli to krytyka, pozwala zachować dobre relacje.
Okres spędzony w „Rzeczpospolitej” to był ten czas, kiedy naprawdę nauczyłeś się tego zawodu?
W „Piłce Nożnej” łączyłem pracę ze studiami. Potem był „Przegląd Sportowy” , który nauczył mnie pisania na czas, zapełniania szpalt, kreatywności i dał mnóstwo kontaktów. Codziennie trzeba było wymyślić kilka tematów. Później nauczono mnie to ładnie ubierać w słowa, a zrobili to: Mirek Żukowski, Stefan Szczepłek i Paweł Wilkowicz. To był ten czas w „Rzeczpospolitej”. Mieli do mnie dużo cierpliwości i ja jestem im za to bardzo wdzięczny. Jestem „dzieckiem Rzepy” i zawsze nim będę.

Komentarze