W samo południe z…Marcinem Mięcielem: „Niektórzy piłkarze wstydzą się normalnie pracować”

    ŁączyNasPasja: Czym zajmuje się obecnie Marcin Mięciel?
    Już kończąc moją przygodę z piłką, miałem określony plan, czym dokładnie będę się zajmował w dalszej części życia. Nie chciałem powielać błędów moich wielu kolegów, którzy zrobili sobie rok czy nawet dłużej przerwy od jakiejkolwiek aktywności. Potem jest bardzo trudno się odnaleźć. Mam tu na myśli znalezienie pracy, czy nawet odnalezienie sensu życia. Ja już miałem w głowie wszystko ułożone i wiedziałem, że na pewno zostanę przy piłce. Rozważałem opcję menadżerską i trenerską. Na samym początku współpracowałem z kilkoma firmami menadżerskimi i do dzisiaj działam na zasadach współpracy z Jarosławem Kołakowskim. Jednak najbardziej spełniam się jako trener w mojej Akademii Piłkarskiej. To jest moje główne zajęcie od 3 lat.
    Uściślijmy, z tą menadżerką, to jak to dokładnie wygląda?
    Zajmuję się młodszymi zawodnikami, mam pewne zalecenia od Jarka (Kołakowskiego – przyp. red.) co mam robić. Kontaktuję się z nim od czasu do czasu, obserwuję mecze, właśnie pod kątem młodych talentów.
    A na co dzień praca w Akademii?
    Tak, dokładnie. To moje główne zajęcie, od rana do wieczora, prawie każdego dnia. Włożyłem w to sporo serca, pracy i pieniędzy. Mamy, z każdym rokiem działalności coraz więcej zawodników. Chcemy w przyszłości wytrenować reprezentanta Polski, dlatego na brak zajęć nie narzekam.
    Kiedy graliście jeszcze na osiedlowych boiskach w najmłodszych latach, to wyróżniał się już Pan umiejętnościami na tle kolegów?
    Na podwórku czułem, że jestem lepszy od innych. Grałem zawsze ze starszymi chłopakami. Kiedyś to były mecze w stylu blok na blok, albo osiedle na osiedle. Dzisiaj niestety już tego nie ma. Rzeczywiście byłem wyróżniającym się zawodnikiem na osiedlu, wszyscy mnie znali. Mogę nawet powiedzieć, że biły się o mnie różne kluby. Co chwilę jakiś trener pukał do drzwi naszego mieszkania z propozycją przejścia do drużyny, w której aktualnie pracował. Do 15 – stego roku życia nie chciałem grać w żadnym klubie. Mieliśmy swoją osiedlową drużynę i tam dobrze mi się grało. Tam treningi trwały od rana do nocy, graliśmy nawet na 10 – minutowych przerwach między lekcjami. Porównajmy to z tym, co jest dzisiaj. Standardowo dzieciaki trenują 3 razy w tygodniu po 90 minut.
    Zdarzały się bójki o boisko?
    Pewnie, że tak! No, ale były takie zasady, że jak przychodzili starsi koledzy i chcieli grać, to trzeba było się im usunąć w cień. Jak się ktoś postawił, to po prostu obrywał. Takie były czasy, teraz tego nie ma, ale też nie ma kto walczyć o możliwość zajęcia boiska (śmiech).
    Podczas kariery zawodniczej mówili na Pana “Miętowy”, jednak w meczach na osiedlu był Pan „Sanchezem”…
    Ja chciałem być Hugo Sanchezem, ze względu na te jego przewrotki i salta wykonywane po strzelonej bramce. To był mój idol. Nazywany byłem jednak Socratesem. Na cześć słynnego brazylijskiego piłkarza, którego dzisiaj pewnie młodzi ludzie nie mają prawa pamiętać. Tak mnie przezywano najpierw na osiedlu, a potem to się utrzymało nawet w Lechii Gdańsk, ale to były tak stare czasy, że chyba już nikt o tym nie pamięta (śmiech).

    mieciel-wsamopoludnie-laczy-nas-pasja

    Ile czasu poświęcał Pan na ćwiczenie swoich słynnych „przewrotek”?
    Ciężko powiedzieć dokładnie, ile tego czasu było. Po prostu, jeśli nie było wystarczającej ilości kolegów do grania, to ćwiczyło się w tym momencie różne elementy piłkarskie, w tym moje ulubione przewrotki. Żeby je trenować, to chodziło się najczęściej na piasek albo inne miękkie podłoże i najpierw się samemu rzucało piłkę, a potem zawsze kolega dogrywał i się uderzało na bramkę. Rzeczywiście, udało się mi ten element na tyle dopracować, że kilka bramek po takim uderzeniu zdobyłem.
    Jakaś ulubiona?
    Chyba ta zdobyta w barwach Borussii Mönchengladbach. To było spotkanie wyjazdowe, jakie graliśmy na stadionie w Hamburgu, z miejscowym HSV. Na stadionie był wtedy komplet 55 tysięcy kibiców, a mój gol z przewrotki na 3:3 padł dosłownie w ostatniej sekundzie spotkania. Uciszyć takie trybuny, to było niezapomniane uczucie!
    Plaster na nosie, żel we włosach, opaska na ręku – czuł Pan, że wyprzedza całą ligę o kilka lat, jeśli chodzi o wizerunek?
    Chyba tak trochę było. Ostatnio nawet jeden kolega powiedział mi, że jakbym grał teraz, to bym mnóstwo kasy zarobił na różnych reklamach. No to były „szare czasy” i człowiek chciał się wyróżniać. Taki miałem styl, ten plasterek na nosie, opaska na ręce i białe buty. Oczywiście ponad połowa dziennikarzy w tamtych czasach, jak zagrałem złe spotkanie, to koncentrowała się głównie na kolorze mojego obuwia. Dzisiaj jest to normalne i prawie nikt nie gra w czarnych butach. Ja się wyróżniałem, bo nie bałem się tak obnosić. Te wszystkie atrybuty były w tamtych czasach dostępne dla każdego, ale koledzy nie chcieli, aby kibice albo dziennikarze po przegranym spotkaniu wytykali im ich wizerunek. Mnie się to podobało i dobrze się z tym czułem, po prostu.
    Do dzisiaj wiele osób podkreśla, że kiedyś w polskiej lidze piłkarze pili i grali, a dzisiaj nie piją i nie grają. Jest w tym trochę prawdy?
    Trudno porównywać poziomy, nie wiem, czy wtedy był wyższy. Na pewno, te najlepsze kluby były złożone głównie z reprezentantów kraju. Jak był okres na zgrupowanie kadry, to całe autobusy jechały czy to na pierwszą reprezentację czy to na młodzieżówkę. Czasy nie były za profesjonalne. Starsi koledzy rzeczywiście potrafili iść sobie na kilka piw po każdym treningu, dzień przed meczem, a nawet słyszałem o takich przypadkach, że pili w dzień meczowy. Czuło się wszędzie ten alkohol, ale to wystarczało na pierwszą ligę, bo praktycznie w każdym zespole się mocno piło. Czasy na szczęście się zmieniły. Większą wagę przykłada się do diety, nie imprezuje się tak, jak kiedyś. Oczywiście, alkohol po meczu jest jak najbardziej normalny. Jak grałem w Bundeslidze, to piwo mieliśmy w autobusie, od razu po meczu. Nikomu to nie przeszkadzało. Po całym tygodniu treningów i stresów wypicie kilku piw po meczu jest absolutnie dozwolone. Natomiast te ilości, co były kiedyś wypijane i nie mówię tutaj tylko o browarze, ale i o mocniejszych trunkach, to był absolutny brak profesjonalizmu.
    Rzeczywiście tak było, że młody piłkarz w tamtym czasie, musiał się napić ze starszymi kolegami, żeby zostać zaakceptowanym w drużynie?
    Było wkupne, czyli, że jak młody zawodnik przychodził do klubu, to musiał postawić alkohol starszym zawodnikom na imprezie. Trzeba było opłacić jedzenie i napoje wyskokowe. Wtedy na tych imprezach bywało, że starsi rzeczywiście przymuszali młodszych do picia, bo jakby się z nimi nie napili, to nie byliby pełnoprawnymi członkami drużyny. W tygodniu, jak ktoś nie chciał, to nie musiał pić. Wiadomo, że w każdym zespole tworzyły się grupy i podgrupy i bywały takie sytuacje, że jak ktoś nie miał wystarczającego talentu albo umiejętności, żeby uzyskać szacunek na murawie, to próbował się dostać do jednej z takich grup i pić ze starszymi kolegami w tygodniu.

    mieciel2-wsamopoludnie-laczy-nas-pasja

    W Bundeslidze mieliście piwo w autokarze, a w Polsce jak kogoś złapią „na mieście”, to robi się z tego afera…
    U nas jest inna mentalność. Bywa przecież tak, że dziennikarze sami szukają zawodników, żeby im zrobić zdjęcia z piwem czy innym alkoholem. To jest trochę śmieszne. W Hiszpanii w dniu kiedy gra się spotkanie ligowe, to pije się lampkę wina i nikomu to nie przeszkadza. Tutaj najważniejsza jest rola trenera i prezesa. Są takie czasy, że nie da się grać na tym najwyższym poziomie, jeśli się baluje w tygodniu. Po spotkaniu, jak już wspominałem wcześniej, wyjście do restauracji i wypicie kilku piw jest nawet wskazane, żeby się odstresować i w dobrej formie mentalnej przystąpić do przygotowań do następnego meczu.
    Był Pan swego czasu bardzo popularnym zawodnikiem w Polsce. Sława się podobała?
    Tak, muszę powiedzieć, że lubiłem to. Do dzisiaj często mnie ludzie rozpoznają. Wynikało to z jednej strony z tego, że grałem w Legii i miałem talent, a z drugiej, że byłem takim” kolorowym człowiekiem”. Wtedy na przykład niewiele osób posiadało motor z takiego prawdziwego zdarzenia, a na moim osiedlu wszyscy zawsze mieli motocykle, więc jak tylko znalazłem się w stolicy i zarobiłem poważniejsze pieniądze, to od razu sobie kupiłem. Wzbudzałem zainteresowanie motocyklem, fryzurą, sposobem bycia. Bardzo często byłem w gazetach, moja mama wszystko zbierała, jest tych albumów naprawdę mnóstwo. Lubiłem to.
    Najlepszy moment w karierze?
    Trudno wyróżnić konkretny moment. Na początku były dobre chwile w Legii, dużo grałem, zdobywałem bramki, były powołania do kadry, a potem złamałem nogę w meczu reprezentacji młodzieżowej i ta kariera znacząco spowolniła. W Grecji bardzo dobrze się odbudowałem, walczyłem o tytuł króla strzelców z samym Rivaldo, a potem był kolejny transfer do Bundesligi. Ja z tych wszystkich meczów jestem generalnie bardzo zadowolony, ale uważam, że mogłem osiągnąć trochę więcej, gdyby ten profesjonalizm w polskich klubach w tamtym czasie był zdecydowanie większy. Pewnie jakbym wyjechał dużo wcześniej za granicę, to byłoby dla mnie lepiej. Kiedyś nie było takich warunków do treningu w polskich klubach, jak jest to dzisiaj.
    Bardziej żal tego, że nie udało się zagrać w Lidze Mistrzów, czy może tego, że przygoda z pierwszą reprezentacją, to było tylko kilka epizodów?
    Bardziej żałuję kadry, bo zagrałem tylko 5 spotkań i nigdy nie dostałem takiej szansy, jak wielu moich kolegów. Jak już grałem, to przysłowiowe „ogony” na 10 – 15 minut i tak naprawdę nie miałem się nawet jak dobrze pokazać. Nawet, jak byłem w świetnej formie, to tych szans nie dostawałem.

    mieciel3-wsamopoludnie-laczy-nas-pasja

    Czytał Pan którąś z książek byłych kolegów z boiska? Co Pan myśli o tego typu publikacjach, w których często opisane są historie związane z całym środowiskiem piłkarskim tamtych czasów?
    Dla mnie to jest głupota. Nie czytam takich rzeczy i nigdy na coś takiego nie wydam ani złotówki. Po pierwsze, jeśli ktoś pisze książkę, to niech napisze o sobie, a nie o kolegach. Po drugie, niech w tych książkach ukazują się prawdziwe treści. Znam historie, że wielu kolegów szykowało pozew zbiorowy przeciwko nieprawdziwym treściom, jakie ukazały się w jednej z tego typu publikacji. Po jakimś czasie doszli do wniosku, że nie ma to sensu, ponieważ osoby, które takie rzeczy wypuszczają, to nie mają najczęściej złamanego grosza przy duszy. Jeśli już ktoś rzeczywiście chce ostrzec przed licznymi błędami, jakie w tamtych czasach popełniali piłkarze, albo nawet opowiedzieć o tamtych latach, to niech zrobi to za darmo i całe pieniądze ze sprzedaży, niech przekaże na cele charytatywne. Bo szkoda mi sytuacji, kiedy ludzie wydają ostatnią kasę na książkę takiego delikwenta, a on zarobione pieniądze i tak wyda na alkohol. To jest dla mnie katastrofalne. Koledzy powinni wziąć się do pracy, co prawda słyszałem, że Radek Kałużny wziął się za robotę, ale niektórzy piłkarze wstydzą się normalnie pracować. Jaki to wstyd? Kończy się kariera i trzeba być przygotowanym na to, co będzie dalej. Taki Arek Kłak, kiedyś dobry piłkarz i medalista z Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie jest teraz kierowcą autobusu. Czy jest w tym coś złego? Trzeba się wziąć za normalną pracę, a nie za pisanie o kolegach!
    Czego można Panu życzyć na przyszłość?
    Reprezentanta Polski w mojej Akademii. Zawsze oprócz marzenia, żeby być piłkarzem, miałem drugie, również związane z piłką nożną. Chciałem mieć swój klub. Piłkarzem byłem niezłym, a teraz mamy razem z Maćkiem Bykowskim swoją Akademię, dysponujemy własnymi boiskami. Cały czas chcemy się rozwijać, po trzech latach trenujemy ponad 250 zawodników, niedługo stawiamy balon, żeby można było się szkolić na tych fajnych murawach cały rok. Robimy wszystko, żeby wytrenować reprezentanta kraju.
    Dziękuję bardzo
    Dzięki

    Rozmawiał

    Krzysztof Kwaśny

    Komentarze