W samo południe z…Łukaszem Jurkowskim: „Pająki i urzędy, to dwie rzeczy na świecie, których się boję”

    ŁączyNasPasja: Czy jako były zawodowy sportowiec, potrafiłbyś wytłumaczyć przeciętnemu kibicowi, jaki wysiłek każdego dnia w swój trening musi wkładać na przykład taka Anita Włodarczyk, żeby potem zdobywać złoty medal olimpijski, bijąc przy tym rekord świata?
    Anita Włodarczyk to akurat najwyższa półka, jeśli chodzi o zawodowy sport w naszym kraju. Każdego profesjonalistę jednak obowiązują te same zasady. Nie wystarczy tylko dawać z siebie wszystkiego na każdym treningu i stosować się do diety. To powinno być dla takiej osoby całe życie. Wstajesz i zasypiasz z myślą o tym, że jesteś zawodowym sportowcem. Cały twój dzień musi być bardzo mądrze poukładany. Nawet pół godziny regeneracyjnej drzemki jest bardzo istotne. Generalnie całe życie składa się z mnóstwa wyrzeczeń. Trzeba mieć bardzo dużo samozaparcia, żeby osiągać sukcesy.
    Pisałeś kiedyś, że mocno wkurza Ciebie, jak niektórzy ludzie zarzucają Tobie, że masz wielu sponsorów, jesteś twarzą kilku firm, a nie patrzą na to, co musiałeś zrobić, żeby do tego miejsca dojść…
    Najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest jeden z moich blogów zatytułowany „Darmozjad”. Napisałem go, bo zwykle jak wrzucam coś na swoich kanałach społecznościowych, to często lokuje różne produkty. Nie ma co się oszukiwać, tak dzisiaj ten biznes wygląda. Często pod takimi postami ludzie piszą, że mam wszystko za darmo i nic nie muszę robić. Teraz mam komfort życia, ale nikt nie zastanawia się, ile pracy musiałem włożyć w to, aby zapewnić sobie te kontrakty reklamowe. Kiedy moja ekipa znajomych w piątkowy wieczór piła sobie piwo, to ja stałem z torbą zawieszoną na ramieniu, bez względu na to jaka była pogoda i czekałem na autobus, który zawiezie mnie na trening. Przez wiele lat uprawiania sportu łamałem sobie kości i rozwalałem głowę. Nie ma nic za darmo. No chyba, że jest to zawód – syn, jeśli się ma bogatych rodziców. U mnie kasy nie było za dużo, „na swoje” pracuje od 13 roku życia. Moi rodzicie pomagali jak mogli, ale była nas czwórka w domu. Bywało tak, że miałem dylemat, czy kupić odżywki czy bilet miesięczny. Mało kto wie o tym, że był okres, że nie miałem kasy na jedzenie, opłacenie rachunków telefonicznych i nie miałem gdzie mieszkać. Tylko osoby, które są ze mną blisko, wiedzą ile wysiłku mnie kosztowało budowanie swojej pozycji. Nikt nigdy nie może zarzucić mi, że miałem łatwo. Wydaje mi się, że miałem nawet trudniej, niż wielu sportowców obecnie.
    Żałujesz, że zakończyłeś przygodę z zawodowym sportem tak szybko? Bo chyba dzięki temu mogłeś się jednak rozwinąć w wielu innych dziedzinach…
    Ja żyję według zasady: „żałuj tylko tego, czego nie zrobiłeś”. Często dostaje to pytanie, czy żałuję, że zakończyłem karierę sportową? Szczerze? Tak! Ja bym z chęcią wyszedł do ringu czy klatki jeszcze porywalizować z przeciwnikiem i przede wszystkim poczuć tą adrenalinę, której mi na co dzień cholernie brakuje. Ja wiedziałem jednak, że kariera sportowca nie trwa wiecznie i kiedy dostałem szansę od Andrzeja Janisza, żeby spróbować swoich sił przy mikrofonie i po czasie zaczęło nam to fajnie wychodzić, to wiedziałem, że to może być moja przyszłość. Teraz mam więcej innych zajęć, ale wszystkie związane są w pewnym sensie z tematyką sportową. Czasu wolnego mam niewiele, ale to nic, bo jara mnie ta praca cholernie!

    lukasz-jurkowski-w-samo-poludnie-laczy-nas-pasja

    Podobno miałeś krótki okres w swoim życiu, że zaczynałeś „gwiazdorzyć” i dopiero brat sprowadził Ciebie do pionu?
    Kiedy pierwsze gale KSW zaczęły być pokazywane w Polsacie i ludzie zaczynali mnie rozpoznawać, to poczułem się próżny. Na szczęście nie trwało to u mnie długo. Znajomi i właśnie najbliższa rodzina mnie uświadomili, że sodówka mi odbiła i zaczynam powoli odlatywać. Trzeba przyznać, że w tamtym czasie kilka razy zachowałem się jak zwykły buc. Na szczęście szybko się ogarnąłem i skupiłem się na ciężkich treningach. Są zawodnicy w polskim MMA, którzy tą sodówkę mają przez całą karierę. Mnie się udało z tym szybko uporać.
    Prawdą jest to, co powiedział kiedyś Maciek Miszkiń, że rzuciłeś studia i oświadczyłeś znajomym, że będziesz gwiazdą MMA?
    Tak to mniej więcej wyglądało. Ja w swoim życiu podejmowałem wiele takich drastycznych wyborów, że budzę się rano i stwierdzam, że wszystko trzeba zmienić. Ja na początku złożyłem papiery na dziennikarstwo Uniwersytetu Warszawskiego, ale straszyli mnie na drugim roku popołudniowymi warsztatami, co kolidowałoby oczywiście z rozwojem sportowym i treningami. Dlatego też zmieniłem decyzję i wybrałem AWF. Tam natomiast niespecjalnie uznawano dyscypliny, które nie są olimpijskimi. Nie mogłem się ubiegać nawet o indywidualny tok studiów. A trenowałem wtedy już dwa razy dziennie. To był okres, w którym MMA bardzo dobrze zaczęło się rozwijać i wiedziałem, że trzeba się tym zająć. Wstałem kiedyś jednego dnia i zamiast na uczelnię, to pojechałem na trening. Następnego dnia wypisałem się ze studiów i stwierdziłem, że jak mi nie wyjdzie w sporcie, to wrócę jeszcze do tego tematu. Mi się udało. Natomiast mam wiele przykładów z najbliższego otoczenia, kiedy takie wariackie decyzje nie zawsze okazują się słuszne. Ja po prostu mam taką filozofię w życiu, że lubię podejmować ryzyko.
    Jak taką decyzję przyjęła rodzina?
    Rodzice nie byli zadowoleni. Mój tata zniósł to lepiej, bo czuł, że mam jakieś możliwości sportowe, aby zaistnieć na trochę większym pułapie niż lokalne zawody. Moja mama była bardzo zła na tą decyzję. Siostry mnie wspierały, a brat miał to gdzieś (śmiech).

    Komentarze