W samo południe z… Piotrem Włodarczykiem: „Lubię żyć na wesoło”

    ŁączyNasPasja: Co mówi Tobie adres Chmielna 24?

    Piotr Włodarczyk: Chmielna mi mówi dużo, ale czy z numerem 24 to już nie wiem… (po chwili namysłu) Kaiser?

    Podobno to było główne miejsce integracji piłkarzy Legii za twoich czasów.

    Tak było. W sumie to chodziliśmy głównie tam. Praktycznie po każdym meczu u siebie zawsze po spotkaniu ruszaliśmy w to właśnie miejsce. Klimat nam bardzo pasował, właściciel był z nami zaprzyjaźniony, mieliśmy zawsze zarezerwowaną osobną salkę. No i jedni siedzieli dłużej a inni krócej, jak komu danego wieczora pasowało.

    Jak się czyta o tych wszystkich opowieściach sprzed laty, to można wysnuć wniosek, że za waszych czasów, to się głównie imprezowało, a przecież kilku dobrych piłkarzy w tamtym czasie jednak było. Skąd mieliście na to wszystko siły?

    Nie no nie przesadzajmy (śmiech). To nie była przecież jedna wielka impreza. Kiedyś nie było takich warunków na stadionach jak teraz. Dlatego też, żeby sobie usiąść, coś zjeść i pogadać musieliśmy od razu po meczu ruszać w miasto. Zaznaczam, że było to głównie w przypadkach, kiedy graliśmy mecze u siebie. Nie bywaliśmy tam w tygodniu, a po wyjazdach też każdy raczej wracał od razu do domu.

    Czy po zakończeniu piłkarskiej kariery zdarzyło ci się wypić drinka złożonego z szampana zmiksowanego z wódką? (za czasów gry w Auxerre takie drinki zaserwował mu kolega z drużyny – Teemu Tainio)

    Nie, już nigdy tego nie próbowałem (śmiech). To była taka sytuacja, że spędzaliśmy razem z Teemu wspólnie sylwestra. No i poczęstował mnie najpierw jednym, potem drugim, trzecim i tak dalej. W smaku nie było to najgorsze (śmiech). Na drugi dzień jednak takiego bólu głowy nigdy nie przeżyłem. Takiej mieszanki wybuchowej już nigdy potem nie spróbowałem i raczej na pewno nie spróbuję.

    A byłbyś w stanie po czymś takim iść na trening na drugi dzień?

    Nie, na pewno nie. Człowiek się martwił, żeby to przeżyć (śmiech), a co dopiero iść na trening i się ruszać. Nie ma takiej możliwości.

    piotr-wlodarczyk-2-laczy-nas-pasjaCzy to, że kogoś się lubi prywatnie bardziej w drużynie może mieć wpływ na to, że akurat w danym momencie kiedy masz dwóch kolegów do wyboru, to podajesz temu, z którym się bardziej przyjaźnisz?

    Nie, tak się nie da. Poza tym futbol jest dzisiaj tak szybki, że nie ma czasu się zastanawiać, czy tego lubię bardziej, a tego mniej. Przyjaźnie to po meczu, a na boisku każdy kieruje się tylko dobrem drużyny.

    Ty się cieszysz na co dzień dobrym zdrowiem?

    A nie narzekam. I teraz jest wszystko ok i w czasach kiedy zawodowo grałem w piłkę jakieś poważniejsze urazy też mnie omijały. Wszystko jest dobrze póki co.

    Zapytałem o to, ponieważ ludzie uśmiechnięci, żyją podobno dłużej, a ty uchodzisz za faceta, który do smutasów nie należy.

    Ooo… to może pożyję dłużej (śmiech). Ja się bardzo często uśmiecham, lubię się śmiać. Tak mam od dziecka, jest to dla mnie naturalne. Nie zachowuję się tak na pokaz. Lubię żyć na wesoło.

    Miałeś kiedyś sytuację z kibicami, w której bałeś się o swoje zdrowie?

    Mieliśmy taką sytuację kiedyś w Grecji. Przegraliśmy spotkanie i kibice naszej drużyny wpadli do szatni. Ta cała część klubu, jaką były szatnie i hol zostały doszczętnie zdemolowane. My potem z tych szatni uciekliśmy. W momencie kiedy byliśmy już w innym pomieszczeniu to zorientowałem się, że wszyscy koledzy z drużyny mają ze sobą telefony, portfele, klucze itd. A ja tego nie zabrałem ze sobą i wszystko zostało w szatni, którą właśnie demolowali kibice. Postanowiłem wrócić tam sam i w momencie mojego wejścia nastąpiła wśród nich konsternacja. Zabrałem rzeczy i po prostu wyszedłem. Chyba byli na tyle zdziwieni, że się pojawiłem, że nie zrobili kompletnie nic. Generalnie jednak sytuacja była poważna, przyjechała policja i musieli do naszej szatni wrzucać gaz łzawiący. Było wtedy gorąco.

    Przejmowałeś się krytyką albo negatywnymi komentarzami?

    Jeśli zdarzała się krytyka, która była słuszna, to oczywiście liczyłem się z nią i brałem to na przysłowiową klatę. Wiadomo, że podczas kariery, raz jest lepiej, a raz gorzej. Komentarzami na stronach internetowych się kompletnie nie przejmowałem. Nie można się przejmować anonimowymi wpisami. Co innego, jeśli jakiś dziennikarz napisał coś złego na mój temat, to wtedy mogłem wejść z nim w dyskusję. Raz mnie krytykowano słusznie, innym razem nie.

     Wróćmy do samych początków, bo zanim kibice zaczęli wypisywać sprejami na murach “Włodar King”, to byłeś młodym chłopakiem z Wałbrzycha. Jak wspominasz początki?

    Pamiętam, że pierwszy raz do klubu poszedłem jak miałem 10 lat. Teraz dzieci szybciej zaczynają, bo są o wiele lepsze warunki do tego. Wtedy nie było szkółek prywatnych, tylko ćwiczyło się po prostu w zwykłych klubach sportowych.  Przede wszystkim pokolenie moje i moich kolegów cały czas grało w piłkę nożną na podwórku. Nikt mnie do tego nie przymuszał, rodzicie ciężko pracowali, więc to samo wyszło po prostu. Mieliśmy na osiedlu drużynę złożoną z chłopaków, którzy sobie najlepiej radzili. Pewnego razu jeden z trenerów nas zobaczył i ściągnął wszystkich do Zagłębia Wałbrzych.

    Wspomniałeś o tych szkółkach dla dzieciaków. Słyszałem opinię, że przez to, że tam wszystko ci młodzi piłkarze mają podane na tacy, to nie mają się gdzie hartować. Nie muszą np. jechać na trening specjalnie dwie godziny autobusem po szkole i potem wracać. Wszystko mają ułatwione. Może im zabraknąć z tego powodu sportowego charakteru?

    Muszę się z tym trochę zgodzić. Ja dojeżdżałem dwoma autobusami specjalnie na trening i do domu się wracało dopiero wieczorem. Poza tym grywało się nie tylko z rówieśnikami, ale z chłopakami w różnym wieku. Czasami bywali więksi nie o jedną głowę, a o dwie i trzeba było sobie jakoś poradzić. Odpadała siła fizyczna to trzeba było nauczyć się ich jakoś pokonywać sprytem. Teraz wszyscy grają z rówieśnikami. Mój syn ma 13 lat i powiedziałem mu, że nie będę go już zawoził. Sam jeździ metrem na treningi. Rzeczywiście teraz dzieciaki mają wszystko, rodzicie ich przywożą i odwożą. Grają na super murawach. My to graliśmy na takich klepiskach, że naprawdę się dziwię, że nie mieliśmy wszyscy pokręconych kostek (śmiech). Pytanie tylko, czy w obecnych czasach, kiedy jest dostępne wszystko to nie braknie tej młodzieży wytrwałości. Czasami mam wrażenie, że to dzieci spełniają młodzieńcze marzenia rodziców. I potem taki młody chłopak narzeka, że musi iść znów na trening. A u nas było odwrotnie. Rodzicie musieli nas prosić, żebyśmy już przestali grać i wracali na noc do domu. Jednak chyba całe to pokolenie takie jest, nie tylko w Polsce mamy z tym problem, więc szansę będą wyrównane (śmiech).

    Czy był taki moment w twoim życiu, że chciałeś zrezygnować z bycia piłkarzem?

    Nie. Nigdy tak nie było. Nawet pamiętam, że jak kończyłem podstawówkę i szedłem do Technikum Mechanicznego (oczywiście lubiłem samochody i mam tak do dzisiaj) ponieważ było tam wielu piłkarzy ze starszego rocznika, co ułatwiało mi współpracę z klubem. Ja już wtedy wiedziałem, że piłka to jest to, co chcę robić. Między innymi dlatego wybrałem wtedy taką szkołę, a nie inną.

    Jakbyś mógł zmienić jedną decyzję w Twojej karierze, to co by to było? 

    Były takie dwie. Pierwsza to, jak po pierwszym w sezonie w Auxerre, kiedy bardzo mało grałem i uparłem się na siłę, że odchodzę z klubu, pomimo tego, że bardzo chcieli żebym pozostał. Nie miałem wtedy szansy grać, ponieważ w ataku był tam Djibril Cisse – absolutna gwiazda naszego klubu w tamtym okresie. Dostałem wtedy propozycję, od Pana Grajewskiego przejścia do Widzewa Łódź. Obiecywał on, że buduje znowu wielki Widzew i że bardzo mnie potrzebują. Żałuję, że wtedy nie zostałem w tej Francji. Miałem 4-letni kontrakt. Proponowali mi potem wypożyczenie do innego francuskiego klubu, a ja nie wiem dlaczego wróciłem do kraju. A druga rzecz do zmiany, to czerwona kartka w meczu Reprezentacji Polski przeciwko Irlandii Północnej. Strzeliłem wtedy bramkę, potem moja głupota zawarzyła na czerwonej kartce. 3 dni później graliśmy z Anglią i raczej na pewno zagrałbym od pierwszej minuty. Niestety nie było mi to dane.

    Jesteś prezesem Ożarowianki Ożarów Mazowiecki (IV liga). Opowiedz proszę kibicom, co robi popularny “Nędza” jako prezes?

    Szczerze mówiąc to muszę zajmować się wszystkim. Mamy w klubie także sekcję tenisa stołowego oraz łucznictwo. W klubie jest również były Olimpijczyk – Grzegorz Targoński i to on głównie odpowiada za plany szkoleniowe tej sekcji. Ja oczywiście mam wpływ na wszystko, ale zrozumiałe jest, że najwięcej uwagi poświęcam piłce nożnej. Zajmujemy drugie miejsce w tabeli IV ligi i  zrobimy wszystko żeby awansować.

    piotr-wlodarczyk-1-laczy-nas-pasjaJakbyś mógł zatrudnić któregoś ze swoich byłych trenerów jako szkoleniowca Ożarowianki, to kto by to mógł być? Smuda, Lenczyk, Wójcik, a może Michniewicz?

    Myślę, że Czesław Michniewicz. Dlatego, że posiada on twardy charakter, ma swoje mocne zdanie, a tym samym spory wpływ na drużynę. Na dłuższą metę jest też takim szkoleniowcem, który potrafi przygotować zespół, dobrze go ułożyć. Także na pewno sprawdziłby się w pracy długofalowej. Szkoda, że nie podejmie się pewnie pracy w IV lidze (śmiech).

    Kto jest twoim ulubionym dziennikarzem sportowym w Polsce?

    Lubię Przemka Rudzkiego. Nie ukrywam, że osobiście interesuje się ligą angielską, a on dość dobrze wgryzł się w ten temat. Ma fajne felietony, dobrze pisze. Jeszcze jak Marcin Baszczyński komentował mecze jako ekspert, to fajnie wpasowywał się w ten klimat naszej Ekstraklasy. Z komentatorów to najbardziej lubię Andrzeja Twarowskiego i sposób w jaki prowadzi mecze ligi angielskiej.

    Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że książki nie chcesz napisać, a jakie masz podejście do kolegów, którzy wydają swoje biografie i opisują w nich różne pikantne szczegóły  dotyczące dawnych partnerów z murawy?

    No właśnie, bo jakbym miał opisać książkę to albo całą prawdę albo w ogóle. Najlepiej, jak wiadomo sprzedają się skandale. Książkę „Szamo” przeczytałem jednym tchem bez odkładania. Jednak on skupił się na zabawnych historiach, a nie na opisywaniu prywatnego życia kolegów. Nie czytałem ostatniej książki Grześka Króla i nie wiem o czym jest. Natomiast tak jak już wcześniej powiedziałem, opisywanie życia innych w swojej książce jest po prostu słabe.

    Wielu twoich kolegów po zakończeniu kariery tyje albo wpada w jakieś tarapaty życiowe, ty wyglądasz tak jak kiedyś. Czym to jest spowodowane, jakaś specjalna dieta – dużo treningu czy genetyka?

    Nie wyglądam tak jak kiedyś, mam brodę (śmiech)

    A to pewnie dlatego, że jest to teraz modne, a piłkarze są modni.

    Tak to sobie tłumaczę (śmiech) A wracając do pytania, to chwilę po zakończeniu kariery zdarzało mi się pobiegać czy pójść na siłownię, żeby całkiem nie stracić tej formy. Muszę jednak przyznać, że bieganie nie kręciło mnie nigdy, więc tak po jakimś czasie stwierdziłem, co ja tak będę biegał?! No i od czasu do czasu pogram w oldbojach i to jest wszystko jeśli chodzi o większy ruch.

    Po latach wytłumacz kibicom Legii, jak mając taką pakę, tylko raz z „Włodarem” w składzie zdobyła tytuł?

    No właśnie… To boli do dziś. Raz byliśmy bardzo blisko, kiedy w 1997 roku przegraliśmy u siebie z Widzewem w słynnym meczu 2:3. Tego do dziś nie mogę przeżyć. A później była taka sytuacja, że trafiliśmy na dominację Wisły Kraków. W ich składzie była ponad połowa reprezentacji kraju. Pamiętam nawet taką sytuację, że mieliśmy tylko 2 punkty straty przed rundą wiosenną. W niej przegraliśmy tylko jedno spotkanie i to nie wystarczyło na zdobycie tytułu. My wygrywaliśmy, ale trafiliśmy na lepszych. Taka jest prawda.

    Dla kibica Legii najtrudniejsze zawsze były spotkania przeciwko słabszym rywalom. Z czego to się bierze, że przygrywaliście często z niżej notowanymi zespołami? Czuliście się już wygrani przed takim spotkaniem?

    Coś w tym jest. Jak się gra na własnym stadionie przy sporej publice, a potem jedziesz z całym szacunkiem do takiego Wodzisławia, to trudniej się zmobilizować. No i prawda była taka, że trzeba było się mocniej koncentrować w meczach z takimi zespołami już od samego początku spotkania. Z rywalami z górnej półki trener nie musiał nikogo nakręcać. Czasami było wręcz odwrotnie, że musiał pilnować żebyśmy się nie motywowali za mocno.  Reasumując, wynikało to po prostu z lekceważenia i słabszej motywacji. Ktoś kiedyś powiedział mądrą rzecz, że mistrzostwo nie zdobywa się z tymi mocnymi, tylko z tymi słabszymi zespołami.

    Dziękuję bardzo za rozmowę.

    Dzięki wielkie, pozdrawiam wszystkich czytelników!

    Rozmawiał
    Krzysztof Kwaśny

    Komentarze