W samo południe z… Mateuszem Borkiem: „Kupiliśmy sobie 500 par majtek i codziennie zakładaliśmy nowe”

    ŁączyNasPasja: Kiedy wiele osób mówi, że jesteś najlepszym polskim dziennikarzem sportowym w Polsce, to co sobie myślisz?

    Mateusz Borek: Ja jestem do tego zdystansowany, traktuję z przymrużeniem oka te wszystkie rankingi, plebiscyty. Wiele z nich jest politycznych. Najczęściej wygrywają to ludzie, którzy pochodzą ze stacji, która transmituje określone rozdanie nagród. Od dawna nie przywiązuję do tego wagi. Wiem co potrafię i nie mam kompleksów. Stałem się dziennikarzem, który ma szerokie spektrum zainteresowań i wiele rzeczy oprócz tego zawodu jeszcze wykonuję. W moim życiu jest kilka dyscyplin, jestem mocno obecny w działalności komercyjnej i estradowej. Posiadam dużo kontaktów w świecie biznesu i z takimi ludźmi też robię różne rzeczy. Ze spraw zupełnie pozadziennikarskich, to organizowałem na przykład obóz przygotowawczy Tomasza Adamka, odpowiadałem za promocję gali i wszystko co z nią związane. W tym aspekcie sporo różnie się od wielu moich kolegów, którzy poza tym, że komentują, to wolą siedzieć w domu.

    Od zawsze miałeś sporo zajęć?

    Ja zawsze byłem osobą, która im miała więcej zajęć tym się lepiej czuła i  szybciej rozwijała. Moje całe życie w szkole średniej to był sport codziennie, to było radio, szkoła muzyczna, zespół folklorystyczny, kółko teatralne, udział w olimpiadach językowych, artystycznych i polonistycznych. Ja nigdy nie lubiłem się nudzić. Dla mnie każde popołudnie wolne, to był czas stracony. Dlatego na siłę szukałem sobie sporo zajęć.

    mateusz-borek-laczy-nas-pasja

    Jaka jest granica dobrego smaku w dziennikarstwie? Kilka lat temu Jacek Kmiecik i Paweł Zarzeczny nagrywali Ciebie podczas rozmowy, a ty nie miałeś świadomości, że to wszystko jest dokumentowane. Potem ukazał się wywiad w gazecie „Futbol News”, który był zapisem waszego spotkania…

    Pamiętam, to była taka sytuacja, że siedzieliśmy w Hotelu Sheraton przy piwku albo winku i rozmawialiśmy sobie o różnych rzeczach, a potem oni zaczęli funkcjonować w nowej gazecie i postanowili zrobić z tego wywiad (śmiech). Każdy wtedy powiedział kilka zdań za mocnych, może trochę kontrowersyjnych, ale tylko ze mną spisano wywiad. Trochę mnie to wtedy zdenerwowało, bo od razu odezwali się ludzie ze środowiska, których te treści dotknęły. Dla mnie najistotniejsze w tym zawodzie jest żeby się nie skurwić. Chodzi o to, żeby nie robić czegoś za pieniądze i nie milczeć na siłę na pewne niewygodne tematy a upubliczniać tylko te, które pasują tej osobie, która nam płaci. Każdy chce zarabiać dobrze, ja również. I też mam prawo twierdzić, że zarabiam za mało. Jeśli tak jest, to mogę robić inne dodatkowe rzeczy albo przyjść do mojego szefa i powiedzieć, że chcę więcej kasy. Jak on na to nie zareaguje, to zabieram zabawki i idę do innej piaskownicy, bo dzisiaj praca za małe pieniądze mnie już nie interesuje. Najtrudniejszą rzeczą w tym zawodzie jest wstać rano i nie potrafić sobie popatrzeć w lustro, bo się człowiek skurwił. To jest dla mnie najgorsza rzecz w dziennikarstwie i nigdy bym tego nie zrobił.

    Przyjaźnisz się z wieloma sportowcami z różnych dyscyplin. Jest jakaś linia w  kontaktach między dziennikarzem i sportowcem, której nie powinno się przekraczać? Czy jeśli kogoś dobrze znasz, to może on liczyć, że nigdy go publicznie nie skrytykujesz?

    Jest granica, bo ja nigdy nie dotykałem czyjegoś życia prywatnego. Nie interesuje mnie co piłkarz robi poza boiskiem, a pięściarz poza ringiem. Z niektórymi pewnie rozumie się lepiej ze względu na ich inteligencję albo inne fajne cechy charakteru. Mam jedną zasadę, jeśli mój kumpel obrazi się za merytoryczną krytykę, że słabiej zagrał albo boksował, to znaczy, że się nie możemy przyjaźnić. Ja mam swój zawód do wykonania i z tego mnie rozlicza kibic i przede wszystkim mój szef. Tym bardziej kiedy ktoś wie, że się lubię z danym sportowcem, tym bardziej powinienem być twardy w swoich osądach.

    Czy jeśli Polska wygra mistrzostwo  Europy w piłce nożnej, to możesz obiecać, że zagrasz na żywo po meczu na skrzypcach? (Mateusz Borek grał na skrzypcach w zespole folklorystycznym)

    Nie mógłbym, bo nie chciałbym męczyć ludzi (śmiech). Dzisiaj to ja mógłbym zagrać coś na poziomie pierwszej lub drugiej klasy szkoły podstawowej. To jest nawet coś zupełnie innego niż z kopaniem piłki. Ręce stają się sztywne, grabieją, palce nie czują odległości na strunach i w zasadzie trzeba się uczyć od nowa. Mieliśmy taką pogadankę z Darkiem Szpakowskim, że jeśli Polacy dojdą do finału, to kibice chcą zaapelować do prezesa Kurskiego i Solorza, abyśmy razem ten mecz skomentowali. Jednak będziemy się tym martwić w okolicach 6 – 7 lipca. Póki co uważam, że wyjście z grupy jest naszym obowiązkiem, ćwierćfinał będzie sukcesem, a wszystko ponad, to będą „Himalaje”.

    Zanim ludzie poznali Ciebie jako dziennikarza, który pracuje w wielu miejscach, to uprawiałeś bardzo różne zawody. Najbardziej zainteresowała mnie historia związana z tym, że byłeś właścicielem hurtowni koszul. Opowiedz proszę jak to było?

    Miałem chyba 18 czy 19 lat i mój kumpel zajmował się handlem. Jako, że byłem dobry w kontaktach międzyludzkich i nieźle się ze wszystkimi dogadywałem, to on zaproponował mi żebyśmy coś wspólnie zrobili. Znaleźliśmy sobie hurtownie koszul w Krakowie i staraliśmy się opanować rynek od Krakowa aż po Lublin. Nasz dzień pracy polegał na tym, że jeździliśmy sobie od miasta do miasta  i proponowaliśmy koszule poszczególnym sklepom. Mieliśmy kilka takich punktów w każdym mieście, zostawialiśmy tam koszule z określonym terminem płatności i żyliśmy sobie całkiem przyzwoicie. Kupowaliśmy samochody, chodziliśmy wtedy w dobrych garniturach. Jako młodzi faceci wynajęliśmy sobie wtedy mieszkanie. Czasami stać nas było, jak nam się wtedy wydawało na bardzo finezyjne pociągnięcie, a dzisiaj wydaje mi się to głupie i na pewno bym tego nie powtórzył. Pamiętam, że zrobiliśmy taką rzecz, że kupiliśmy sobie 500 par majtek i codziennie zakładaliśmy nowe, a tamte wyrzucaliśmy bo nie mieliśmy pralki na mieszkaniu (śmiech). Do pralni biegaliśmy tylko z garniturami, a bieliznę traktowaliśmy inaczej. Dzisiaj mając szacunek do pieniądza, do rożnych zasobności portfela, szczególnie w Polsce to uznałbym to za nierozsądne. Wtedy miałem 18 lat i było to dla mnie zachłyśnięcie się pierwszą dużą kasą. Jestem z domu, w którym przedkładało się książki czy płyty nad inne dobra. My nigdy nie mieliśmy samochodu. Rodzicie byli dobrze wykształceni, mieli fajne posady. Tata był dyrektorem w Teatrze, mama piastowała podobną funkcję w hotelu, a mimo wszystko tego auta nie było. Rodzice uważali, że w życiu to trzeba mieć ładne zęby, dobre buty, próbować dokształcać się i dużo czytać. Na takie właśnie rzeczy u nas w domu  szły pieniądze.

    mateusz-borek-laczy-nas-pasja-1

    Co by się musiało stać, żebyś rzucił dziennikarstwo sportowe?

    Nawet nie chcę o tym myśleć, ale może jakaś tragedia rodzinna, gdzie byłbym zobligowany do tego, żeby zająć się bliskimi, w takim stopniu od rana do nocy. Sam to przeżyłem w swoim domu w momencie, kiedy bardzo ciężko zachorowała moja mama to tata, który całe życie spędził w Teatrze rzucił go momentalnie tylko dlatego, żeby być bliżej mamy. Podjął wtedy pracę, która pozwalała mu więcej czasu spędzać w domu, więcej zarabiać, ale to się odbiło kosztem odejścia z pracy którą kochał. Dopiero teraz, kiedy jest już po 60–tce wrócił do zajęcia, które uwielbia i widzę po nim jak się zmienił. Błyskawicznie w ciągu kilku miesięcy wykonując ten zawód niesamowicie odżył. Stał się 15 lat młodszy, każdego dnia chętnie wstaje, uśmiecha się, ma motywację do tego żeby się dobrze ubrać i spędzić dzień w pracy.

    Masz swoją oazę spokoju, jaką jest dom w Tajlandii. Byłbyś w stanie przez 12 miesięcy nie pracować i tylko odpoczywać?

    Nie wiem, dziennikarstwo jest dzisiaj tak wolnym zawodem i przy tym zaawansowaniu technologicznym można by żyć nawet na drugim końcu świata i jakoś tę pracę wykonywać. Pewnie nie w takim stopniu i nie z taką intensywnością jak dzisiaj. Ja kupiłem dom w Tajlandii ponieważ kocham Azję i chciałem mieć takie swoje miejsce. Zwiedziłem większą część tego kontynentu, ten kraj mnie zachwycił, a moja rodzina czuje się tam dobrze. Nie wykluczam, że na stare lata będę tam spędzał pół roku i wygrzewał kości.  Patrząc nawet z medycznego punktu widzenia, to my żyjemy w takim klimacie, że czasem jest nawet 60 stopni różnicy pomiędzy latem a zimą. Starsi ludzie biorą emeryturę i połowę z niej wydają na lekarstwa. Znalazłem taką lokalizację, że przez cały rok są 34 stopnie. Kto wie, może kiedyś będę mniej intensywnie wykonywał swój zawód i będę mieszkał w Azji od listopada do końca marca. Fajnie jest mieć takie miejsce, w którym można zresetować swój umysł. Ja po 3 dniach przestaję tęsknić za telefonem, dużo śpię, jem regularnie. Tam trenuję, nie piję alkoholu, robię sobie przerwę od jedzenia mięsa, bazując na rybach i owocach morza. Ludzie są cały czas uśmiechnięci, a nam w Polsce tego momentami brakuje. Szczególnie w wielkich miastach.

    W Dębicy jest zupełnie inaczej niż w Warszawie?

    Tak. Ja tam czuje inną rzeczywistość. Tam się też nikt nie spieszy. Jak się ostatnio umówiłem z kolegami na grilla, to zawstydziłem się bo umówiliśmy się nad rzeką jak za dawnych lat. Dzieci nie bawiły się komórkami tylko miały lampiony i bawiły się w świetliki. Co jakiś czas podczas tego spotkania ze znajomymi zaglądałem na telefon. Oni mi zwrócili na to uwagę. Odpowiedziałem, że przecież sami mają telefony, więc nie rozumiem czemu im to przeszkadza. Oni odpowiedzieli, że mają i komórki i laptopy, ale ich nawet nie zabrali, bo się umówili ze mną na grilla i wódeczkę, to nie po to, żeby patrzeć na komórki. To uświadomiło mi, że w tym całym pędzie spora część z nas zapomina o sprawach ważniejszych.

    mateusz-borek-laczy-nas-pasja-2

    Jesteś człowiekiem telewizji, ale wyobrażasz sobie taką sytuację, że mając już zapewniony dobry byt, nagrywałbyś popularne w dzisiejszych czasach vlogi do internetu? Mówiłbyś w nich (nie bacząc na liczne układy w środowisku) zwykłym kibicom, jak wygląda cała prawda o polskim sporcie…

    Wyobrażam sobie taką sytuację. Tylko żeby kogoś nie zranić za mocno, to dobrze byłoby jednak być na miejscu w centrum tych wydarzeń, wykonać kilka telefonów i zasięgnąć opinii. To jest najłatwiejszy rodzaj dziennikarstwa polegający na wyciąganiu kamery i krytykowaniu. Nawet jak za kimś nie przepadam, to warto z kimś takim usiąść przy jednym stole i dyskutować z taką osobą publicznie. Jeśli ma się w miarę dobre nazwisko i tylko włączy kamerę i od razu jedzie ze wszystkimi bez trzymanki, to można stracić na wiarygodności. No bo na jakiej podstawie można sobie wyrobić o kimś opinię, jak się nie zna takiej osoby, albo jest się na drugim końcu świata. Dlatego uważam, że jednak nawet nienajlepszą opinię na czyjś temat najlepiej z nim skonfrontować bezpośrednio.

    Wróćmy jeszcze na koniec do Twojej rodzinnej Dębicy. Wiele osób wstydzi się tego, że pochodzi z mniejszych miejscowości. Ty nigdy z tym nie miałeś problemu, dlaczego ludzie wstydzą się swojego miejsca pochodzenia?

    To zobacz jak wygląda Warszawa, kiedy są święta. Zostają rodowici warszawianie i ulice zostają puste. Ja nigdy nie miałem kompleksu małego miasta, nigdy nie miałem przeświadczenia, że to, że jestem z Dębicy, z regionu który nazywany jest czasem Polską C to ludzie z tego powodu będą mnie inaczej traktować. Ja uważam inaczej, może przez to, że nie jestem z bogatego warszawskiego domu, to miałem w sobie więcej uporu, determinacji, charakteru. Kiedy przyjechałem do Warszawy mając 19 lat, to musiałem się zastanawiać co zjeść w tygodniu, żeby mi starczyło na to, aby zaprosić dziewczynę do kina w sobotę. Zawsze jest coś, kosztem czegoś. Pewnie jakbym urodził się tutaj, miał rodzinny dom, to może mógłbym więcej czasu poświęcić na rozwijanie siebie. Być może jestem bardzo nakręcony w tym podkreślaniu skąd jestem, ale uwielbiam kompozytora z Dębicy, jakim jest Krzysztof Penderecki. On jednak przez lata mówił, że urodził się  w małym mieście obok Krakowa. Mnie wtedy, jako młodego chłopaka, który chodził do szkoły muzycznej to strasznie dotykało. Jednak i w nim w późniejszych latach zaszła przemiana, często się pokazywał, wspierał naszą kulturę, podkreślał z dumą, że jest Dębiczaninem.

    Co myślisz o coraz bardziej popularnych książkach o tematyce piłkarskiej, w których można przeczytać liczne anegdoty, również na  twój temat…

    Sam miałem chyba już z 10 różnych ofert do napisania książki. Zawsze odpowiadałem wydawcom, że od pisania książek to był Kapuściński, a nie ja. Nie czuję się na siłach literacko. Krzysiek Stanowski jest utalentowany, ma dobre pióro, a przy tym łatwość i lekkość pisania. Wiele historii, które znajdują się w książkach Krzyśka, to ja znam bezpośrednio, albo o nich słyszałem. Wiele tych wydarzeń z publikacji Stanowskiego to wydarzenia, które mu ktoś opowiedział. Ja sobie w czasie wolnym chętnie te książki czytam. Ostatnio nawet pisałem z nim smsy w sprawie wydarzenia z menadżerem Osuchem, jakie jest opisane w książce „Stan Futbolu”. Według mnie ta sytuacja wyglądała inaczej niż w sposób, w jaki Krzysiek to opisał. Jednak dzisiaj ja się już niczym nie przejmuję. Krytyka mnie nie dotyka. Nawet jeśli zostanę lekko fikcyjnym bohaterem w czyjeś książce, to nie zmienię tego i nauczyłem się już z tym żyć. Nie obrażam się na ludzi, mam 43 lata, zostało mi mam nadzieję jeszcze kolejne 30 i chcę każdy dzień przeżyć z uśmiechem na ustach. Nie tracę czasu na kłótnie, robię to co lubię i nie koncentruję się na hejcie.

    Rozmawiał
    Krzysztof Kwaśny

    Komentarze