W samo południe z… Martinem Lewandowskim: „Takie zjawisko jak „groupies” powinno mieć miejsce w polskim MMA”

    ŁączyNasPasja:  Kim chciałeś być za młodu?

    Martin Lewandowski: Dobre pytanie (śmiech). Chciałem być astronautą. Nie strażakiem i  nie policjantem, jak większość młodych chłopców. Kowbojem przez chwilę, potem oczywiście Indianinem. Jak już dorosłem troszkę, to jednak ten podbój kosmosu mnie najbardziej kręcił. Ta pasja i zamiłowanie do astronomii jest ze mną do dnia dzisiejszego. Cały czas śledzę wszystkie poczynania NASA.

    W dzieciństwie byłeś spokojny czy trochę łobuzowałeś?

    Raczej spokojny. Zdarzały się oczywiście historie, że trzeba było ingerować. Mam taką sytuację, że posiadam jeszcze dwóch braci, więc na „dzielni” stanowiliśmy we trójkę dosyć silny front. Mój młodszy brat miał najwięcej zatargów, ja byłem ten pomiędzy, a najstarszy sprawiał najmniej kłopotów. Wielkich afer nie było, ale to, że byliśmy stosunkowo duzi i była nas trójka powodowało to, że niewielu ziomków  miało do nas jakieś „ale”. Było kilka bójek ulicznych, jednak jak porównam moje dzieciństwo z tym, jakie miała spora cześć zawodników KSW, to u mnie to była sielska bajeczka.

    Koledzy twojej córki wiedzą, że nie wolno jej zaczepiać, bo tata ma wielu groźnych znajomych?

    Chyba do końca to do nich nie dociera, ale wiedzą, że coś tam tata robi, walczy i uderza. Zresztą mojej córeczce pokazuje już różne techniki, żeby się mogła przed starszym i większym kolegą obronić.

    Czy to, co teraz robisz traktujesz jako pracę do końca życia?

    Słuchaj, wiadomo, że każdy pracuje do takiego momentu, żeby kiedyś skończyć, odcinać kupony itd. Nie mam jednak takiej perspektywy, że daję sobie 4 lata, rzucam wszystko i wyjeżdżam na wyspę. Na tyle fajnie udało mi się pogodzić w życiu pasję z pracą, że nie jest to wszystko monotonne. Cały czas robię coś nowego, wymyślam nowe eventy. Oczywiście mógłbym to zrzucić na zespół ludzi, ale ja to po prostu lubię. Wielu nam zarzuca, w tym ekipa z Polsatu, że razem z Maćkiem powinniśmy siedzieć w pierwszym rzędzie i tylko palić cygara. My tak nie potrafimy, cały czas biegamy po hali ze słuchawkami na uszach i doglądamy wszystkiego.

    Czy możesz wymienić jedną cechę, która najbardziej imponuje Tobie u Macieja Kawulskiego, a z drugiej strony taką, która jest u niego najtrudniejsza do zaakceptowania?

    Nie odpowiem na to (śmiech). Po tylu latach, to my już jesteśmy naprawdę jak stare, dobre małżeństwo. Cały czas się uzupełniamy, jeśli jakieś cechy były u kogoś minusem 10 lat temu, to gdzieś się to zatarło. To najlepiej widać, jak razem siedzimy u różnych biznes partnerów i dobieramy się do nich, to wtedy rzeczywiście stanowimy dobry duet. Ilość lat, jakie ze sobą współpracujemy powoduje też, że mieliśmy mnóstwo mniejszych konfliktów, jak to w małżeństwie. Jednak to jest tak, że jeden jest w czymś lepszy, drugi gorszy i to się nawzajem fajnie uzupełnia. Dlatego właśnie działamy jako duet i ten owoc nazwany KSW może cały czas cieszyć fanów.

    martin-lewandowski-laczy-nas-pasja-1

    Zarówno Ty, jak i Maciej Kawulski trenowaliście sporty walki. Maćka ze względu na dawne lata można by wystawić  przeciwko Mirkowi Oknińskiemu, a z kim ty mógłbyś się zmierzyć?

    Z nikim (śmiech). Za dobrze tych wszystkich chłopaków znam.

    Może ktoś z polityki?

    Tym bardziej nie, bo zaraz się zacznie, że kogoś z jednej partii chcę uderzyć, a komuś odpuścić. Politykę zostawmy obok sportu. Ja trenuję, nazwijmy to „menadżersko”. I jeśli nawet zdarzy mi się 2 – 3 razy w tygodniu zrobić trening, to jest nic w porównaniu z tym, co zawodnicy ćwiczą. Na szczęście mogę sobie z każdym zrobić sparing, jednak przepaść między naszymi poziomami jest kolosalna i dużo niższy zawodnik może z łatwością mną pokręcić.

    Byłeś w Szkole Muzycznej na Wydziale Perkusyjnym. Jak wiadomo perkusiści mają sporo fanek. Fanki nazywamy w muzyce „groupies”. Czy  istnieje coś takiego jak „groupies” w polskim MMA?

    Dobre pytanie (śmiech). Musiałbyś zrobić sondę. Generalnie to nie wiem, czy takie zjawisko jak „groupies” ma miejsce w polskim MMA, ale z pewnością powinno (śmiech). Powinniśmy kontynuować to, co było kiedyś w muzyce rockowej. A co do szkoły muzycznej to 3 lata mi się udało skończyć, potem wyjechałem za granicę i już nie mogłem wznowić tego kierunku. Skończyłem tuż po powrocie tylko Akademię Ekonomiczną, bo robiłem wówczas dwa kierunki równolegle.

    Jak to się stało, że gale KSW są dobrym pretekstem dla celebrytów, żeby się pokazać?

    Popularność tej dyscypliny, ilość nazwisk jakie przewinęły się przez karty walk pokazały, że to nie jest jakiś niszowy sport, którego należałoby się wstydzić. Poza tym sama dyscyplina jest ciekawa, nie jest udawana, jest jej najbliżej do realnej walki. Są to prawdziwe emocje, bohaterowie z krwi i kości, którzy potrafią się wysłowić, są medialni. To powoduje, że taki jeden z drugim widzi sens, żeby na takim wydarzeniu się pokazać. To jest fajny, twardy męski sport i przy takiej dyscyplinie pewnie wizerunek niektórych celebrytów znacznie zyskuje.

    Najciekawsza historia z after party po gali?

    Ojej (śmiech). Jedno co mogę powiedzieć, że jeśli zdarzają się jakieś problemy, to ostatnimi którzy robią kłopot, to są zawodnicy. Jeśli coś się dzieje niedobrego, to najczęściej prowokatorami do takich zdarzeń są fani. Niektórzy z nich jeżdżą na wszystkie gale i wydaje się im, że jak poznali jednego czy drugiego zawodnika, to mogą sobie pozwolić na określone gesty i ruchy. Czasami jeszcze dodatkowo alkohol powoduje, że każdy jest Brucem Lee, a po takich emocjach jeszcze ta adrenalina przecież mocniej krąży w żyłach. W tej sytuacji to mogło się zdarzyć, że komuś krew z nosa poleciała. Dzieje się to jednak naprawdę bardzo rzadko.

    Zauważyłem w ostatnim czasie, że wielu zawodników ma problem z nowym bardziej medialnym wizerunkiem Artura „Kornika” Sowińskiego. Jak myślisz dlaczego?

    Powiem szczerze, że nie zauważyłem, żeby głośno ktoś podejmował ten temat. Czasami słyszałem, że ktoś mówi, że on chce kopiować Conora McGregora. Moim zdaniem to jest dwóch innych gości. Są to dwa inne typy osobowości. Oczywiście Kornik był dla mnie sporym objawieniem, ponieważ był kiedyś zawodnikiem mało charakterystycznym, po czym wrócił po pół roku z zupełnie innym stylem bycia. Potrafi dzisiaj udźwignąć tą medialność, poradzić sobie z publiką i moim zdaniem jest to droga bardzo słuszna. W tym miejscu mogę wszystkich zawodników namawiać na takie podejście do sprawy. To się przekłada na zainteresowanie danym zawodnikiem, na liczbę sprzedanych biletów, ilość sprzedanego PPV. To są same plusy. Można dyskutować czy dany gag był fajny czy nie, ale nie o tym, że to jest niepotrzebne. Jest wielu świetnych zapaśników i judoków, ale nikt kurwa o nich nie słyszał, bo nie mają takiej trampoliny jak KSW. My nie namawiamy swoich zawodników, żeby na siłę robili coś pod kamery, obrażali przeciwników i pokazywali tyłek. Każdy musi znaleźć swoją drogę. Kornik akurat jest zabawny, mi się podobają jego wszystkie gesty i zachowania na ważeniu.

    Trudno jest przekonać zawodników żeby byli bardziej medialni? Ja jestem blisko boksu zawodowego i tam, jak ktoś nie jest takim Arturem Szpilką, który doskonale wie czym są media, to jest ciężko kogokolwiek wypromować. Potem się wszyscy dziwią, że na KSW są pełne hale, a na galach boksu tak dobrze jeśli chodzi o frekwencję już nie jest.

    O tym właśnie też chciałem powiedzieć. Ten Artur Szpilka tą bójką z Zimnochem na ważeniu przed galą Gołota – Saleta zrobił to, że nikogo już ta główna walka nie interesowała. Tego typu zagranie medialne pokazało, że zawodnik, który do tego momentu znany był tylko mocnym fanom tej dyscypliny i kilku dziennikarzom, nagle stał się prawie bohaterem narodowym. Co prawda w tej bójce nie było niczego udawanego i planowanego i oni się po prostu bardzo nie lubili. Co nie zmienia faktu, że  każdy za Szpilkę teraz trzyma kciuki gdziekolwiek walczy. My oczywiście namawiamy zawodników, pokazujemy im pewne drogi, ale są po prostu różne typy charakterów. Na przykład taki Michał Materla jest zawodnikiem, którego nie da się poprowadzić. On sam znalazł na siebie sposób i świetnie mu to wychodzi. Mamed też okazał się naturalnym talentem do medialnych przedsięwzięć. Podobnie jest z Kornikiem, ale jakbyś mnie spytał o niego dwa lata temu, to bym odpowiedział, że on się w ogóle medialnie nie sprzeda. No i się pomyliłem. Do dzisiaj obserwuję zjawisko, że młodzi zawodnicy z mniejszymi rekordami, którzy u nas debiutują, często się spalają. Co innego oglądać to w telewizji, a co innego wejść do klatki.

    martin-lewandowski-laczy-nas-pasja-2

    Wracając do tego marketingu, to co z tym Popkiem?

    Popek jest na liście zawodników, z którymi rozmawiamy. On sam już nagrywa filmy i mówi, że wraca. Jednak żebyśmy to oficjalnie potwierdzili, to musi być najpierw kontrakt podpisany na jakiś tam warunkach, które w tym momencie są negocjowane. Na razie jest za szybko, żeby o tym mówić.

    Czy Popek miałby spełniać rolę podobną do tej, jaką miał Pudzianowski? Czyli chodzi o to, żeby jak najwięcej nowych osób przyciągnąć w stronę KSW?

    Ja go traktuję jako bardzo silny produkt marketingowy, nie urażając Popka jako człowieka. On sobie zdaje sprawę ze swojej siły. Z tego co wiem, to ma wyprzedane koncerty do końca roku, za naprawdę konkretne pieniądze. Budzi sensację, budzi podziw, innych odraża, ale i tak słuchają i kupują jego płyty. Jest silny przede wszystkim medialnie i my tego nie ukrywaliśmy nigdy, że jeśli pojawią się takie perełki na polskim rynku, to my je po prostu będziemy wyłapywać. Kiedyś namawialiśmy Iwonę Guzowską, ofertę dostał Tomek Adamek, ciągle kusimy „Diablo” Włodarczyka, jak mu się znudzi walka na pięści. Zapraszam go do klatki, chociaż nie ze mną (śmiech). Choć kto wie (śmiech), może w klatce miałbym jakieś szanse. Generalnie mamy w nosie czy ktoś mówi, że dany pojedynek to freak fight czy nie. Zwykle jest to 1 walka na 9 na naszej karcie, więc sport i tak jest w zdecydowanej większości.

    Co z Paniami w KSW? Po odejściu Karoliny Kowalkiewicz i porażce Katarzyny Lubońskiej jest w tym temacie cicho…

    Temat upadł naturalnie. Po prostu zawodniczka, która wygrała z Lubońską nie mieszka tutaj, a więc ciężko jest ją namierzyć, zrobić z nią wywiad i postawić przed kamerą. Ariane Lipski pojawi się na naszej gali w drugiej połowie roku. Mamy na celowniku  dwie kolejne panie, które mogą podbić znowu zainteresowanie kobiecym MMA w Polsce.

    Dwóch zawodników, którzy walczyli wcześniej dla FEN jest już u was. Mogą znaleźć się kolejni? Na przykład Tymoteusz Świątek?

    O nim akurat w ogóle nie myślimy. Chyba, że rzeczywiście do jakiegoś zawodnika będzie on pasował. Umówmy się, my nie robilibyśmy zestawienia pod niego, tylko on musiałby nam pasować. Jest naprawdę tylu zawodników w kraju czy z zagranicy, że naprawdę wobec niego nie ma żadnych planów.

    To na koniec, jesteś w stanie wskazać klucz do waszego sukcesu? 

    Ilości elementów, jakie świadczą o sukcesie w biznesie jest kilka. Zawsze to jest dobry zespół, fajna koniunktura i parę osób z Marianem Kmitą na czele, który ileś tam lat temu zawierzył nam i dał szansę. Do tego sponsorzy, całe zaplecze techniczno – organizacyjne jak Hotel Marriot, bo pracowałem tam jako kierownik do spraw promocji. Miałem pewne sznurki, które mogłem pociągnąć, znałem ludzi z mediów, itd. Jednak najważniejsze wydaje mi się to, że my reinwestujemy w ten produkt. Cały czas inwestujemy w nowe nazwiska, produkcję na wysokim poziomie, zdobywamy nowe miejsca. Nie osiedliśmy na przysłowiowych laurach, nie pomyśleliśmy sobie, że mamy rozbujany już ten interes. Cały czas robimy coś nowego, gadamy z takim Popkiem, z Fedorem Emelianenko jeśli się uda, to przecież będzie jakiś kosmos organizacyjno–kontraktowy. Jeśli jednak na biznes patrzymy długoterminowo, to nie mamy wyjścia i musimy szukać kolejnych wyzwań.

    Dziękuję bardzo za rozmowę.

    Dzięki wielkie.

    Rozmawiał
    Krzysztof  Kwaśny

    Komentarze