W samo południe z… Łukaszem Chlewickim: „Dziękuję Bogu za to, że mogłem wrócić i walczyć w oktagonie”

    ŁączyNasPasja: Skąd ksywka „Sasza”?

    Łukasz Chlewicki: To już pseudonim, jaki nadano mi od lat młodzieńczych. Towarzyszył mi od pierwszych treningów judo. Zawsze preferowałem taki typowy wschodni styl walki, oparty na dobrym przygotowaniu fizycznym i niezłej kondycji. I tak się jakoś przyjęło z tym „Saszą” i tak jest do dziś.

    Czy jak byłeś młodym chłopakiem to łobuzowałeś?

    Może łobuzowałeś to trochę złe słowo, ale na pewno urwisowałem. Pewnie jak większość młodych chłopaków w tym wieku. Nie terroryzowałem nauczycieli ani innych uczniów. Zdarzały się, co prawda, jakieś uwagi i wizyty rodziców w szkole, natomiast nic specjalnie strasznego nie robiłem.

    Czy uprawianie sportu w jakikolwiek sposób pomogło ci wyjść w życiu na porządnego człowieka?

    Tak, zdecydowanie! Poprzez uprawianie sportu przez te wszystkie lata ukształtowałem swój charakter. Dzięki temu staram się z należytym szacunkiem podchodzić do drugiego człowieka. Wiadomo, że na początku naszego życia istotny wpływ ma najbliższa rodzina, otocznie w jakim przebywamy i to, co wynosimy ze szkoły. A wracając do sportu, to dzięki niemu poznałem wielu fantastycznych ludzi, którzy wspierają mnie do dziś i za to przede wszystkim jestem wdzięczny.

    Dlaczego jak miałeś 11 lat, to bałeś się przyznać rodzicom, że trenujesz judo?

    W tamtym okresie najważniejsza była szkoła. Nie wiadomo było jeszcze wtedy, czy z tych moich treningów coś dobrego wyjdzie. Nie chciałem, żeby rodzicie myśleli, że robię wszystko, żeby się nie uczyć. Przyszedł jednak dzień wyjazdu na pierwsze zawody i pamiętam jak dziś, że musiałem zwołać zebranie rodzinne i powiedzieć całą prawdę. Wiązało się to przecież z wyjazdem na cały dzień. Na szczęście przyjęto to ze zrozumieniem i tata powiedział, że skoro już zacząłem trenować, to żebym to kontynuował i tak ta przygoda ze sportami walki trwa nadal.

    Zdarzyło się już kiedyś, że podczas patrzenia sobie w oczy na ważeniu pomyślałeś sobie “ten gość jest przestraszony”, albo “z tym facetem będzie jutro trudno”?

    Tak, czasami można z tych oczu coś wyczytać. Jak to mówią: swój swojego wyczuje. Można zobaczyć czy ktoś jest pewny siebie, czy się boi. Najważniejszy jednak w tym wszystkim jest szacunek do przeciwnika. I to nie taki, że ktoś się ciebie boi, tylko taki pozytywny, który potem przerodzić się może na bardzo dobrą walkę następnego dnia. Podsumowując, to można oczywiście coś zobaczyć w oczach rywala, ale też nie zawsze bym się tym sugerował, bo jest taka grupa zawodników, dla których to wszystko to jest tylko medialne przedstawienie i oni po prostu udają w blasku kamer. Są lepszymi aktorami niż zawodnikami.

    lukasz-chlewicki-laczy-nas-pasja

    Zawsze powtarzasz, że dzień walki jest dla ciebie najtrudniejszy. Masz jakieś stałe rytuały?

    Dzień walki się strasznie wydłuża. Od rana już tylko czekasz i myślisz o tej walce. A tu jeszcze jest zwykle sporo czasu do tego pojedynku. Człowiek się po prostu krząta z miejsca na miejsce. Ja chce już w ten dzień to mieć jak najszybciej za sobą, żeby sprawdzić czy cała praca podczas przygotowań nie poszła na marne. Najgorszym momentem jest dla mnie, kiedy wyczytują moje nazwisko i muszę wychodzić do walki. Jednak już samo wyjście przy ulubionym utworze i wśród kibiców wprowadza mnie na odpowiednie fale i pozwala złapać tą maksymalną koncentrację, którą staram się utrzymać już podczas samego pojedynku.

    Po ostatnim zwycięstwie na KSW 33 powiedziałeś, że niektórzy zawodnicy “spierdalają tylko i nie chcą się bić i wtedy ty nie jesteś w stanie dawać dobrych pojedynków”. Z czego wynika taka postawa twoich niektórych rywali?

    Podczas gali KSW 29 miałem konfrontację z Mateuszem Gamrotem i mogę śmiało powiedzieć, że unikał walki. To była jego taktyka i też to rozumiem. Jednak przez to kibicie nie dostali takiego pojedynku, na jaki zasługiwali i jakiego oczekiwali. Ja też zawsze mam swój plan na walkę i nigdy on mnie nie zawiódł, żebym musiał spierdalać z oktagonu, albo latać czy skakać na około przeciwnika. Zawsze staram się dawać otwarty pojedynek, żeby taka walka była jak najmniej zależna od sędziów. Chciałbym unikać takich typowo taktyczno – punktowanych konfrontacji.

    W latach 2005 – 2010 miałeś przerwę od startów, czym była ona spowodowana?

    Miałem kontuzję. Sprawa była na tyle poważna, że lekarze mi powiedzieli, że już nigdy nie wrócę do uprawiania sportów walki. To były problemy z kręgosłupem. Na szczęście miałem operację i potem wszystko udało się z tym zdrowiem poukładać. Dziękuję Bogu za to, że mogłem wrócić i walczyć w oktagonie, bo walka i generalnie sport to moja życiowa pasja.

    Co jest dla ciebie największą motywacją, żeby wracać zarówno po kontuzjach jak i porażkach do dalszych treningów?

    Inaczej wracamy po urazach niż po porażkach. Trudniej wrócić po kontuzji ponieważ zawodnik wtedy chce, jak najszybciej osiągnąć ten sam poziom, jaki miał wtedy, kiedy był w pełni zdrowy. A niestety to wszystko trwa, czas się wydłuża i niezbędne jest przejście całego okresu rehabilitacji. A tacy zawodnicy jak my, mają w sobie często chorą ambicję i nieraz powracają za szybko trenując nawet z urazami. Jeśli chodzi o przegrane, to nie pamięta się nic innego jak porażki. To z nich można się zdecydowanie więcej nauczyć niż z wygranych. Jak zwyciężasz, to wszyscy ci gratulują i klepią po ramieniu. W momencie kiedy przegrywasz zostaje z tobą zaledwie kilka osób. Najczęściej jest to rodzina i kilku kolegów z klubu. Potem się siedzi i analizuje jakie były powody tego, że się nie udało. A jak wygrywasz to wszystko jest super. Mówi się, że wygranych się nie osądza i coś w tym jest.

    Masz syna, chciałbyś, żeby też poszedł w sporty walki?

    On na tę chwilę jest już w sportach walki. Trenuje jiu – jitsu łączone z judo pod opieką Ireny Preis. Na razie chodzi na treningi, bez specjalnych oczekiwań. Staram się nie wywierać na nim presji. Wolę, żeby się tym bawił i sukces wtedy przyjdzie sam, niż to, co dzieje się wśród rodziców teraz. Czasem jak jestem na sali treningowej to widzę, że niektórzy starają się poprzez dziecko spełnić swoje niespełnione ambicje. A ten dzieciak ma przychodzić na treningi z uśmiechem na ustach, bawić się tym sportem i być chwalony za to, co robi. Takie dziecko poprzez treningi uczy się pewności siebie, funkcjonowania w grupie, zaczyna się kształtować jego osobowość. Jeżeli to wszystko jest prowadzone z głową i pasją to sukcesy są gwarantowane.

    lukasz-chlewicki-laczy-nas-pasja-2

    Jakbyś miał córkę to pozwoliłbyś jej zostać ring girl?

    (śmiech) Każdy wybiera swoją drogę. Nie mam córki, mam syna i niech tak zostanie (śmiech).

    Wyobraź sobie, że jednak masz. Byłbyś typem nerwowego tatusia, czy nie miałbyś z tym problemów?

    Słuchaj, jeżeli to byłoby coś więcej niż tylko jakaś tam chwilowa fanaberia i wiązałoby się to z czymś więcej, z jakimś spełnieniem życiowych celów, to można by na ten temat porozmawiać. Poza tym wydaje mi się, że profesjonalne ring girls robią w życiu coś więcej niż tylko podnoszenie numerków. To jest ich praca, wiąże się to na pewno też z różnymi innymi obowiązkami. Na szczęście jednak nie mam tego problemu na dzisiaj i niech tak zostanie (śmiech).

    Zgadzasz się z teorią że z MMA będzie już tylko lepiej, ponieważ za kilka lat pełnoprawnymi trenerami będą obecnie walczący zawodnicy?

    Tak, zgadzam się. Śmiem twierdzić, że już nawet to wszystko w Polsce funkcjonuje jak należy. W czasach kiedy ja zaczynałem to wszystko robiliśmy na wariackich papierach. Raz się trenowało boks, drugi raz co innego. A teraz są już trenerzy, którzy pilnują zawodnika podczas okresu przygotowawczego i nic nie dzieje się z przypadku. A powinno być jeszcze tylko lepiej.

    Twoja największa życiowa słabość?

    Jestem uparty. Czasem wiem, że nie mam racji, ale robię wszystko, żeby i tak wyszło na moje. To z jednej strony moja największa wada, ale też często zmienia się w zaletę. Jestem zawodnikiem indywidualnym, nie muszę więc grać w drużynie. Oczywiście pewna grupa osób pomaga mi przed walką, jednak w oktagonie jestem sam. I ta upartość moim zdaniem przydaje się w sportach walki. Oczywiście czasami na tym tracę, ale taki już jestem i nie chcę się zmieniać.

    Zawodnik, którego podziwiasz?

    Jest wielu takich. Na pewno muszę wymienić Fedora Emelianenko, który jest prawdziwą ikoną tego sportu. Bardzo imponuje mi też St-Pierre, który jest mistrzem taktyki, z kolei na przykład Henderson jest bardzo upartym i zdeterminowanym wojownikiem. Jest naprawdę sporo świetnych zawodników, od których można czerpać jak najwięcej. Pokazują oni, że ciężką pracą można osiągać sukcesy i przedstawiają ten sport w jak najlepszym świetle.

    Miałeś kiedyś sytuację, że ktoś ciebie rozpoznał na ulicy i chciał się sprawdzić?

    Nie. Na szczęście niczego takiego sobie nie przypominam. Mam nadzieję, że taka  sytuacja nie będzie nigdy miała miejsca. W ogóle to brzydzę się przemocą. To straszna głupota. Ja ciężko trenuję, sprawdzam się podczas walk w oktagonie i mam gdzie testować swoje umiejętności. Nie chciałbym tego robić poza salą treningową.

    Sport będzie towarzyszył ci już do końca życia?

    Myślę, że tak. Na pewno zrobię wszystko, żeby tak było. Jeżeli tylko zdrowie pozwoli, to ja już obrałem swój azymut i w tę stronę to zmierza.

    Rozmawiał Krzysztof Kwaśny

    Komentarze