W samo południe z… Apoloniuszem Tajnerem: „Chciałbym w tym miejscu zaapelować do żon, narzeczonych i dziewczyn…”

    ŁączyNasPasja: Czy „109” to dla Pana szczęśliwa liczba?

    Apoloniusz Tajner: Szczęśliwa jak szczęśliwa. To był mój rekord w odległości skoku, jaki udało mi się osiągnąć. Miało to miejsce jeszcze na starej, nieprzebudowanej Wielkiej Krokwi. Nigdy nie miałem okazji skakać na skoczni mamuciej. Często nasi zawodnicy się ze mnie śmieją i z tego mojego rekordowego skoku. No bo co to za wynik, kiedy spora część z nich ma w swoim dorobku już skoki ponad 200 metrowe.

    Po tym jak wrócił Pan z Reprezentacją Polski w kombinacji norweskiej z IO w  Calgary, to przestał Pan zajmować się sportami zimowymi i prowadził sklep z odzieżą i obuwiem. Myślał Pan w tamtym czasie, że to już definitywny koniec przygody ze sportem?

    To był czas przemian. Większość zawodników z ówczesnej kadry wyjechało za granicę. Najczęściej do Kanady. Nie było już za bardzo kogo trenować. Zająłem się wówczas prowadzeniem małej działalności gospodarczej i myślałem, że tak już pozostanie. Taka praca pozwalała mi jednak funkcjonować jako działacz. Dlatego właśnie zacząłem pomagać w klubie sportowym w Wiśle, potem zostałem członkiem zarządu w PZN i w 1999 roku zaproponowałem, że mogę poprowadzić kadrę skoczków, bo za bardzo nie miał kto tego robić. Plan był taki, że będę pełnił funkcję trenera przez rok, a w tym czasie znajdziemy kogoś na moje miejsce. Co było dalej wszyscy wiemy.

    Jeszcze zanim został Pan Prezesem PZN, to po zakończeniu kariery trenerskiej próbował Pan sił w polityce (2004 rok – wybory do Europarlamentu z listy PSL). Dobrze, że się nie udało?

    Jak przestałem być trenerem, to dostałem propozycję kandydowania i powiem szczerze, że nie miałem wtedy nic innego do roboty. Nie jestem politykiem i nie interesuje mnie za bardzo ta dziedzina życia. Od razu odpowiem na pytanie: Tak. Dobrze, że się wtedy nie udało. Pewnie bym się tam męczył. Generalnie, to było fajne doświadczenie, bo mi pokazało, że to jednak nie jest dla mnie. Za późno się za to zabrałem, takie rzeczy trzeba robić wcześniej. Na szczęście robę dalej to co lubię.

    Już jako prezes musiał Pan się w ostatnim roku mierzyć z trudnymi sytuacjami. Czuł się Pan trochę jak detektyw, kiedy trzeba było w trakcie sezonu dociekać, co jest tak na prawdę przyczyną złej formy zawodników?

    Pierwsze złe sygnały dostawałem już w lipcu w zeszłym roku. Pojechałem na obóz, postanowiłem się zbliżyć do kadry. Jestem zwolennikiem tego, aby działacze jak najmniej wtrącali się w pracę trenera. Musiałem jednak znaleźć przyczyny tej słabej formy. W kadrze panował brak dyscypliny, porządku, konflikty między sztabem szkoleniowym i zawodnikami. Dlatego teraz cieszę się, że z przyjściem nowego trenera zapanowały twarde zasady funkcjonowania w kadrze.

    apoloniusz-tajner-laczy-nas-pasja-1

    “Stefan jest nareszcie odpowiednią osobą na tym stanowisku” – to wypowiedź Macieja Maciusiaka, w jednym z ostatnich wywiadów. Tą zadrę do Kruczka widać gołym okiem.

    Konflikt był już tak duży, że to nie miało szans współdziałać. Zarówno Kruczek jak i Maciusiak należą do bardzo ambitnych trenerów. Każdy z nich prowadził swoją oddzielną kadrę. Nastąpiła pomiędzy nimi niezdrowa rywalizacja. Do kadry B zostali przesunięci Maciej Kot i Dawid Kubacki. Oni to uznali jako afront, a chodziło o to, że już się Kruczek nie mógł z nimi dogadać. Błędem było to, że każdy prowadził swoją kadrę. Teraz wraz z przyjściem Horngachera wszystko będzie pod jego kontrolą. On jest szefem wszystkich reprezentacji. Co więcej, będzie pomagał także trenerom klubowym.

    W wywiadzie dla Przeglądu Sportowego w marcu tego roku, powiedział Pan, że będzie się konsultował w sprawie nowego trenera ze Stochem, Żyłą, Kotem, Kubackim, ale nie z Ziobrą, któremu daleko do partnerstwa. Co prezes miał na myśli?

    Nie chciałbym o tym mówić. Tak jak wcześniej wspominałem padła dyscyplina w grupach. Pewnie Ziobro ze względu na swój wiek i osiągnięcia sportowe zasługiwał, aby porozmawiać i z nim, ale zdecydowałem inaczej. Chciałbym w tym miejscu zaapelować do żon, narzeczonych i dziewczyn zarówno zawodników jak i sztabu szkoleniowego, aby wspierać ich bardzo mocno. Oni bardzo czegoś takiego potrzebują. Szczególnie mam tu na myśli nie obarczanie ich swoimi problemami, najczęściej w momentach, kiedy zawodnik jest na zawodach. Czasami jeden sms może spowodować, że skoczek nie prześpi całej nocy, a rano ostatnią rzeczą na jakiej mu zależy to są skoki. Te kobiety zebrane wokół kadry mają fundamentalny wpływ na dyspozycję zawodników, dlatego tak ważne jest, aby ich wspierały jak najmocniej.

    Podobają się Panu rządy twardej ręki Stefana Horngachera?

    Tego potrzebowała ta grupa. Wprowadził on sporą dyscyplinę od punktualności do tego co robi dany zawodnik w czasie wolnym. Jego podejście jest takie, że jak coś ustali, to tak ma być. Nikt nie ma prawa tego podważać i z nim dyskutować.

    Jak Austriakowi udało się tak szybko namówić Piotra Żyłę do zmiany pozycji najazdowej?

    To była krótka piłka. Piotr usłyszał, że nie ma szans na dalszy rozwój, na osiąganie sukcesów, a tym samym na zarabianie pieniędzy. Umowy sponsorskie są przecież uzależnione od osiąganych wyników. Dowiedział się, że jeśli tego nie zmieni, to nie ma sensu go szkolić, a to może oznaczać pożegnanie się z reprezentacją. Podziałał w tym miejscu duży autorytet Horngachera i sam zawodnik nie miał problemu z tym, żeby dostosować się do oczekiwań nowego szkoleniowca.

    Jak Pan słyszy o  takich historiach, że w 2008 roku Piotr Żyła na zawodach Pucharu Kontynentalnego w Finlandii próbował alkoholu przed skokiem, bo ktoś mu tak doradził, to co Pan sobie myśli?

    Piotrek jest specyficzny. Zdaje się, że powiedział to w programie Kuby Wojewódzkiego. Równie dobrze mógł się po prostu dostosować do formuły programu i taką rzecz powiedzieć. Z drugiej strony też nie zdziwiłbym się, gdyby rzeczywiście próbował alkoholu przed skokiem. Pamiętam, że jak kiedyś przyjechał jeden doktorant i miał wykład na temat tego, czy seks pomaga czy przeszkadza w uprawianiu sportu. Bardzo chciałem znać zdanie Piotrka Żyły w tym temacie. On zapytany o to, długo się nie zastanawiając odpowiedział: „W Oslo nie było i wygrałem, a w Planicy było i zająłem 3 miejsce. I tak dobrze i tak” (śmiech).

    Czy spodziewał się Pan kiedyś, że Pański dawny podopieczny Wojciech Skupień zostanie pracownikiem ABW?

    Nie spodziewałem się. Natomiast z drugiej strony patrząc – dlaczego nie? Wiem, że jeszcze  jeden były dobry skoczek, kadrowicz też należy do tej formacji. Bardzo różnie układają się losy sportowców, po zakończeniu przez nich swoich karier. Ja tą wiadomość przyjąłem z zainteresowaniem i cieszę się, że ma stałą i stabilną pracę.

    On chyba był troszkę trudniejszy do współpracy od reszty zawodników.  Dzisiaj wydaję się być tak troszkę obok skoków narciarskich…

    Nie jest tak do końca obok, ponieważ jego synowie skaczą na nartach i Wojtek pojawia się na tych zawodach dziecięcych. Ma swoją pracę, dlatego nie jest już w tym sporcie na stałe. Ja go osobiście bardzo szanuję za to, że on pomimo tego, że miał bardzo trudną sytuację życiową trwał przy sporcie. Mieszkał  w domu tylko z ojcem i to on go wychowywał. Częściej u niego w rodzinie było gorzej niż lepiej. Sam go odwoziłem pod ten ciemny dom, gdzie najczęściej w środku nocy po zawodach musiał wracać. Wspominam go bardzo ciepło, choć nie zawsze było nam łatwo się porozumieć.

    apoloniusz-tajner-laczy-nas-pasja-2

    Obecna kadra chyba prowadzi się zdecydowanie lepiej, niż to miało miejsce chociażby w 2005 roku, kiedy głośno było o ekscesach alkoholowych za panowania Heinza Kuttina czy wcześniej…

    Tak, jeśli chodzi o sprawy związane z alkoholem wśród zawodników, ale i w sztabie szkoleniowym, to były wtedy zupełnie inne normy zachowań niż dzisiaj. Oczywiście problem alkoholu dalej występuje, ale nie jest to już w hierarchii pozycja numer jeden. Kiedyś to był główny kłopot naszych skoków. Nadużywali zarówno zawodnicy jak i trenerzy. Teraz na szczęście idzie to już w dobrą stronę.

    Czy istnieje coś takiego, jak doping w skokach narciarskich? (oprócz niedozwolonych kombinezonów, nart itd.)

    Podczas mojej współpracy z profesorem Jerzym Żołądziem często podejmowaliśmy dyskusję na temat tego, co by mogło skoczkowi pomóc. To był okres, kiedy zdyskwalifikowano Dmitrija Wasiljewa na 2 lata, za stosowanie środków wytrącających wodę z organizmu. To nie był wówczas środek dopingujący, tylko zagrażający jego zdrowiu, ponieważ pomagał szybko obniżyć masę ciała. Są środki zabronione i dopingujące. Trzeba to rozróżniać. A wracając do rozważań z profesorem, to po przeanalizowaniu wszystkich możliwości doszliśmy do tego, że jedyną możliwą formą dopingu byłoby wypicie 25 – 50 gram koniaku przed skokiem. To spowodowałoby, że zawodnik się trochę uspokoi, nie tracąc nic na fizycznych parametrach. W skokach narciarskich rzeczywiście nie ma afer tego typu, bo wszyscy chyba dochodzą do wniosków, że pomagając w jednej rzeczy, to automatycznie szkodzi się innej. Dlatego też nie mamy póki co, w tej dyscyplinie problemów z dopingiem i raczej mieć ich nie będziemy.

    To chce mi Pan Prezes powiedzieć, że zamiast bułki z bananem był koniak?

    Nie było, ale tak akademicko dyskutując stwierdziliśmy, że tylko to by pomogło na zasadzie stępienia stresu. Bułka i banan też się nie pojawiły przypadkowo, bo kiedyś konkurs w Willingen trwał po 5 – 6 godzin. Kiedyś nie przerywano serii, tylko kontynuowało się tak długo jak to możliwe. Według profesora Żołądzia, zawodnik co 2 godziny powinien coś podjeść. A tam w barku na skoczni były same ciężkie potrawy: makarony, gulasze. Profesor znalazł banana i bułkę i kazał tym podjadać. Węglowodany plus witaminy, to było wszystko czego zawodnik potrzebował, w momencie kiedy nie było niczego innego.

    Czytał Pan książkę Wojciecha Fortuny” Skok do Piekła”? Losy zawodników z tamtych czasów nie są usłane różami…

    Oczywiście, że czytałem. Często też rozmawiamy ze sobą, w dawnym czasach razem trenowaliśmy, także znamy się jak łyse konie. Wojtek wychowywał się w samym centrum Zakopanego, które w tamtych latach oprócz Sopotu było głównym kurortem turystycznym. Miał tym samym ciągoty do różnych spraw: alkoholu, nieprzespanych nocy i tak dalej. Generalnie nie było pieniędzy wtedy w sporcie, czyli nie można było z tego żyć. Każdy zawodnik poza karierą sportową musiał jeszcze coś robić innego. A poza tym, była inna mentalność, alkohol wśród trenerów i zawodników był wszechobecny. To budowało też tolerancję, do tego typu zachować. Byliśmy zresztą z tego znani, działo się to też podczas różnych wyjazdów i tego nie ukrywam. Na szczęście bardzo to się zmieniło.

    Niedawno ukazał się film „Eddie zwany Orłem” o brytyjskim skoczku, który nazywał się  Eddie Edwards. Jak Pan wspomina ten jego fenomen?

    Bardzo ciekawy przypadek. Widziałem go już kilka lat przed IO w Calgary. Czasami spotykaliśmy się na zgrupowaniach. Traktowaliśmy go wszyscy jako ewenement. On zawsze był ostatni na zawodach. Co ciekawe, jest to pierwszy zawodnik w historii skoków narciarskich, który zarobił milion dolarów. Był  najgorszym skoczkiem świata i potrafił to przekuć na medialny i finansowy sukces. Myśmy go  podziwiali za to, że on po każdej kontuzji wracał na skocznię. On miał chyba wszystkie możliwe złamania kości, jakie są możliwe. To był absolutny antytalent z posturą i fizjonomią księgowego. Dodatkowo śmiesznie wyglądał z tymi grubymi okularami i korpulentną sylwetką. On wracał na skocznię – łamał się, potem wracał i tak w kółko. Potem zmieniły się przepisy i już nie mógł startować. Ludzie przychodzili na skocznię, żeby zobaczyć, co tym razem zrobi w powietrzu ten szalony Anglik. Jedynie ci najlepsi skoczkowie byli źli, że zarabiają mniej od niego.

    Rozmawiał
    Krzysztof Kwaśny

    Komentarze