Tomasz Hajto: Pokaz siły i dominacja Barcelony w finale Pucharu Króla

Grzegorz Krychowiak na koniec klubowego sezonu rozegrał dwa wielkie finały, w tym jeden z dogrywką. O ile w pierwszym meczu z Liverpoolem w Lidze Europy, Sevilla w drugiej połowie pokazała klasę, to w spotkaniu z Barceloną w Pucharze Króla, pomimo 70 minut gry w przewadze, nie potrafiła rywali pokonać. Mistrzowie Hiszpanii mają w składzie nieprawdopodobnego Leo Messiego, który dwoma dotknięciami talentu przesądził o wyniku spotkania.

Niby wszyscy wiemy to od dawna, że Barcelona ma piłkarzy wybitnych, ale oglądanie ich w akcji to prawdziwa przyjemność. Atak pozycyjny, umiejętności indywidualne, technicznie, odbiór piłki – bez dwóch zdań pokazali w niedzielę wielkość. Momentami wydawało się, że to Sevilla gra bez jednego zawodnika. Można Barcelonę lubić bądź nie, można jej kibicować lub nie, ale obiektywnie trzeba stwierdzić, że to drużyna zajmująca miejsce w piątce najlepszych na świecie. Nic się pod tym względem nie zmienia.

Przede wszystkim to Messi robi różnicę. Fenomenalny drybling, fenomenalne przyśpieszenie, odporność na stres, która także jest miarą talentu; to co on wyprawia lewą nogą, to dotknięcia piłkarskiego geniusza. I wreszcie ta powtarzalność. Może mieć słabszy dzień, ale nigdy nie zejdzie poniżej poziomu, o jakim inni mogą tylko pomarzyć. Statystykami dorównuje mu tylko Ronaldo.

Niestety Krychowiak okupił te finały kontuzją. Już przed meczem z Barcą jego występ stał pod znakiem zapytania, a później okazało się, że uraz się odnowił. Mam nadzieję, że Krychowiak to na tyle mocny gracz, że jego powrót do sprawności będzie kwestią siedmiu albo dziewięciu dni, o ile jest to tylko kontuzja mięśniowa. Przy odpowiednim treningu funkcjonalnym powinien szybko wrócić do siebie. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, ile ten zawodnik znaczy w reprezentacji Polski.

Teraz przed nami klubowych rozgrywek w postaci sobotniego finału Ligi Mistrzów. Wielkie derby Madrytu jak przed dwoma laty. Nie obchodzi mnie, co powiecie na ten temat, ale dla mnie to powinien być finał Bayern – Real. Atletico miało pecha dwa lata temu, tracąc gola w ostatniej minucie, a dziś los wynagrodził tamte przykrości w dwumeczu z mistrzami Niemiec. Suma fartu zawsze na koniec musi wynieść zero. Diego Simeone i jego piłkarze mieli sporo szczęścia, ale zasłużyli na ten finał. Chciałem jednak powiedzieć jasno, że mimo wszystko – oddając im ogromny szacunek, bo wyeliminowali Barcę i Bayern – uważam, że monachijczycy piłkarskimi umiejętnościami Atletico przewyższali.

Mówi się, że sukces ma wielu ojców, a w przypadku Atletico aż chce się powiedzieć, że za wszystkim stoi Simeone. Argentyńczyk ma niezwykły zmysł do taktyki. Przekonał drużynę do ciężkiej pracy w defensywie i że niekiedy toporne zwycięstwa po 1:0 to nie wstyd. Z Vicente Calderon stworzył twierdzę nie do zdobycia. Wyjątkowo charyzmatyczna postać, która w tym momencie wyróżnia się swoją pracą najbardziej spośród największych trenerskich nazwisk.

Komentarze