Skoki narciarskie: Ciemność widzę… ciemność

    Piątek, piątunio, piąteczek. Kiedy nadchodzi, wypełnia mnie od stóp do głowy świetlana radość. To nie tylko odzywa się moje wrodzone lenistwo, choć jest w tym stanie rzeczy jego lwi udział. To również niepohamowana chęć zobaczenia jak największej ilości wydarzeń sportowych, które w moim przypadku pozwalają ulecieć, hen wysoko, nędznej prozie życia i na chwilę „ją zniknąć”. 

    A propos ulatywania. W niedzielę ostatnie zawody tegorocznego cyklu Pucharu Świata w skokach narciarskich. Tradycyjnie Planica przyjmuje skoczków, aby ci dokończyli dzieło całorocznego cyklu w tej niezwykle ważnej dla niektórych dyscyplinie sportu. Nie będę odkrywczy, jeśli napiszę, że od czasów „Małyszomanii” dla Polaków jest to kwestia narodowa. Setki tysiące obywateli Rzeczpospolitej w każdy weekend siadają przed telewizorami i ekscytują się fruwającymi mężczyznami w śmiesznych kombinezonach. W tej sytuacji nie wypada mi nie zadać pytania: jakie danie w tym roku zaserwowali nam nasi reprezentanci? Smutna, lecz prawdziwa odpowiedź na to wbrew pozorom nie kulinarne pytanie brzmi: czerstwe, niezjadliwe, dla niektórych wręcz trujące. Tak fatalnego sezonu Polacy nie mieli chyba od pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Nasi skoczkowie zawiedli na całej linii. Tragiczny jest fakt, który nie zmienia się od czasów Małysza. Kiedy lider ma zapaść formy, nie ma komu pociągnąć reprezentacji. Jak Stoch nie skacze, nie skaczą też inni. Jaki błąd popełnił trener Kruczek? Chciałbym wiedzieć, czy on wie, co nawaliło. Przez większą część sezonu widzieliśmy, szkoleniowca, który miotał się we mgle niewiedzy, próbując zdiagnozować problem. Wygląda na to, że ta sztuka mu się nie udała i tak naprawdę nikt nie wie, co się stało z zeszłoroczną formą. Przyznajmy, odchodzi w odpowiednim momencie. Chwała mu za to, czego dokonał, ale coś się skończyło.

    Adam Małysz próbuje pocieszać zdruzgotanych kibiców i mówi, że powinniśmy spojrzeć na to, co działo się w „drugim” szeregu naszej reprezentacji. Andrzej Stękała, Maciej Kot, Dawid Kubacki i Stefan Hula na tle mizerii Stocha czy Żyły zrobili duży krok do przodu. Zgadzam się w pełni z tym twierdzeniem. Jednak dla dobra także tych zawodników potrzebny nam jest silny, pewny i regularny lider, jakim po Małyszu stał się Kamil. Czy uda się odbudować to, co zaprzepaszczono w tym sezonie? Czy wrócą medale i emocje do samych końcówek zawodów? Oby tak, bo potencjał w tych skoczkach jest duży i mogą kibicom w przyszłości dać wiele powodów do świętowania.

    Wiem, że to, co napisałem nie nastraja optymistycznie do pomysłu, aby poświęcić swój czas i obejrzeć zawody w Planicy. Zapomnijmy jednak na chwilę o kłopotach Polaków i z lubością podziwiajmy innych, którym wiejące wiatry w tym sezonie zawsze pomagają.

    Komentarze