Siatkarska LM: Złapał Polak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma

    Szaleństwo i ambicja rozpanoszyły się na parkietach uczestników ostatniej kolejki siatkarskiej Ligi Mistrzów. Jaki obłąkany bożek opanował umysły zawodników? Co kazało siatkarzom wydać sobie tak bezlitosną wojnę? Jak pędzące na siebie pociągi, z absurdalną siłą, drużyny zderzyły się w drugiej rundzie play off.  Niósł się po parkietach zgrzyt gniecionego metalu i syk buchającej pary. Sypały się iskry, a dzikich płomieni nie dało się ugasić. Nikt nie brał jeńców, trup słał się gęsto.

    Tak było w przypadku meczów rozegranych we wtorek i środę. W rosyjskim Biełogrodzie miejscowe Biełogorie potykało się z Trentino Diatec Volley. Włochów nie trzeba przedstawiać. Wystarczy, że przypomnimy sobie ich trzy tryumfy w Lidze Mistrzów z lat 2009, 2010 i 2011. Choć z drugiej strony prawda jest taka, że sukcesy, mimo iż relatywnie niedawno osiągnięte, należą do przeszłości. Teraz to zupełnie inna drużyna. Marzeniem ich jest ponowne zameldowanie się na szczycie siatkarskiej Europy. Ciężko było jednoznacznie wskazać, kto z tej pary awansuje do wielkiego finału w Krakowie. Pierwszy mecz we Włoszech przyniósł nam w jednak, (choć przed nami był jeszcze rewanż) gotową odpowiedź. Po zwycięstwie Trentino w stosunku 3:0, tylko najwierniejsi rosyjscy kibice wierzyli w awans Biełogorie. Czy taki rozwój sytuacji spowodował oddanie gry bez walki przez przedstawicieli Superligi? Zdecydowanie nie! Mimo tego, że mecz od początku im się nie układał (przegrali pierwszego seta). Mimo, że po trzecim secie wiedzieli, że nie awansują, walczyli jak osaczone zwierzę, do ostatniej kropli potu. Po wspaniałym meczu do Krakowa pojadą jednak Włosi. 

    W środę byliśmy świadkami jeszcze większego horroru. Tak napiętej atmosfery i dramatycznych bohaterów nie stworzyłby ani Stephen King, ani mistrz Carpenter, ani żaden inny twórca filmów czy literatury grozy. W pierwszym meczu występująca w roli gospodarza Cucine Lube Civitanova pokonała pewnie kroczącego od zwycięstwa do zwycięstwa „potwora” Halkbank Ankara 3:2. Wynik o tyle cieszący Włochów, co zwodniczy. Turcy mieli wszelkie podstawy, aby iść po swoje i rozbić Cucine w drobny pył. No i się zawiedli, bo na bitnych janczarów nie wyszła strachliwa armia włoska, lecz twardzi pełni ambicji legioniści rzymscy. Ileż razy zwycięstwo w tym starciu przechylało się to na jedną, to na drugą stronę nie zliczy nawet najbardziej skrupulatny skryba. Michał Kubiak strzelał piłkami jak Perun grzmotami na nieboskłonie. Nic to Turkom nie dało. Po pięciu odsłonach pełnych niezwykłej walki i po złotym secie, niespodzianka stała się faktem. Kolos Halkbank runął bez sił na ziemię. Cucine Lube Civitanova zwyciężyło w Ankarze 3:2 i to ono zagra w Final Four.

    Po tych dwóch meczach oczekiwałem, że w czwartek Skra Bełchatów dostosuje się do ogólnego trendu i zgotuje w Łodzi Zenitowi Kazań „krwawą łaźnię”. Niestety nic z tego… Do połowy pierwszego seta Polacy walczyli jak równy z równym, potem kazański pociąg odjechał bełchatowianom w siną dal. Szybko zrobiło się 0:1. Szkoda, ogromnie szkoda drugiego seta. W nim, bowiem pojawiła się szansa na przełamanie, ale kiedy już wydawało się, że doganiamy rywali, ci robili kroczek do przodu i w efekcie wygrali seta 25:23. Trzecia odsłona to była formalność. Bez specjalnego wysiłku Zenit postawił do kąta drużynę Skry. Zwycięstwo Kazania 3:0 mówi wszystko o tym meczu. Tatarska Orda w rosyjskich barwach przejechała się po Łodzi jak za czasów Czyngis Chana. Na pocieszenie pozostanie wspomnienie świetnego zwycięstwa w Kazaniu… Ech, a mogło być polsko-włoskie Final Four…

    Komentarze