Premier League: Nie ma niespodzianek, nie ma zabawy

    Panta rhei, wszystko płynie. Tak mawiał podobno Heraklit z Efezu. Pewnie nawet w najbardziej szalonych wizjach nie wyobrażał sobie, że słowa te, po 2500 latach cytować będzie facet piszący o całkowicie dla niego abstrakcyjnej piłce nożnej. Jednak żeby oddać to, co działo się na angielskich boiskach w sobotę, powinienem napisać: tsunami porwało wszystko, co stanęło na drodze żywiołu. Tsunami w tym wypadku to potentaci, wielcy finansowo i piłkarsko, a wciągnięci w kipiel, sponiewierani i w końcu zatopieni to ci skromniejsi budżetowo, bez wartych szalone miliony euro gwiazd. Liga angielska, jak każdy interesujący się nią wie, to nie La Liga gdzie potężne Barcelona i Real tną na kawałeczki swych przeciwników, a niespodzianki zdarzają się od wielkiego dzwonu. Na Wyspach każdy może wygrać z każdym, a gładka przegrana nie wchodzi w grę dla nikogo, jak kraj długi i szeroki. Lecz w sobotę, maszyna możnych schrupała przeciwników kompletnie nie przejmując się ich ambicjami i bitnością.

    Najpierw walcząca nie wiem, o co Chelsea (ma tylko iluzoryczne szanse na lokatę premiowaną grą w pucharach) rozjechała ostatnią w tabeli Aston Villę 0:4. Przykro było patrzeć na drużynę z Birmingham. E tam! Jaką drużynę? To słowo w ogóle nie przystaje do tej zgrai papierowych ludzików przygotowanych tylko do tego, żeby przeciwnik podarł ich na drobne kawałeczki. Rozgoryczenie kibiców The Villans jest ogromne. Ściskając w rękach kartki z retorycznym pytaniem o przyszłość klubu i machając szalikami z wszystko mówiącym hasłem ‘’Lerner out” dają upust swej rozpaczy. Swoją drogą jak tu naprawić klub, kiedy właściciel (wspomniany wyżej Randy Lerner) ma kompletnie gdzieś to, co się dzieje, a jedyną receptą na chorobę toczącą The Villans, według niego, jest pozbycie się klubu w jak najszybszym tempie. O lekkim szaleństwie Lernera świadczy również to, że chce opylić Aston Villę za dwa razy większe pieniądze niż ją nabył… Lerner you coward, show your face, można napisać za kibicami z Birmingham. Przy okazji tego meczu, nie ma, co ukrywać, jest niewielka szansa, że będę musiał odszczekać słowa krytyki pod adresem Pato. Facet zagrał naprawdę dobrze. Z drugiej strony, kto by dobrze nie zagrał gdyby przeciwnikiem była tak fatalnie dysponowana Aston Villa?

    Do tempa Chelsea dostosowali się inni „miliarderzy”. Arsenal rozbił Watford 4:0. Naprawdę w tym wypadku wynik mówi wszystko. Totalna dominacja The Gunners. Można wspomnieć jedynie euforyczną wypowiedź strzelca bramki Nigeryjczyka Iwobi, że jego marzenia spełniają się w Arsenalu. Mówiąc to, zapewne miał w głowie nadzieję na tytuł mistrzowski, która jeszcze tli się w graczach z Londynu. 

    Inna drużyna z czuba tabeli, Manchester City też pognębiła swych przeciwników. Zaaplikowała Bournemouth cztery gole, nie tracąc żadnego. Tak naprawdę mecz się skończył po dwudziestu minutach. City strzeliło trzy bramki i na boisku zagościł totalny bezruch. Gospodarze uderzeni piekielnym podbródkowym nie byli w stanie nic z siebie wykrzesać. Nawet gdyby na bramce stał zamiast Boruca Buffon, Cech czy nawet sam Jaszyn, nic nie uchroniłoby Bournemouth przed klęską.

    Kiedy wydawało się, że sobota w wydaniu angielskim nie przyniesie mi żadnego dreszczyku podniecenia wydarzył się mecz Liverpoolu z Tottenhamem. O bogowie! Cóż to było za spotkanie! Tempo zabójcze, akcja za akcję, ofiarność zawodników nie do opisania. Nawet po pierwszej, bez bramkowej połowie, trzeba było wyjść na krótki spacer, by ochłodzić rozpaloną głowę. Było bez goli po pierwszej części, to w drugiej mówisz masz, dwa. Remis po jeden. Do ostatniej sekundy meczu wysokie napięcie skutecznie niszczyło moje „styki” nerwowe.

    Czy bój w Liverpoolu oznacza dla Spurs koniec marzeń o mistrzostwie? To się dopiero okaże, kiedy Leicester zmierzy się z Southampton. Zgubi punkty, droga do sukcesu dla Tottenhamu będzie otwarta. W innym wypadku przewaga punktowa zapewne okaże się nie do zniwelowania. Dziś również gra z Manchester United (z Evertonem). Jest to tylko walka o puchary europejskie. Tylko, jak na Czerwone Diabły…

    Komentarze