Premier League: Nie kasa gra misiu…

Skutecznie zamydlił oczy kibicom świat futbolowej finansjery. Wmówił każdemu, że we współczesnych czasach wielki wynik można osiągnąć tylko wielkimi nakładami pieniężnymi. Nikt, ani wytrawny znawca, ani szary kibic tak naprawdę nie brał pod uwagę możliwości zdobycia tytułu mistrza Anglii przez kogoś, kto nie miał szczęścia i nie dostał się pod złoty płaszcz szejków lub hinduskich miliarderów. Od wielu lat powtarzany jest banał, że pieniądze nie grają. Mam jednak wrażenie, iż ten kto powtarza tę frazę robi to bez przekonania i wiary w ową prawdę życiową. Przecież są nowe czasy, świat się zmienia, mamy wielką globalną wioskę, a chwile romantycznych uniesień z powodu szaleńczych wyczynów maluczkich odeszły bezpowrotnie. Tak, kiedyś możliwe były wspaniałe historyczne triumfy Nottingham Forest czy Derby County, ale teraz? Potrzebny jest marketing, globalne sieci znakomicie opłacanych skautów, super nowoczesne zaplecza klubowe, piłkarze mają być jak pączki w maśle. Mają być jak bogowie, średniowieczni papieże, błyszczący złotym światłem nieprawdopodobnego bogactwa i blichtru. Tylko oni są godni zdobywania największych laurów piłkarskiego świata, tylko w nich możemy upatrywać mistrzów krajowych, europejskich i globalnych. Reszta? Reszta niech się martwi o przetrwanie, niech grzęźnie w bagnie szarzyzny i beznadziei.

Wszystko wydawało się wpisywać w ten scenariusz idealnie, a tu nagle, znienacka, wyskoczyła jak atom z innego wymiaru drużyna Leicester i nie robiąc sobie nic z zastanych układów, bezczelnie zdemolowała wszystkich bogaczy. Nie będę pisał ile wygrał ten, kto postawił rok temu absurdalny zakład bukmacherski o mistrzostwie dla Leicester, piszą o tym wszyscy. Wypada mi tylko wspomnieć o aktorze Tomie Hanksie, który jeśli wierzyć medialnym doniesieniom postawił rok temu 100 funtów, by zyskać teraz pół miliona. Jeśli jest to prawda, skłonny jestem uwierzyć, że na krótką chwilę zamienił się osobowościami z granym przez siebie ponad dwadzieścia lat temu Forrestem Gumpem, bo tylko w takiego rodzaju genialnej głowie mógł urodzić się przed sezonem, pomysł końcowych rozstrzygnięć z Leicester w roli głównej.

Sukces tej drużyny jest niemal przytłaczający. Zgarnęli wszystkie możliwe nagrody (poza koroną króla strzelców). Jednocześnie otworzyli nową furtkę pozyskiwania świeżej krwi do reprezentacji Anglii dla Roya Hodgsona. Piękna i niesamowita historia. Jednak zaraz łapię się na tym, że rodzi się w głowie pytanie. Czy jest to tylko jednorazowa sensacja, zdarzająca się w sporcie raz na kilkanaście lat? Czy może jest to zapowiedź zmiany? Według znanego aforyzmu postęp to przemiana niemożliwego w możliwe, a możliwego w rzeczywiste. Ja osobiście żarliwie kibicuję, takiemu zwrotowi futbolowego kierunku rozwoju. Prawda jest jednak taka, że dużą dozą pewności mogę napisać, iż nic, nawet przypadek Leicester, nie zahamuje obłędnej komercjalizacji piłki nożnej.

Inną kwestią jest pytanie o sens włączenia telewizora kiedy nadejdzie czas ostatnich dwóch kolejek Premier League. Z całym przekonaniem twierdzę, że tylko malkontent znudzony życiem nie znajdzie w końcówce angielskich rozgrywek emocji i dramatów. Wystarczy popatrzeć na kolejkę tłoczących się zespołów z szansami na grę w europejskich pucharach. Dla West Hamu zajęcie piątego miejsca będzie ukoronowanie niezłego sezonu i ogromnym sukcesem. Strata do Manchesteru United to tylko jeden punkt. Pikanterii tej sytuacji dodaje fakt, że nawet Southampton i Liverpool, przy odpowiedniej dawce szczęścia mogą wskoczyć do pociągu pod nazwą europejskie puchary. Z tyłu tabeli walka o utrzymanie też będzie krwawa. Wiadomo jest na razie, że do Championship leci Aston Villa, reszta zespołów z ogona Premier League będzie walczyć do ostatka. Newcastle, Sunderland i Norwich w żadnym wypadku nie złożą broni, a ktoś przecież spaść musi…

Komentarze