Premier League: Leicester dołuje, Tottenham szturmuje

    Jak nie kochać ligi angielskiej? Jak wyrzucić z głowy to chore uzależnienie, które skromnemu polskiemu obserwatorowi może przynieść tylko kłopoty zdrowotne i poważną wyrwę w budżecie domowym, jeśli w swym szaleństwie zdecyduje się na żywo poznać smak Premier League. Niech ten który zna lekarstwo, cudowną uzdrawiającą miksturę objawi swoją wiedzę tu i teraz. Niech nie skrywa w tajemnicy owego niezwykłego specyfiku. Jestem pewien, że jeszcze jest czas, jeszcze jest kilka chwil zanim część kibicujących postrada zdrowie na finiszu angielskich rozgrywek…

    Powody do tego, by w szale uniesienia przeżywać każdą kolejną serię spotkań są więcej niż wystarczające. W niedzielę wszystkie oczy zwrócone były na Leicester, który potykał się na swoim stadionie z West Ham United. Gonitwa po tytuł mistrza Anglii trwa, więc gospodarze nie mogli stracić punktów. Fakt że londyńczycy w tym sezonie mają chrapkę na Ligę Europy (Liga Mistrzów odjechała im sprzed nosa) czynił ten pojedynek jeszcze bardziej “pieprznym”. Zegar pokazał 14:30 i zaczęły się cuda. Choć może chwileczkę z tymi cudami poczekajmy. W 18. minucie Vardy strzela swoją 22. bramkę w sezonie, a Leicester trzyma rękę na pulsie kontrolując grę. Ale tu jest Anglia i o stagnacji mowy być nie może. Ni stąd, ni zowąd w 56. minucie strzelec gola pada w polu karnym West Hamu. Sędzia w paranoidalnym odruchu wymierzania sprawiedliwości, piętnując domniemaną próbę wymuszenia rzutu karnego, wyciąga z kieszeni żółtą kartkę. A że jest to druga kara tego typu dla Vardy’ego, ten musi ku rozpaczy kibiców i kolegów z drużyny opuścić plac gry. Oto cudów część pierwsza i wcale nie ostatnia. Goście zwąchawszy swoją szansę odważniej uderzyli na rywala. Mimo tego lider tabeli bronił się jak na lidera przystało, dzielnie i skutecznie. Trwało to do 84. minuty, kiedy to nastąpił cud numer dwa. Oczywiście i w tym przypadku w roli głównej wystąpił sędzia. Swym bystrym okiem wypatrzył faul, którego oczy innych obserwujących mecz wypatrzeć nie potrafiły. W efekcie Caroll dał wyrównanie londyńczykom. Dwie minuty później Cresswell strzelił dla gości i chyba nikt już nie wierzył, że Leicester będzie jeszcze w stanie podnieść się z kolan. Wtedy właśnie wystąpił na scenie, po raz kolejny, czarodziej-sędzia i podyktował dla gospodarzy rzut karny. Skończyło się na remisie 2:2. Po meczu usłyszałem nie radość z jednego punktu dla lidera, a ciche westchnienie żalu za bezpowrotnie straconymi trzema.

    Co na to Tottenham? Drużyna z Londynu zareagowała nie jak przedstawiciel udomowionego ptactwa lecz jak kogut stworzony do nielegalnych walk zwierząt. Wyczuła krew płynącą z rany Leicester i w sposób absolutnie bezwzględny pognębiła Stoke wygrywając 4:0. Na Britannia Stadium od pierwszej minuty było widać kto walczy o mistrzostwo. Bez cienia wątpliwości mogę napisać że Tottenham udzielił srogiej lekcji piłki nożnej drużynie Stoke. Sytuacja na boisku wyglądała tak, jakby surowy nauczyciel obsztorcował rozbrykanego uczniaka. Gospodarze nie mieli absolutnie żadnych argumentów ani pomysłu na złamanie londyńczyków. Harry Kane strzelił dwie bramki i zadał korespondencyjny cios swojemu konkurentowi do korony króla strzelców Vardy’emu.

    Robi się gorąco jak we frytkownicy. Cztery kolejki do końca, Leicester pozostało aż i paradoksalnie tylko pięć punktów przewagi nad Tottenhamem. Vardy załatwił sam siebie i kto wie czy przerwa w grze nie będzie dłuższa niż jedno spotkanie. Scenariusz filmowy pisze się sam…

    Komentarze