Piłka Nożna: Walentynkowa Ekstraklasa, czyli co pokażą potencjalni pucharowicze

Złośliwością rzeczy martwych nazwać tego nie możemy, bo w końcu ligowy terminarz ustala cały sztab ludzi, więc powiedzmy wprost – zwykłe ludzkie niedopatrzenie! No chyba że terminarz układała grupa kawalerów, singli z wyboru, którzy przez najbliższy rok nie planowali pakować się w jakiekolwiek związki i postanowili uprzykrzyć życie wszystkim „sparowanym”, a samemu mieć czym zająć niedzielne walentynkowe popołudnie. Mecze dwóch teoretycznie najmocniejszych w naszym kraju drużyn, mistrza i wicemistrza będziemy mogli (w sprzyjających okolicznościach i przy aprobacie naszych Kobiet) obejrzeć w Święto Zakochanych. Nikt nie mówił, że miłość  jest prosta, ani ta międzyludzka, tym bardziej nie ta to polskiej piłki!   

Na początek Lech Poznań kontra Termalica. Przed sezonem ten pojedynek nie budziłby żadnych emocji, mistrz kraju podejmie beniaminka, niewymuszone 5:0, dwie Gajos, dwie Hamalainen, jedną Trałka albo Kamiński. W porządku, Walentynki, kochajmy się więc i szanujmy, tylko 3:0, hat-trick Szymona Pawłowskiego, złamane serca siedmiuset mieszkańców Niecieczy, a co! Rzeczywistość wygląda jednak inaczej, Hamalainena już w Poznaniu nie ma, wszyscy pamiętamy w jakim jeszcze niedawno kryzysie znajdowała się drużyna z Poznania i pytanie czy definitywnie z kryzysu wyszła ciągle jest na miejscu. Zagadką też jest jak do zespołu wprowadzili się Nielsen i Volkov, którzy realnie mieli wzmocnić pierwszy skład. Chociaż poznaniacy bezsprzecznie są faworytami spotkania, to wątpliwości jest mnóstwo. Zerknijmy choćby na tabelę, obie ekipy dzieli zaledwie 4 punkty! Pamiętajmy też o pierwszym spotkaniu obu zespołów. Termalica boleśnie zbiła mistrza, 3:1 w pierwszym ekstraklasowym pojedynku tych drużyn, co może podziałać mobilizująco na lechitów żądnych rewanżu albo równie dobrze uskrzydlić piłkarzy trenera Mandrysza i dodać im sił i wiary przed wizytą na Bułgarskiej.  Walentynkowy obiad zaplanujmy na godzinę czternastą, o 15.30 przed telewizory!

A przed kolacją/kinem/spacerem, od 18.00, zarezerwujmy dwie godziny na starcie Legii z Jagiellonią.

Wydaje się, że w Warszawie skończyły się żarty, albo mistrzostwo na stulecie klubu i w końcu Liga Mistrzów albo polecą głowy! Transferowa ofensywa warszawiaków w zimie przeszła wszelkie oczekiwania. Trener Stanisław Czerczesow, to chyba jedyny szkoleniowiec, który prawie na każdą pozycję ma co najmniej dwóch zawodników o podobnych umiejętnościach. Jedyne osłabienie, przynajmniej na papierze, to odejście do Anglii Kuciaka. Doszli za to doświadczeni Jędrzejczyk, Borysiuk i wyciągnięty z Lecha w atmosferze skandalu Kasper Hamalainen. Między słupkami mógłby już teraz stanąć zakontraktowany Cierzniak, jednak Wisła Kraków z uporem maniaka nie chce wypuścić (jeszcze swojego) bramkarza. Liczba ofensywnych zawodników reprezentujących bardzo przyzwoite umiejętności jest w Legii ogromna, a przynajmniej tak duża, że Czerczesow będzie mógł posadzić na ławce pełniącego w drużynie rolę piątej kolumny Kucharczyka. A Jagiellonia, jak to Jagiellonia, odchodzi ktoś ważny, przychodzi trzech młodzików, z których trener Probierz pewnie zrobi gwiazdy. Raz wygrają, innym razem przegrają, tu wbiją czwórkę Ruchowi żeby potem przyjąć dwójkę od Niecieczy, a na koniec zremisować z Cracovią. I jakoś tak nieprzewidywalnie się kręci. Trener Probierz wydaje się być najbezpieczniejszym trenerem w lidze, przynajmniej dopóki nie odda się w ręce zarządu! Po meczu, niezależnie od wyniku, wróci pewnie do domu na mocno spóźnioną romantyczną kolację z żoną, a od poniedziałku znowu będzie jednym z najlepszych trenerów w Polsce! Kto może, zapraszam do oglądania!

Foto: ekstraklasa.net

Komentarze