Piłka nożna: United wygrywa po raz szósty z rzędu!

Gdybyśmy mieli wymienić największych zwycięzców ostatnich kilku tygodni w futbolu, to pewnie bardzo wysoko musielibyśmy  umieścić w tym zestawieniu drużynę Manchesteru United. Szybko biegnący czas i wysoka intensywność grania wyjątkowo służy w tym roku ekipie prowadzonej przez Jose Mourinho.

Manchester United wygrał wczoraj po raz szósty z rzędu w lidze. Jeszcze niedawno wiele osób śmiało się z drużyny z Old Trafford, a Jose Mourinho zarzucano, że stracił on na jakości jako trener. Ostatnie kilka tygodni to bardzo dobra gra Czerwonych Diabłów i – co najważniejsze – gra bardzo skuteczna. Wcześniej bywało z tym różnie.

Dlaczego różnie? Bo przed tą serię sześciu zwycięstw, która na wszystkich robi ogromne wrażenie było kilka meczów, w których United gubiło punkty. Gdybyśmy jednak wtedy, w momencie, gdy Zlatan i spółka dzielili się zdobyczą z West Hammem czy Evertonem mieli sobie przypomnieć, czy Manchester grał źle, to musimy przyznać, że nie, nie grał źle. Po prostu miał pecha, raził nieskutecznością, tracił głupie bramki.

Tottenham, Crystal Palace, West Brom, Sunderland, Middlesbrough, West Ham. W bramkach? 12:3 dla Mou. Gdyby ktoś ostatnie trzy, cztery lata był w śpiączce i najświeższymi czasami, które w futbolu pamiętał były te, w których Portugalczyk prowadził Real Madryt, to mógłby stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Dla tych, którzy ostatnie kilka miesięcy i pierwszą połowę 2015 roku również spędzili na oglądaniu piłki, te liczby ponownie robią wrażenie. Cytując klasyka – Stary, dobry Mourinho.

Mourinho-mu-laczy-nas-pasja

Ogólnie wczorajszy mecz nie porwał. Manchester był lepszy, widać było jednak, że piłkarze przerwy świąteczno-noworocznej nie spędzili spacerując po Krupówkach, tylko grając co trzy dni. Niezwykle istotnym momentem z przebiegu całego spotkania była 15 minuta meczu, kiedy to Sofiane Feghouli dostał czerwoną kartkę za faul na Jonesie. Kartka co najmniej kontrowersyjna, a przeglądając angielską prasę można wywnioskować, że Mike Dean zbyt pochopnie podjąć tę decyzję.

Manchester z minuty na minutę zyskiwał co raz większą przewagę, ale tak naprawdę zbyt wiele z tego nie wynikało. Valencia z Lingardem nie potrafili wykorzystać znakomitej okazji do objęcia prowadzenia, przy wyniku 0:0 sam na sam wybronił De Gea, który uratował swój zespół od starty gola.

Po zmianie stron na boisku pojawił się Marcus Rashford, który odmienił grę United. Nie to, żeby wyglądała ona bardzo źle, gdy ten siedział na ławce rezerwowych, ale od tej 58 minuty wyraźnie drgnęła gra ofensywna United. Już pięć minut po wejściu na boisko dynamicznym rajdem lewą stroną boiska i wymanewrowaniu dwóch zawodników West Hamu młody Anglik dograł futbolówkę do znakomicie ustawionego w polu karnym Maty, a ten strzałem z pierwszej piłki umieścił ją w bramce.

Kilka chwil później i znowu Rashford. Tym razem Anglik sprytnym podaniem odsłużył Pogbę, którego strzał minimalnie minął bramkę Randolpha. Po zamieszaniu w polu karnym i strzale Herrery zza “szesnastki” i klasycznym “bilardzie” najlepiej potrafił odnaleźć się Ibrahimovic, który bez namysłu kopnął piłkę w kierunku bramki i tym samym ustalił wynik spotkania na 0:2. I znowu – decyzja o uznaniu gola była co najmniej kontrowersyjna. Szwed bowiem w momencie oddawania strzału był na spalonym.

Patrząc przez pryzmat United szkoda, że teraz piłkarzy czeka dwutygodniowa przerwa. Manchester jest bowiem w gazie i pewnie nie miałby nic przeciwko, żeby na fali wznoszącej zagrać jeszcze kilka spotkań. 15 stycznia na Old Trafford przyjeżdża Liverpool i w spotkaniu derbowym wystąpi bez Sadio Mane, który wraz z reprezentacją Senegalu będzie na Pucharze Narodów Afryki.

A nam wydaje się, że Manchester United nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

 

Komentarze