Piłka nożna: Superpuchar nie dla Legii!

    Spodziewaliśmy się widowiska nudnego jak flaki z olejem i chyba musimy posypać głowę popiołem. Mecz o Superpuchar był dużo ciekawszy niż półfinałowe spotkanie Walii i Portugalii i przypomniał nam dlaczego co weekend emocjonujemy się nasza polską Ekstraklasą.

    Może poziom nie ten, ale emocji co niemiara. Murawa może i tragiczna, przypominająca miejscami piaskownicę, ale trybuny głośne jak zawsze podczas spotkania tych dwóch ekip. Oprócz kibiców cała plejada osobistości, począwszy oczywiście od właścicieli obu klubów, przez trenera Rumaka czy Stefana Majewskiego, aż do selekcjonera Adama Nawałki ze swoim wiernym towarzyszem Tomkiem Iwanem i prezesa PZPN Zbigniewa Bońka.

    A drużyny? Niby częściowo bez swoich podstawowych zawodników, ale wcale nie w takich słabych składach, kilku starych wyjadaczy, kilku młodych wilczków i parę nowych twarzy na polskich boiskach.

    Mecz w dziwnym terminie, upchany trochę na siłę do naszego piłkarskiego kalendarza, sama idea jego rozegrania, o czym wspominaliśmy już kiedyś, zupełnie niezrozumiała – Legia, która zdobył Mistrzostwa Polski i Puchar Polski, „daje szansę” Lechowi na zdobycie trofeum, mimo tego, że ten może poprzedni sezon zaliczyć do mocno nieudanych i właściwie nie osiągnął nic. No ale skoro mus to mus, więc czekaliśmy na pierwszy gwizdek.

    I zaczęło się tak, jakby piłkarze nie wrócili jeszcze z wakacji, Wojskowi byli usatysfakcjonowani zdobyciem podwójnej korony w poprzednim sezonie, a Kolejorz dobrowolnie przyznał, że na to trofeum nie zasługuje. Plażę było widać nie tylko miejscami na boisku, ale i w poczynaniach piłkarzy.

    Coś ruszyło się dopiero w czternastej minucie, kiedy to Wilusz fatalnie wybijał piłkę, która trafiła pod nogi Legionistów – Prijovic pięknie zagrał do Kucharczyka, ale ten zmarnował dobrą sytuację. Lechici odpowiedzieli strzałem Roberta Gumnego, ale Malarz zachował czujność. W końcu zaczęło coś się dziać, szarpał Guilherme, szarpał Aleksandrov, ale to piłkarze z Poznania strzelili bramkę.

    Na wysokości szesnastego metra piłkę z autu wyrzucał Gumny, wypatrzył Pawłowskiego, któremu zagrał w tempo, jednak ten był faulowany przez Lewczuka przy linii bocznej szesnastki. Czy to było podanie, czy strzał, wie tylko Makuszewski. Skończyło się tym, że lecącą prosto w niego piłkę, znanym tylko sobie sposobem, do siatki wpuścił Malarz. Katastrofalny błąd bramkarza Legii dał przeciwnikowi prowadzenie.

    malarz

    Piłkarze w niebieskich koszulkach nie cieszyli się długo, jedna z wrzutek Aleksandrova w końcu okazała się skuteczna, do końca za piłką szedł Guilherme, uderzył głową obok nieporadnie interweniującego w tej akcji Buricia i było 1:1. Kilka minut później warszawiacy mieli szansę wyjść na prowadzenie, po tym jak Prijovic zagrał do wchodzącego na piąty metr Kucharczyka, ale ten nie trafił w piłkę. W ogóle widać było, że Szwajcarowi brakuje Nikolica w ataku. Z nim rozumiał się bez słów, z Kucharczykiem ta współpraca tak dobrze nie wyglądała.

    Druga połowa zapowiadała się równie ciekawie, kiedy to po strzale z rzutu wolnego, po faulu na Robaku, Gajos trafił w słupek. Niestety zamiast akcji bramkowych zaczęliśmy oglądać festiwal fauli i kontuzji. Najpierw Trałka prawie urwał nogę Masłowskiemu, za co dostał tylko żółtą kartkę a poszkodowanego zniesiono z boiska na noszach.

    Wrócił po kilku chwilach, ale nie był w stanie kontynuować gry i został zmieniony. Chwilę potem kartki zobaczyli Gajos i Makowski, a Aleksandrov, podczas jednej z interwencji, wpadł na kamerę i wydawało się jakby na chwilę stracił przytomność.

    Po nieco ponad godzinie gry na murawie pojawił się wracający na polskie boiska Radosław Majewski, w pierwszym kontakcie z piłką wykonał rewelacyjne dośrodkowanie z rzutu wolnego, a zamieszanie w polu karnym wykorzystali jego koledzy z drużyny i nowy nabytek Lecha, Lasse Nielsen, wbił piłkę do bramki.

    radekmejewski

    Poznaniacy prowadzili, ale mecz nie układał się dla nich dobrze, najpierw Pawłowski, podczas sprintu na bramkę rywala, złapał się za udo i było wiadomym, że to uraz „dwójki” i w tym meczu już nie zagra. Zmienił go Formella, którego ściągnięto do Poznania po dobrym sezonie na wypożyczeniu w Arce. Kilka minut później musiał zejść drugi skrzydłowy, Makuszewski, a za niego pojawił się osiemnastoletni Kamil Jóźwiak.

    Legia próbowała ratować się zmianami, weszli Brzyski, Bereszyński, Szymański i Kosecki, ale do końca nie stworzyli sobie sytuacji, która mogłaby dać im remis. Mało tego, rezerwowy Formella postanowił pokazać się trenerowi Urbanowi z jak najlepszej strony i w samej końcówce dobił rywala. Nawet dwukrotnie!

    4:1, Legia po raz kolejny bez Superpucharu, choć okazję od kilku lat ma co roku. Niby trofeum nie aż tak prestiżowe, ale wypadałoby je mieć, zwłaszcza po tylu podejściach – oczywiście w swojej historii zdobyła je czterokrotnie, ale nie pod rządami obecnych właścicieli.

    Lech zdobywa je drugi raz z rzędu i szósty w historii i pokazuje rywalowi z Warszawy, że jednak można, odnosząc przy tym najwyższe w historii zwycięstwo nad Legią na ich terenie.Trener Hasi chyba już wie, że wcale tak łatwo w naszej lidze nie będzie, nie mówiąc już o eliminacjach do Ligi Mistrzów, my mieliśmy przedsmak ekstraklasowych pojedynków i będziemy szczerzy – nie możemy się doczekać!

    Komentarze