Piłka nożna: Serce do walki już europejskie, czas na umiejętności

Sami widzieliście, że lekko na fantazji, z dozą humoru postanowiliśmy zabawić się na naszej stronie w typowanie wtorkowego spotkania pomiędzy Borussią, a Legią. Śmiechu nie było końca, rezultaty wskazywane przez internetową aplikację wychodziły przeróżne, a każdy z nas i tak z tyłu głowy miał świadomość, że wyniki typu 4:4, 3:5 czy 6:2 nie będą miały w końowym rozrachunku nic wspólnego z prawdą. Nikt jednak nie przypuszczał, że my na serio nie żartujemy, a mecz zakończy się wynikiem 8:4.

Są w piłce nożnej takie spotkania, które przechodzą do historii. Każdy pamięta remis Polaków na  Wembley i fantastyczne parady Jana Tomaszewskiego. Do finału Ligi Mistrzów z 1999 roku na Camp Nou również wracano wielokrotnie. Za 20 lat jednym ze spotkań rozegranym w tym pokoleniu, o którym będziemy wspominać będzie te Legii z Borussią na Signal  Ilduna Park.

Założenia taktyczne, choćby najbardziej skrupulatnie dopracowane, najczęściej weryfikuje pierwsze kilka minut spotkania. Tu warto przypomnieć legendarny już cytat Mike’a Tysona, który wielokrotnie powtarzał, że każdy pięściarz wchodzi do ringu z nakreślonym w głowie planem, który boleśnie weryfikuje jeden mocny otrzymany cios. Nikt jednak podczas wysłuchiwana hymnu Champions League nie pomyślał, że taktyka obu drużyn zostanie obalona we wczorajszy wieczór przez bramkę Aleksandara Prijovica w 10 minucie meczu.

prijovic-laczy-nas-pasja

Tak, mamy wrażenie, że to zaskoczyło zarówno jednych, jak i drugich. To, że Legia Magiery nie boi się atakować grając nawet z tymi najlepszymi w Europie pokazały już dwa spotkania z Realem Madryt. Jednak fakt, że to Wojskowi strzelili pierwszą bramkę na stadionie Borussi dało wiele do myślenia ekipie Thomasa Tuchela. Drużynie, która nie zwykla przegrywać na swoim stadionie.

I Borussia zaatakowała. Efektem tego było trzy strzelone bramki w kilka chwil, a w całej pierwszej połowie aż pięć. To pokazało, jakim potencjałem w ofensywie dysponuje Kagawa i spółka. Jednym trafieniem jeszcze przed zejściem do szatni odpowiedział Prijovic, ale to nie zmieniło wrażenia, że różnica klas w tym spotkaniu pomiędzy drużynami była i tak bardzo widoczna.

W drugiej połowie tempo meczu uspokoiło się, co wyszło Legii na dobre. Może inaczej – Legia nie była już tak chaotyczna jak przed przerwą. Za stratę trzech bramek i dawaniu regularnych okazji do kontr z udziałem gospodarzy medali przyznawać nie można, ale za trafienia zdobyte przez Kucharczyka i Nikolica pochwalić najzwyczajniej w świecie należy. Magiera chciał grać jak równy z równym i momentami jego zespół zrobił bardzo wiele, by piłkarze Borussi na dłuższy czas zapamiętali, że w Polsce jest kilku grajków, którzy rozumieją o co chodzi w piłce nożnej. To wynik jednak idzie w świat, a ten dumą nie napawa.

Jeszcze niedawno baliśmy się tego spotkania, najgorsze koszmary wracały jak opętane. Potem była chwilowa euforia po remisie z Realem podtrzymna dobrą dyspozycją w polskiej Ekstraklasie. Dziś Legia pokazała, że potrafi. Że może walczyć i ryzykować mając na przeciw siebie piłkarzy wartych łącznie kilkaset milionów euro. Serce do walki i czysta, sportowa ambicja – niby oczywista oczywistość. Jak lepiej nam się jednak dzisiaj wstaje do pracy i czyta poranną prasę, gdy zamiast blamażu doświadczamy tylko porażki. Normalnej, sportowej porażki.

Komentarze