Piłka nożna: Odbudowana Korona czy słaba Pogoń? Wisła popłynęła…

    Nieźle zaprezentowało nam się piątkowe otwarcie drugiej kolejki Ekstraklasy. Fajerwerków nie było, ale z nudów nie umarliśmy i nie zniechęciliśmy się na tyle, żeby odpuścić dzisiejsze mecze. Co się wczoraj działo? Kto nie oglądał, niech poczyta.

    Wystartowaliśmy w Szczecinie, gdzie miejscowa Pogoń podejmowała Koronę Kielce. Słoneczko grzało, lekki wietrzyk powiewał, jednym słowem sielanka… czyli kompletnie nie było warunków do gry w piłkę.

    Po pierwszych minutach wydawało się, że rzeczywiście dla kielczan warunki do gry będą przeszkodą nie do przejścia. Chyba nikt nie powiedział im, że to co zrobili tydzień temu, najdobitniej mówiąc, było złe i za wszelką cenę starali się powtórzyć pierwsze trzydzieści minut meczu z Zagłębiem, po których przegrywali 0:4.

    Może trochę przesadzamy, ale zdecydowanie lepiej w mecz weszli podopieczni Kazimierza Moskala i to oni stworzyli sobie sytuacje do strzelenia bramki. Po faulu na Korcie i stałym fragmencie gry do pozycji strzeleckiej doszedł Czerwiński, który uderzając z pierwszej piłki minimalnie przestrzelił. Kilka minut później, po szybko rozegranym rzucie wolnym, Murawski zagrał piłkę wzdłuż linii bramkowej, ale Zwoliński na wślizgu nie sięgnął piłki.

    moskal-laczy-nas-pasja

    Co nie udało się po sytuacjach w polu karnym, udało się sprzed szesnastki. Wyróżniający się Kort ruszył z piłką i przy biernej postawie defensywy Korony zdecydował się na strzał. Pomimo sporej odległości, strzał był na tyle precyzyjny i silny, że Peskovic był bez szans. 1:0  ciągle dominowała Pogoń, ale w końcu przebudziła się Korona.

    Swoją szansę miał Diaw, ale kielczanie najbliżej strzelenia bramki byli po fatalnym błędzie Słowika, który niepotrzebnie wyszedł do wrzutki z rzutu wolnego, minął się z piłką przy okazji zderzając z obrońcą i zostawił pustą bramkę. Na szczęście  dla gospodarzy skończyło się tylko na słupku.

    Pogoń w takiej sytuacji zamiast próbować dobić rywala, pozwalała mu na coraz więcej i to się zemściło. Najlepszy chyba piłkarz Korony, Aankour, zagrał z pierwszej piłki w tempo do Pyłypczuka, a ten nie dał sobie odebrać piłki obrońcom i pewnym strzałem pokonał Słowika.

    Na przerwę ekipy schodziły z wynikiem remisowym, ale przebieg pierwszej połowy zapowiadał ciekawe następne czterdzieści pięć minut. I tu niespodzianka. W drugiej odsłonie wiało nudą. Tempo siadło, a klarownych okazji było jak na lekarstwo. Niby Pogoń atakowała, ale bez przekonania.

    W zespole Korony na boisku pojawili się Przybyła i Cebula, ale chociaż wnieśli trochę ożywienia do ofensywnych poczynań gości, to nie byli w stanie zmienić wyniku. Pogoń – Korona 1:1 i jest to wynik jak najbardziej sprawiedliwy.

    Nie wiemy tylko czy większe są powody Korony do radości, czy Pogoni do zdenerwowania z powodu zaprzepaszczenia szansy na trzy punkty. No ale są w końcu mistrzami remisów z poprzedniego sezonu.

    Drugie piątkowe spotkanie to pojedynek Arki z Wisłą i o ile pierwsza połowa meczu w Szczecinie była zachęcająca, to ta w Gdyni była jeszcze lepsza. Zaczęło się od trzęsienia ziemi. Gdynianie od początku atakowali, nie czując respektu przed krakowskim zespołem.

    I już w ósmej minucie, po akcji lewą stroną, w pozornie niegroźnej sytuacji strzelili bramkę otwierającą wynik spotkania. Wślizgiem piłki sięgnął Sambea, ta odbiła się jeszcze od Urygi i przeleciała obok bezradnego Miśkiewicza. Nie zmieniło to kompletnie obrazu gry.

    sambea-laczy-nas-pasja

    Arka ciągle atakowała i przyniosło to efekty. Futbolówkę w pole karne zagrał Socha, wyskoczyli do niej golkiper Wisły i Dariusz Zjawiński. Kiedy wydawało się, że bramkarz ma ją już w rękach, wypuścił ją pod nogi gdynianina, a ten skierował ją do bramki. Miśkiewicz reklamował faul, ale powtórki pokazały, że był to ewidentnie jego błąd.

    Po drugim strzelonym golu gospodarze złapali wiatr w żagle i przez dobrych kilka minut krakowianie mieli problem z wyjściem z własnej połowy. Poważnie zagrozili bramce przeciwnika dopiero w czterdziestej minucie, kiedy w poprzeczkę trafił Boguski. Do przerwy wynik nie uległ jednak zmianie.

    Po niej lepiej zaczęli Wiślacy. Zaraz po gwizdku swoją szansę miał Paweł Brożek, ale jego strzał obronił Jałocha. A to był dopiero początek. Zawodnicy z Krakowa rozbili obóz na połowie Arki i próbowali raz za razem.

    Niestety dla nich niecelnie lub na posterunku był golkiper gospodarzy. Trwało to ponad pół godziny, ale efektów widać nie było. Dziesięć minut przed końcem, po jednej z nielicznych akcji Żółto-Niebieskich, sędzia wskazał na wapno.

    Czy była ręka u jednego z Wiślaków to kwestia sporna. Faktem jest, że jedenastkę na bramkę zamienił Vinicius da Silva. Trzecia stracona bramka zabiła nadzieje piłkarzy Wdowczyka na korzystne rozstrzygnięcie i właściwie wszyscy czekali już tylko na końcowy gwizdek.

    Wisła straciła trzy gole, nie były to bramki po pięknych akcjach Arki, ale po rykoszecie, po ewidentnym błędzie bramkarza i z rzutu karnego. Czy zasłużyła na tak wysoka porażkę?

    Chyba nie, ale trzeba Arce przyznać, że grała bardzo mądrze, kiedy trzeba było atakowali, a kiedy sytuacja zmuszała ich do obrony to robili to bardzo skutecznie. Beniaminek wygrywa swój pierwszy mecz i może w dobrych humorach przygotowywać się do meczu z Ruchem.

     

    Komentarze