Piłka nożna: Największy wygrany weekendu? Jagiellonia Białystok!

    Mieliśmy przeczucie, że któraś z drużyn z czołówki zgubi punkty w ten weekend. Gdy patrzyliśmy na weekendowe spotkania w czwartek, to doszliśmy do wniosku, że każdy z zespołów z najlepszej “czwórki” w lidze ma teoretycznie łatwego przeciwnika. Jak jednak wiadomo – to jest Ekstraklasa i tu naprawdę wszystko może się wydarzyć. Rozgrywki potrafią zabierać bogatym, dawać biednym. Nie inaczej było i tym razem.

    Najbardziej pod uwagę braliśmy, że punkty stracić może Lechia. Po pierwsze, ekipa z Gdańska bardzo słabo gra w tym sezonie na obcych boiskach. Po drugie, Termalica już raz wygrała w tym sezonie z Biało-zielonymi i jako jedyna w tej kampanii uczyniła to nad morzem.

    Pierwsza na boisko wyszła Jagiellonia, która mierzyła się z Górnikiem Łęczna. Niby wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały jasno, że wicelider tabeli nie powinien zgubić punktów w konfrontacji z tym akurat zespołem. Z drugiej jednak strony, przeglądając stronę internetową Górnika przed tym meczem i czytając szumne zapowiedzi, że ekipa Franciszka Smudy zaczyna marsz w górę tabeli byliśmy ciekawi, ile z tych słów odnajdzie swoje zastosowanie w praktyce. I co? Łęczna zaczęła dobrze, agresywnie. Problem był jednak taki, że tej determinacji wystarczyło tylko na 15 minut. Co było potem?

    Potem była rzeź niewiniątek. Przepraszamy za wyrażenie, ale chłopcy z 3 klasy liceum zmierzyli się z tymi z 6 klasy szkoły podstawowej. Bez oporu, zawahania i jakichkolwiek problemów Jaga rozjechała Górnika wbijając im aż 5 goli. Gdyby Vassiljev z kolegami mieli większe parcie, to mogliby goli zdobyć nie 5, a na przykład 10. Nikt by się nie dziwił, gdyby tak się właśnie stało.

    Chwilę później na boisko w Niecieczy wyszła Lechia, która zapomniała, że jest liderem Ekstraklasy i chcąc utrzymać pierwszeństwo w lidze, musi mecz wygrać. Jeszcze w niedzielę oglądaliśmy ekipę Nowaka pewną siebie, która przegoniła po boisku Jagę i spokojnie wygrała 3:0. W piątek zamiast zrobić to samo z Termalicą, która przed tygodniem dostała trójkę od Lecha, cofnęła się i czekała… niewiadomo na co. Wolno, chaotycznie, bez pomysłu na grę. Koncepcji ani zarysu tego, jak powinno to wyglądać. Oglądaliśmy partię szachów, podczas której dwóch wytrawnych graczy, nie chciało sobie zrobić nawzajem krzywdy.

    Po pięknym podaniu Wolskiego, Lechię na 1:0 wyprowadził Peszko, choć ta była słabsza w tym meczu. Po dłuższym namyśle i konsultacji z sędzią liniowym arbiter główny podyktował w 95 minucie rzut karny dla Termaliki, a tego na bramkę zamienił Gutkovskis. Lechia zremisowała, co w przekroju całego spotkania nie było dla niej złym wynikiem. Na więcej po prostu nie zasłużyła.

    W Warszawie – tam to się dopiero działo. Mocna ostatnimi czasy Legia, kontra będący od dłuższego czasu w rozsypce Ruch. Teoretycznie – mecz do jednej bramki. Nie wiemy, czy Legia jeszcze była myślami przy spotkaniu z Ajaxem czy już była głową w Amsterdamie na rewanżu. Wiemy jedno – to nie była wczoraj ekipa, która chce za kilka miesięcy zdobyć mistrzowski tytuł. Niepoukładana, przestraszona, wycofana – ach, szkoda gadać. Piękną bramkę z rzutu wolnego zdobył Patryk Lipski, chwilę później równie ładnym trafieniem popisał się Maciej Urbańczyk.  Tuż po przerwie Jarosław Niezgoda podwyższył na 3:0 i sensacja powoli stawała się faktem. Honorowym trafieniem odpowiedział Radovic, ale to tylko zmniejszyło rozmiary porażki Wojskowych. Ruch sensacyjnie wywiózł z Warszawy trzy punkty.

    Gdy weźmiemy pod uwagę, że Lech drugi raz tej wiosny wygrał w stosunku 3:0, to dochodzimy do wniosku, że jeszcze bardziej wyrównała nam się czołówka tabeli. Między pierwszą Lechią, a trzecią Legią (tyle samo punktów Lech) jest już tylko pięć punktów przewagi.

    Liga będzie ciekawsza – jesteśmy o tym pewni.

    Komentarze