Piłka nożna: Najsmutniejsza wiosna od lat!

    Wiosna, czas, który chyba wszystkim kojarzy się z budzącą do życia naturą, słońcem, świergotem ptaków i tym podobnymi romantycznymi banałami. Jak by do tego nie podchodzić, coś jest w tej porze roku, że aż chce się żyć – w decydującą fazę wkraczają rozgrywki ligowe, Liga Mistrzów serwuje nam już prawie same hitowe pojedynki, a jej końcówka należeć będzie do finałów Mistrzostw Świata we Francji. Tegoroczna wiosna jest inna! Zamiast dawać życie, zabiera je! Ktoś powie – ludzie umierają codziennie – fakt, nauczyliśmy się, my jako ludzkość, społeczeństwo, jednostka, godzić z tym, że każdego dnia odchodzi ktoś, kto dla innych ludzi mógł być całym światem. Ale nie jest możliwym, będąc kibicem futbolu, przejść obojętnie obok strat, jakie „zafundowała” nam ta niby najradośniejsza pora roku w 2016.

    Dwudziestego czwartego marca cały świat, nie tylko ten piłkarski, obiegła wiadomość o śmierci legendy futbolu. W Barcelonie, mieście którego był Królem, odszedł Johan Cruyff. Cała Holandia, Barcelona i piłkarski świat pogrążyły się w żałobie. Nie zdążyliśmy jeszcze zobaczyć wszystkich pożegnalnych uroczystości, ledwie udało się uczcić milczeniem 14. minutę w kilku meczach, a już piłkarska rodzina otrzymała kolejny cios! Zanim cokolwiek napiszę wyjaśnię dlaczego te dwa tygodnie są dla mnie wyjątkowo bolesne. Odkąd pamiętam piłkę nożną, transmisje Ligi Mistrzów w publicznej telewizji, zafascynowany byłem dwoma klubami – Milanem i Barceloną. Od ponad dwudziestu lat jestem ich wiernym kibicem, niezależnie czy akurat jest dobrze czy źle, kiedy grają Rossoneri zakładam meczowy trykot i trzymam kciuki, grając z kumplami w PES-a zawsze wybieram chłopaków z Mediolanu, a kiedy przekraczałem bramy San Siro czułem się początkowo jak małe dziecko wchodzące pierwszy raz do ogromnego kościoła przepełnionego powagą a po chwili jak ten sam brzdąc wpuszczony do wesołego miasteczka. Podobny sentyment mam do reprezentacji Azzurri, jeśli akurat nie grają z Polską, zawsze kibicuję „niebieskim”! Nazwisko Maldini od zawsze było i jest więc dla mnie wyjątkowo ważne. Wczoraj pożegnaliśmy Maldiniego seniora, Cesare. Dwa ukochane kluby, dwie ogromne straty w ciągu dwóch tygodni – kto nie żyje piłką ten nigdy nie zrozumie! 

    cesare-maldini-laczy-nas-pasja

    Chociaż dożył słusznego wieku, osiemdziesięciu czterech lat, to nikt nie spodziewał się jego odejścia! Człowieka, który kiedyś w Mediolanie był Królem, Kapitanem, który jak Cruyff odszedł „w domu”. Czterysta dwanaście spotkań w czerwono-czarnych barwach, cztery mistrzostwa kraju, Puchar Europy i syn, którego legenda dorównuje legendzie ojca! Po zakończeniu kariery piłkarskiej Cesare został trenerem. I trzeba przyznać, że poszło mu nieźle. Najpierw uczył się u Rocca, będąc jego asystentem w ukochanym Milanie, potem nawet sam prowadził zespół, którego niedawno był jeszcze Kapitanem. Kilka następnych lat spędził w niższych ligach a potem został asystentem Bearzota, selekcjonera reprezentacji. Ten okres w karierze trenerskiej Maldiniego wieńczy złoty medal Mistrzostw Świata w 1982 roku! Tak naprawdę jednak odnalazł się Cesare dopiero w pracy z kadrą Włoch do lat dwudziestu jeden. Trzy Mistrzostwa Europy z rzędu! To Maldini zaufał, dał szansę i poniekąd wypromował Del Piero, Inzaghiego, Buffona czy swojego syna Paolo – Włosi i świat są mu za to wdzięczni! Dorosłą drużynę prowadził w latach 1996-98, a ja zapamiętam go głownie z konfliktu z moim ulubionym włoskim zawodnikiem – Roberto Baggio (mimo gry w Interze!), z którym „przeprosił się” dopiero powołując go do reprezentacji na finały Mistrzostw Świata we Francji. Cesare miał później epizody trenerskie w Milanie i reprezentacji Paragwaju, ale te z okresu „młodzieżówki” i dorosłej reprezentacji Włoch były i są najważniejsze!

    Odszedł kolejny wielki piłkarz i trener i mam nadzieję, że ten rok nie będzie kompletował jedenastki „Wielkich” już nieobecnych!

    Komentarze