Piłka nożna: In Kloop we trust!

    Mało brakowało, a nie byłbym w stanie napisać tego tekstu. Nie z powodu braku czasu czy twórczej niemocy, ale bólu ręki! Od wczoraj bije się pokornie w pierś za bluźnierstwo jakiego dopuściłem się w ubiegły piątek, pisząc, że Liga Europy stała się dla mnie mało atrakcyjna i może skuszę się dopiero na finał! Zgrzeszyłem – mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa! Z miłością do piłki nożnej jest jak z miłością w małżeństwie z trzydziestoletnim stażem, może i żona trochę Ci się „opatrzyła”, może i czasem denerwuje (przepraszam wszystkie Panie, tak podobno jest), ale i tak kochasz ją ponad życie i bez niej go sobie nie wyobrażasz! Kiedy więc nadszedł wczorajszy wieczór, mimo wszystko włączyłem mecz Liverpoolu z Borussią. I to co obejrzałem będę wspominał przez kolejne lata, pewniak! Wtorek i środa z Ligą Mistrzów były bardzo emocjonujące, ale czwartek zjadł je na śniadanie, a adrenalina, endorfiny i Bóg wie jeszcze co, wręcz wylewały się strumieniami z ekranu telewizora!

    Remis 1:1 w Dortmundzie stawiał w roli delikatnego faworyta drużynę Kloopa, bramka na wyjeździe to niezła zaliczka, a kiedy dodamy do tego fakt, że na Anfield niemieckiej drużynie nie udało się jeszcze wygrać, Borussię czekało naprawdę ciężkie zadanie. Tylko co z tego, dziewiąta minuta i było już 2:0 dla piłkarzy Tuchela, najpierw Mkhitaryan dobił strzał Aubameyanga a potem Gabończyk wykorzystał genialne prostopadłe podanie Reusa, Anfield zamilkło a Kloopa stał jak wmurowany w ziemię. Trzy bramki potrzebne do awansu, czasu było jeszcze sporo, ale to Niemcy grali lepszą piłkę, częściej atakowali. „You’ll never walk alone”, to nie tylko tytuł hymnu liverpoolczyków, to cała idea kibicowania, stadion dalej wspierał swoich idoli, zachęcał ich do tego sam Jurgen co rusz wykonując gesty proszące o doping. Nawet kiedy schodzili do szatni z dwubramkową stratą to chyba nikt nie wierzył, że tak to się skończy. Jeśli Hitchcock gdzieś w zaświatach oglądał ten mecz, pewnie jako Brytyjczyk kibicował angielskiej drużynie, ale nie wierzył w to co widzi, a po końcowym gwizdku siedział ze spuszczoną głową myśląc „cholera, Alfred, można było lepiej”! Można było, bo scenariusz drugiej połowy przebił wszystkie jego dreszczowce wzięte do kupy! Czterdziesta ósma minuta, Origi wykorzystuje podanie Emre Cana i mamy 1:2. Na niecałe dziesięć minut odżyły nadzieje w sercach kibiców Liverpoolu. Tylko na tyle, bo Hummels zagrał pięknie do Reusa, Sakho złamał linię spalonego a Niemiec pokonał Mignoleta. Znowu trzy bramki straty i tym razem pół godziny z kawałkiem do końca. W takiej sytuacji masz zawsze, jak to też zazwyczaj w życiu bywa, dwie opcje. Odpuścić, dokopać do końca meczu, albo walczyć z i ewentualnie zejść boiska z podniesioną głową. Jeśli jednak jesteś  piłkarzem Kloopa, opcja pierwsza nie istnieje! Sześćdziesiąta szósta minuta, Coutinho zza pola karnego i 2:3. Eksplozja radości, jeszcze nie szał, bo ten nadszedł dwanaście minut później. Rzut rożny i piłka trafia na głowę tego, który maczał palce przy wszystkich straconych bramkach, Sakho. Tym jednym dotknięciem futbolówki odkupił wszystkie swoje grzechy – 3:3 i nikt nie miał już wątpliwości, że czeka nas piętnaście minut fajerwerków. Przyznaję, bałem się mrugać, skoro już tyle się wydarzyło, to nie odpuszczę nawet ułamka sekundy tego co się stanie. Nie jestem kibicem żadnej z tych drużyn, ale złapałem się na tym, że wczoraj przez ostatni kwadrans trzymałem kciuki za Liverpool. Pewnie dlatego, że takie powroty zza meczowych zaświatów tworzą historię, mówi się o nich latami, tak rodzą się bohaterowie i legendy. I legenda musiała się narodzić, bo to nie mogło tak się skończyć. Koniec regulaminowego czasu, zaczęły się doliczone minuty. Pierwsza z nich, kolejna akcja piłkarzy Kloopa, wszystkie czerwone koszulki na połowie Borussii, rozegranie do boku, Milner wrzuca w pole karne i znajduje kolejnego obrońcę, Lovrena. 4:3. Brak słów żeby opisać te emocje, nawet Jurgen nie wierzył, nie eksplodował jak zwykle, zwyczajnie nie wierzył. Do końca nic się nie zmieniło i to jego drużyna zagra w półfinale. Po takim spotkaniu nie wiem czy będą do zatrzymania, taki wynik nie dodaje skrzydeł, teraz będą biegać jakby mięli plecaki odrzutowe, ich trener już o to zadba.

    Żałowałem, że nie ma mnie w tamtym momencie na Anfield, radość piłkarzy z Liverpoolu, smutek i niedowierzanie tych z Dortmundu, uśmiechnięty Jurgen dziękujący kibicom The Reds, ale nie zapominający też o tych, którzy przyjechali z Niemiec – miły gest, podejście pod trybunę fanów Borussii i podziękowanie im – jestem pewien, że zrobiłby to niezależnie od wyniku! A na koniec piękne ujęcia kamery na trybuny i tysiące fanów, w szalikach, dresach, garniturach za parę tysięcy funtów,  razem śpiewających „You’ll never walk alone”! Niezapomniany widok!

    Komentarze